Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2015

Jeśli jest czerwiec, to jestem w Dubaju

Odkąd w zeszłym roku firma, w której pracuję, zdecydowała się wystawiać na targach Automechanika Dubai, z początkiem czerwca zostawiam na parę dni rodzinę i wyruszam do ciepłych krajów wraz z J., czyli moją szefową. Pamiętacie mój ubiegłoroczny wpis o tym, że nie spaceruje się po Dubaju?

Rok temu, szykując się do wyjazdu, miałam wiele wątpliwości kulturowych. Czy tamtejsi biznesmeni będą w ogóle chcieli rozmawiać z nami - kobietami? I jak się ubrać stosownie do panujących tam upałów, a jednocześnie tak, by nie budzić niesmaku u naszych gości? Jak się okazało, wątpliwości były nieuzasadnione. Co prawda Arabowie własne kobiety traktują dość specyficznie, jednak Europejki to dla nich zupełnie inny gatunek, podlegający własnym regułom. I dobrze. Mimo wszystko nie ryzykowałabym zbyt głębokiego dekoltu ani koszulek na ramiączkach, bo raczej nie byłoby to dobrze widziane.

Ale bez stresu i tak się nie obyło. Denerwowałam się, że coś nie wypali, coś nie dojedzie albo na miejscu pojawią się trudne do przezwyciężenia problemy. W dodatku trzeba było zawczasu przygotować dom na moją 5-dniową nieobecność, co wymagało umiejętności pomniejszego jasnowidza. A jednak jakimś cudem wszystko zagrało wręcz idealnie.

Podczas tego krótkiego pobytu w Dubaju nie miałam ani chwili wolnego czasu. Marzyłam o tym, by ponownie zobaczyć przecudne, tańczące fontanny, albo by chociaż na chwilę skoczyć do Dubai Mall. Nic z tego - praca od 10 do 19 na stoisku targowym, a wieczory zajmowały umówione spotkania. Ale wcale a wcale nie narzekam, gdyż owe spotkania były bardzo przyjemne i wiele się dzięki nim nauczyłam o tamtejszej kulturze. Zresztą naprawdę trudno jest zwiedzać cokolwiek, gdy temperatura osiąga 48 stopni. Wychodząc na zewnątrz z klimatyzowanych pomieszczeń miałam wrażenie, że właśnie otworzyłam piekarnik, by wyjąć z niego ciasteczka. Tylko, kurcze, ten piekarnik nie dawał się zamknąć!

Widok z okna hotelu. Dziwnie szary i mroczny.

Pierwszego wieczoru byłyśmy na bankiecie dla wystawców Automechaniki w ogromnym hotelu. Na bankiet zaproszono parę tysięcy gości, więc organizacja wymagała sporego rozmachu. Jedzenie było bardzo dobre i urozmaicone, a towarzystwo przesympatyczne - w większości byli to inni polscy wystawcy oraz ich arabscy partnerzy. Mimo panujących w Emiratach ograniczeń, podczas bankietu podawano wino i piwo.  Bawiliśmy się świetnie, a J. opowiadała gruzińskie dowcipy, rozśmieszając wszystkich do łez. Chciałabym mieć jej talent do zabawiania towarzystwa.

Drugiego wieczoru nasz lokalny klient zaprosił nas do restauracji, której nazwy niestety nie jestem w stanie przytoczyć. Znajdowała się u stóp najwyższego budynku świata, czyli Burj Khalifa. Co ciekawe, siedzieliśmy przy stoliku na zewnątrz, który był KLIMATYZOWANY. Jedzenie było naprawdę znakomite i w ilościach odpowiednich dla pułku wojska. A gdy już pękałyśmy w szwach podano to co najlepsze, czyli soczyste, egzotyczne owoce. Rozpusta nie z tej ziemi. Paliliśmy też sziszę. Mnie to nie zachwyciło, za to węgielki w stojącej tuż obok misie nieźle mnie przypiekały. Czułam się, jakbym siedziała przy kominku, co przy ponad 35 stopniowej temperaturze (wieczorem!) było trudną do zniesienia torturą. Za to koktajle owocowe, owoce morza i arabskie pasty warte były tego poświęcenia. Do tej pory wzdycham na samo wspomnienie.

Tortura rozżarzonymi węglami
Podczas kolacji J. wspomniała, że chętnie spróbowałaby kuchni syryjskiej (nasz gospodarz jest emigrantem z Syrii). Na to on, niewiele się zastanawiając, postanowił następnego wieczoru zaprosić nas do swojego domu. Byłyśmy niezmiernie ciekawe, jak wygląda tamtejsze mieszkanie, jak domownicy zachowują się przy gościach, czy kobiety będą musiały zasłaniać twarze. Ale to opowieść na kolejny wpis.

Zajrzyjcie, jeśli macie ochotę dowiedzieć się, jak wygląda życie kobiet w Emiratach. Cóż, ja na kolanach dziękuję, że przyszłam na świat w Europie...

wtorek, 17 czerwca 2014

Gdzie ja mam głowę, czyli Warszawa

Moje życie ostatnio gna, aż trudno za nim nadążyć.

Wczoraj wstałam raniutko, by w spokoju przygotować się do dwudniowego wyjazdu do Warszawy, przeświadczona, że wyruszamy o 7.30. Ledwie zdążyłam się wykąpać i umyć zęby, gdy usłyszałam domofon. To moja szefowa, która stała już pod moją klatką, gdyż nie odbierałam telefonu. No cóż, najwyraźniej wyjazd miał być o 6.30... Wrzuciłam więc na chybcika jakieś przypadkowe kosmetyki do torby, pożegnałam się z rodziną i z mokrą głową pobiegłam do samochodu. Bez śniadania, kawy, ani śladu makijażu. Szczęściem, że chociaż zęby umyłam. Włosy wyschły, tworząc malowniczą kupę siana, a namiastkę makijażu zrobiłam gdy staliśmy w korku.



Szkolenie dotyczyło dość ciężkiego tematu, a mianowicie nowych rozporządzeń na temat chemikaliów. Mimo wszystko nie dało się nudzić. Szkolenie było znakomicie zorganizowane, prelegenci bardzo kompetentni , a jedna z nich - pani Marcela, prowadziła swoje wykłady wręcz brawurowo! Klasą i poczuciem humoru przypominała mi Marię Czubaszek. Ponadto, chociaż to może nie najważniejsze, nie mogę pominąć milczeniem obiadów w barze Tęcza - tak smacznych posiłków na żadnym szkoleniu nie jadłam (a zaliczyłam ich dość sporo). Polecam ten bar o skromnym, ascetycznym wręcz wystroju i kompletnie nieadekwatnej, kolorowej nazwie. Serwowane u nich gazpacho po prostu wymiata, bez dwóch zdań.



Po zakończeniu pierwszego dnia szkolenia, zameldowałyśmy się w sieciówkowym hotelu o mikroskopijnych pokoikach i kompaktowych łazienkach. Ale i tak nie zamierzałyśmy tam spędzać więcej czasu, niż to konieczne i ruszyłyśmy w miasto. Nasz wyjazd zbiegł się z imieninami Szefowej, która zaprosiła nas z tej okazji na kolację (nas, to znaczy mnie i D. - koleżankę z zaprzyjaźnionej firmy) do restauracji Lokanta z kuchnią turecką. Trafiłyśmy na fajną promocję - druga butelka wina gratis, grzech nie skorzystać. I znowu objadłam się nieprzytomnie, ale wszystko było tak obłędnie smaczne, że sami rozumiecie. W drodze powrotnej nabyłyśmy jeszcze jedną buteleczkę, którą wypiłyśmy już w hotelu. Zrobił się z tego znakomity babski wieczór. A co najlepsze, wino nie miało żadnych skutków ubocznych dnia następnego.



Tak się złożyło, że w drugim dniu mojej nieobecności w domu, mój mąż musiał również wyjechać służbowo, więc dzieciaki po powrocie ze szkoły były przez parę godzin same. Niestety w ubiegłym tygodniu wyprałam Stasiowi telefon na tyle skutecznie, że zaniemógł całkowicie (za to jest bardzo czyściutki). Ileż ja się nerwów najadłam w drodze powrotnej do Torunia, gdy na moje liczne próby kontaktu z dziećmi, Danusi komórka odpowiadała tylko głosem automatycznej sekretarki. Drzwi mieszkania otwierałam z sercem w gardle, ale oczywiście dzieci grzecznie siedziały w domu. Komu by się chciało interesować włączeniem telefonu i kontaktem z rodzicami, no nie? Ale muszę pochwalić dzieciaki za samodzielność, bo poradziły sobie znakomicie. Teoretycznie mogę spokojnie wyjeżdżać w kolejne podróże służbowe. Tylko muszę jeszcze ogarnąć moją roztrzepaną głowę!



sobota, 1 czerwca 2013

Bolonia, czyli jak polubiłam Japończyków we Włoszech

Tegoroczny maj zapamiętam jako zimny, deszczowy i bardzo intensywny. Ledwo zdążyłam odreagować po I Komunii Św. naszej Danusi, a już musiałam szykować się na kilkudniowy wyjazd służbowy do Włoch, na targi do Bolonii. Bardzo się ucieszyłam z propozycji wyjazdu, widząc w nim okazję oderwania się od codzienności i zobaczenia kawałka świata. Dzieciom niezorientowanym gdzie się znajduje Bolonia wytłumaczyłam, że wybieram się do miejsca, gdzie wynaleziono spaghetti po bolońsku. Przygotowałam im na wieszakach ubrania na każdy dzień mojej nieobecności, aby ułatwić mężowi zadanie, ale jak się okazało, po moim wyjeździe pogoda natychmiast się popsuła, a ja zakładałam wariant upalny. No cóż, jakoś sobie dali radę.
W wyprawie uczestniczyłyśmy we dwie - moja szefowa - J. oraz ja. Od razu zaznaczę, że moja szefowa jest świetną osobą, wspaniałą kompanką, ale oczywiście pewien dystans istnieje. Znamy się od lat kilkunastu, bo pracę w firmie rozpoczęłam jako świeżynka po studiach. Jedną cechę mamy wyraźnie wspólną: gdy tylko jest chwila czasu w poczekalni, w samolocie, w hotelu, obie natychmiast wyjmujemy książki i toniemy w lekturze.
Wyruszyłyśmy ciemną nocą z wtorku na środę samochodem na lotnisko w Gdańsku. Po drodze zrobiłam zdjęcie wschodzącego słońca, bo rzadki to dla mnie widok:


Do Bolonii leciałyśmy z przesiadką w Monachium, gdzie niestety trzeba było czekać ponad 3 godziny. A więc rozkładamy książki na kolanach, przytrzymując, by się nie zamknęły i nad książkami gadamy sobie o wszystkim. O rodzinie, znajomych, o pracy, o książkach, a przede wszystkim o różnych kuchennych sztuczkach. Ja jestem raczej przeciętną kucharką, a J. jest "amazing cook", jak ją określił bratanek, więc ja bardziej skorzystałam z tych konwersacji. Czas nam minął szybko, a z Monachium do Bolonii to już ledwie godzinka lotu, ledwo stewardessy zdążyły rozdać lunch i napoje, a już zaczęliśmy zniżać się nad lotniskiem.

Powitała nas ładna, niezbyt upalna, lecz słoneczna pogoda. Wsiadłyśmy do "Aerobusu", który kursuje pomiędzy lotniskiem, a resztą miasta i wysiadłyśmy przy dworcu kolejowym. Od pierwszych chwil zadziwiły mnie bolońskie rowery, bardzo stare i zniszczone, za to zabezpieczone bardzo grubymi zapięciami i łańcuchami. To ewenement, który nurtował mnie niezmiernie podczas całego pobytu w Bolonii (i nurtuje mnie nadal). Może macie jakiś pomysł, po co te rowery trzymane są w środku miasta, zajmując większość dostępnych stojaków rowerowych? Czy to jakiś protest, demonstracja czy ki diabeł? Niektóre z nich są kompletnie przerdzewiałe, nie ruszane chyba od lat, czasem przedsiębiorczy złodziejaszek weźmie sobie siodełko lub koło, a rower stoi... Natomiast niezbyt liczni w Bolonii rowerzyści poruszali się na nowych, eleganckich rowerach, a takich nigdzie na stojakach nie było. No zobaczcie sami te złomy:




Hotelik miałyśmy może niezbyt luksusowy, ale za to przytulny i w strategicznym punkcie miasta, a największą zaletą naszego pokoju był prysznic, czy raczej deszczownica. Niestety w ciągu dnia często brakowało ciepłej wody. Łóżko miałam bardzo wygodne, chociaż wyglądało raczej staroświecko:

Gdy już się rozlokowałyśmy i odświeżyłyśmy, wybrałyśmy się do pobliskiej pizzerii na rewelacyjną pizzę i wino podawane w dzbankach.
Chociaż miałam ochotę trochę poszwendać się po okolicy, resztę wieczoru spędziłam odsypiając zarwaną noc, zmęczenie zmogło mnie i spałam do rana. Może to i dobrze, bo dzięki temu rano w pełni sił mogłam zabrać się do pracy. Ale tak za długo nie popracowałyśmy, bo po lunchu J. ogromnie rozbolała głowa i musiałyśmy wrócić do hotelu. J. wzięła leki i położyła się, a ja wybrałam się na eksplorację okolicy.

Coś takiego jest we Włoszech, że do szczęścia wystarczy mi być tam, oddychać włoskim powietrzem, słuchać włoskiego języka i chłonąć niepowtarzalną atmosferę. Buty miałam wygodne, kierunek był mi obojętny, starałam się tylko zapamiętać trasę, by nie mieć problemów z powrotem. Szwendałam się więc tu i ówdzie, robiłam fotki. Nie oparłam się też pokusie, by wejść do kawiarni na prawdziwe capucchino i croissanta i to już była czysta rozpusta.
Po powrocie do hotelu okazało się, że J. czuje się lepiej - na szczęście, bo byłyśmy umówione na kolację z Daniele - jednym z naszych włoskich dostawców. Przyjechał po nas do hotelu i zaproponował, żebyśmy nie rozmawiali o pracy, chyba że musimy - po prostu miło spędźmy czas. I tak właśnie było. Daniele zawiózł nas na drugi koniec Bolonii do bardzo miłej knajpki, serwującej przepyszne włoskie jedzenie. Bardzo miło nam się rozmawiało, a po kolacji Daniele zaproponował, że pokaże nam stare miasto. To naprawdę było niesamowicie miłe, że stara się nam uprzyjemnić pobyt i sprawiał wrażenie, że jemu również jest miło w naszym towarzystwie. A stara część Bolonii oglądana nocą to niezapomniany widok.

Po tych dwóch długich spacerach, moje nogi były w opłakanym stanie. Na pierwszy spacer wyruszyłam w adidasach, ale na ten po kolacji - już na szpilkach. Obawiałam się, jak zniosę kolejny dzień chodzenia po targach. Moja nieoceniona szefowa oddała mi swoje niesamowicie wygodne klapki na koturnie, dzięki czemu dałam radę jakoś chodzić, a chodzenia było sporo. Tego dnia zaliczyłyśmy wiele miłych spotkań i jedno niezbyt miłe, ale ogólnie na duży plus.
Wracając z targów ruszyłyśmy na poszukiwanie restauracji odpowiedniej, by ugościć tam naszych najważniejszych dostawców - z Japonii (moje biedne nogi!). Na szczęście udało się nam znaleźć miejsce wręcz idealne.
Do tej pory byłam przeświadczona, że nasi kontrahenci z Japonii to sztywniacy i nudziarze. Takie wnioski mogłam wysnuć z codziennej korespondencji, w której przez te kilkanaście lat nie pojawiło się nic osobistego, a jeden jedyny raz w mailu przeczytałam "Miłego weekendu", co było szczytem śmiałości i wyzwolenia z ich strony. Jak się okazało, owszem, korespondencja handlowa wymaga od nich zachowania konwenansów, natomiast w kontaktach osobistych są przemili, bardzo otwarci, bawią ich nasze żarty i cieszy ich nasze towarzystwo. To był wyjątkowy wieczór. Pomyślcie, że po kilkunastu latach codziennej korespondencji, gdy średnio piszę do tej firmy 3-5 maili dziennie, wreszcie miałam okazję poznać osobę, która jest po drugiej stronie (a maile te były tak oficjalne, że mógł tworzyć je automat). Wrażenie było niezapomniane - Hiroyouki okazał się bratnią duszą, mieliśmy mnóstwo tematów do obgadania, pokazywaliśmy sobie zdjęcia naszych rodzin i opowiadaliśmy sobie anegdotki o sobie nawzajem. Sytuacja była dość zabawna, bo początkowo na miejscu obok mnie siedział dość już wiekowy szef Japończyków, ale gdy wyszedł do toalety, Hiroyouki siadł na jego miejscu, wywołując ogromną konsternację u pozostałych gości. Takie zachowanie to dla nich podobno olbrzymi nietakt, ale miło, że moje towarzystwo było tego warte ;)
Oczywiście po powrocie do pracy nadal pisujemy równie bezosobowe maile, znów jesteśmy na "pan" i "pani", chociaż mam wrażenie, że pod tym kryje się wyczuwalna nitka porozumienia. Fajnie jest widzieć poza tymi literkami prawdziwego, żywego człowieka.

No i cóż, miły pobyt w Bolonii dobiegł końca. Następnego ranka znowu ruszyłyśmy "Aerobusem", tym razem w przeciwną stronę. Na lotnisku w Bolonii kłębił się ogromny tłum ludzi, wszędzie kolejki jak u nas za starych prl-owskich czasów, trochę nerwów, że nie zdążymy się odprawić, ale jakoś udało się w ostatniej chwili zdążyć. Pogoda była paskudna, ledwo 6 stopni, deszcz i czarne chmury. Podczas przesiadki w Monachium przemokłyśmy do suchej nitki. Znowu 3 godziny czekania, dalszy lot i w końcu Gdańsk. Obie byłyśmy tak stęsknione za domem i złaknione normalnego, domowego jedzenia, że nawet nie zatrzymałyśmy się, by coś zjeść. No i dobrze, bo dzieci czekały na mnie w oknie, nie mogąc się doczekać mojego powrotu.

I to by było na tyle :)



środa, 24 kwietnia 2013

Ośmioletnia asystentka

Jako że trwają właśnie egzaminy gimnazjalne, dzieciaki z podstawówki nie mają normalnych lekcji, tylko chodzą sobie na różne wycieczki. Nie mam nic przeciwko wycieczkom, a nawet wręcz przeciwnie. Natomiast moim zdaniem można to inaczej organizacyjnie rozwiązać, niż wymuszać na dzieciach tułaczkę akurat w te dni. Poza tym wycieczka kończy się około południa, a do świetlicy można wejść dopiero o 13.30, więc jak zagospodarować dziecku ten czas? Pewnie szczęśliwi "posiadacze" babć i dziadków nie mają z tym najmniejszego problemu, ale ja mam i pewnie wielu innych rodziców również.

Danusia skończyła dziś zajęcia przed 11, a potem przez dwie godziny przechowywałam ją u siebie w pracy. Trochę się nudziła, trochę mi przeszkadzała, ale za to fotka z jej pobytu u mnie wyszła całkiem ładna i niech to będzie zauważalnym plusem egzaminów gimnazjalnych ;)


wtorek, 19 czerwca 2007

Pracodawcą być

Niedawno za jednym zamachem stałam się na powrót pracownikiem, a jednocześnie zyskałam rolę pracodawcy. Fakt, że zatrudniam tylko jedną osobę wcale nie umniejsza mojego zaangażowania. Funkcja pracodawcy jest bardzo niewdzięczna. Sama przecież w rozmowach ze znajomymi uskarżam się na niskie zarobki, złą organizację czy nadmiar obowiązków. Trudno mi jest postawić się teraz na miejscu osoby, której mogą być postawione podobne zarzuty. Co prawda w kwestii wypłacanej przeze mnie pensji niewiele mogę zrobić, ale przynajmniej staram się, żeby organizacja pracy nie szwankowała, a obowiązki ograniczały się do ustalonych na początku. Dlatego czasem, zasnąwszy przy usypianiu dzieci, wstaję o 1 w nocy żeby posprzątać przed przyjściem niani. Gdybym tego nie zrobiła, pewnie by poczuła się w obowiązku mnie wyręczyć. Tak więc jestem notorycznie niewyspana, ale przynajmniej mam czyste sumienie. I porządek w domu, a to też się liczy :P
W zachowaniu zdrowego rozsądku zarówno jako pracodawcy jak i pracownika pomagają mi zasady, które mi ktoś podesłał. Wybrałam kilka z nich:

Prawo Tertila:
Sprawa raz odłożona dalej odkłada się sama.

Prawo Clyde'a:
Im dłużej zwlekasz z tym co masz do zrobienia, tym większa szansa, ze ktoś cię wyręczy

Zasada Larsona:
Dokonaj czegoś niemożliwego, a szef zaliczy to do twoich obowiązków.

Prawo Phillipa:
Łatwe do przeprowadzenia są tylko zmiany na gorsze.

Prawo Owena:
a.. Jeśli jesteś dobry, to cala robota zwali się na ciebie
b.. Jeśli jesteś naprawdę dobry, to nie dopuścisz do tego.

Pułapka:
Żaden szef nie będzie trzymał pracownika, który ma zawsze racje

Sami widzicie, że niełatwo jest zachować punkt widzenia pracodawcy i pracownika jednocześnie :-)
stare komentarze

sobota, 12 maja 2007

Ciocia Pani

Ufff... Pierwszy tydzień pracy już za mną. Nie było przesadnie ciężko, ale zbyt lekko też nie. W pracy wszyscy, którzy musieli wykonywać część moich obowiązków pod moją nieobecność, już jakiś czas temu odetchnęli z ulgą, że niedługo wracam i natychmiast zaprzestali robić cokolwiek, co mogło jeszcze chwilę poczekać. Wskutek tego od poniedziałku rano przez mój gabinet przechodził nieustający pochód kolegów i koleżanek, przyczyniając się do wzrostu stosu papierów i spraw do załatwienia. Trochę to potrwa, zanim wyjdę na prostą zwłaszcza, że pracuję tylko 6 godzin dziennie. W dodatku moje myśli przez cały czas krążyły wokół dziewczynek pozostawionych z nianią w domu.

Pierwszy dzień oczywiście był najgorszy. Rano nakarmiłam Emilkę "na zapas" i wymknęłam się niepostrzeżenie z domu. Jak się później okazało, Emilka w ciągu dnia trochę marudziła, bo nie mogła usnąć beze mnie, ale gdy w końcu jej się udało, przespała 3 godziny, zjadła obiad i na spacerze spała dalej. Danusia była zadowolona z długiego pobytu na dworze, więc wcale nie marudziła. Drugiego dnia Danusia trochę mnie zaniepokoiła, gdyż mój mąż mówił, że nie chciała podejść do niani, tylko się za nim chowała. Ale gdy już się przemogła, dalej było w porządku. Moje obawy rozwiała dopiero moja siostra, która będąc przejazdem w Toruniu wstąpiła do dziewczynek na kawę i stwierdziła, że niania robi bardzo dobre wrażenie, a Danusia do niej lgnie. No i teraz każdy dzień jest lepszy.

W efekcie mojej kilkugodzinnej nieobecności, po moim powrocie z pracy, dziewczynki nie pozwalają mi odejść od nich na krok. Obie chcą się tylko przytulać, co jest całkowicie zrozumiałe, ale zupełnie uniemożliwia mi zajmowanie się domem. W związku z tym mogę cokolwiek zrobić dopiero, gdy zasną. Czasem za sprzątanie biorę się po północy (gdy się obudzę) albo o 6 rano, bo przecież przychodzi niania, nie mogę więc zostawić tego całego bałaganu. Przygotowuję też wtedy obiad dla Danusi. Mam nadzieję, że to się trochę unormuje w miarę, jak przywykniemy do nowej sytuacji.

Stasia odbieram z przedszkola w drodze do domu, czyli po 14. Strasznie narzeka, że tak szybko po niego przychodzę, bo po obiedzie zaczyna się tam najlepsza zabawa. Może jak pogoda się poprawi, to będę po niego chodziła z dziewczynkami trochę później.

A Staś znowu swoje:

- Mamusiu, jak się urodzi następna dzidzia, to niech to będzie chłopczyk, dobrze? I nazwijmy go Karabasz.

Gdy go zapytałam, dlaczego uważa, że będzie jeszcze jakaś dzidzia, to spojrzał na mnie, jak by to było oczywiste. Może wrodzone poczucie sprawiedliwości każe mu tak uważać? Skoro są dwie dziewczynki, to on musi mieć braciszka, dla równowagi ;)

A czemu ciocia Pani? Dlatego, że ja się mylę, w rozmowie z Danusią raz mówiąc "pani Gosia", raz "ciocia Gosia". Danusia połączyła to w "ciocia Pani", co wydaje mi się bardzo trafne i ładnie brzmi.

stare komentarze

niedziela, 29 kwietnia 2007

Był wprawdzie epilog, ale...

Widzę, że kwestia zarobków niani wywołała spore poruszenie. Niepotrzebnie pisałam, ile niania będzie zarabiać, ale skoro to tak drażliwy dla niektórych temat, więc wyjaśnię.

Stawki dla niań w Toruniu wg. ogłoszeń na niania.pl zaczynają się od 450 zł. Moje koleżanki płacą opiekunkom 500 - 650 zł, ale po pierwsze płacą za 9 godz. pracy, a po drugie niania ma dodatkowe obowiązki, typu gotowanie, sprzątanie itp. Nasza niania nic nie będzie musiała robić oprócz zajmowania się dziećmi, a posiłki będą przygotowane tak, by wystarczyło je podgrzać. Fakt, że zajmować się będzie dwójką dzieci, ale w mniejszym wymiarze godzin (6 godz. dziennie, 5 dni w tygodniu, nadgodziny płatne oddzielnie).

Pani Małgosia opiekowała się wcześniej dwójką chłopców, dostając za swoją pracę 350 zł miesięcznie. Gdy zapytałam, jakiej pensji oczekuje powiedziała, że zdaje się na nas. Miała szansę się targować, z czego nie skorzystała, faktem jest jednak, że gdyby zarządała 600 zł, to wybralibyśmy panią S., która chciała 650 zł za swą pracę. Pani Małgosia dostaje rentę, więc jest to dla niej dodatkowe źródło utrzymania, pewnie dlatego nie próbowała nawet się targować. Może z czasem, gdy będzie nas na to stać, a ona będzie dobrze wypełniać nasze oczekiwania, zaproponujemy jej podwyżkę.

Stawki w Toruniu są niemożliwe do porównania ze stawkami w Warszawie, Poznaniu czy Gdańsku, ale też pensje matek trudno porównać. Poza tym jest tu dużo studentek, gotowych do pracy za niewielkie pieniądze, co powoduje obniżenie stawek. Dodam jeszcze, że pensja dla niani będzie dla naszej rodziny sporym obciążeniem i wcale nie będzie łatwo związać koniec z końcem.

PS. Ten post będzie tu przez jakiś czas, dla zainteresowanych (i zbulwersowanych). Później go skasuję.

sobota, 14 kwietnia 2007

Odliczam dni...

10 kwietnia skończył się mój urlop macierzyński.
Wzięłam trochę urlopu wypoczynkowego, wracam do pracy po długim weekendzie, czyli 7 maja.

Wczoraj byłam razem z dziewczynkami odwiedzić firmę w której pracuję. Moja szefowa twierdzi, że już bardzo za mną tęsknią. Zaproponowała mi też 6-godzinny dzień pracy przez pierwsze 3 miesiące przy pensji w normalnej wysokości. Prawda, że to wspaniała propozycja? Cieszę się bardzo, ale i tak nie będzie mi łatwo.

Szczerze mówiąc myśl o powierzeniu dzieci komuś obcemu wywołuje u mnie mdłości. Fakt, że Staś i Danusia chodzili do żłobka, ale to co innego. Tam pracują kompetentne, wykwalifikowane osoby. Teraz niestety w żłobku nie ma miejsca, zresztą są też inne powody, dla których nie chcieliśmy wysyłać dziewczynek do żłobka. Danusia idzie od września do przedszkola, więc stresowanie jej powrotem do żłobka na jakieś 2-3 miesiące uznaliśmy za niepotrzebnie szkodliwe. I tak niedługo wakacje i okres przerw w działalności żłobka i przedszkola, więc nie obejdziemy się bez pomocy osób trzecich. Ale szczerze mówiąc nie miałam pojęcia, że znalezienie niani do dwojga dzieci jest takie trudne... Dałam ogłoszenie do anonsów i spodziewałam się, że od rana będą się urywać telefony, chociaż mój mąż był bliższy prawdy twierdząc, że nikt nie zadzwoni. Odebrałam jeden, dosłownie jeden telefon. Zadzwoniła kobieta z wyraźną desperacją w głosie. Powiedziała, że wprawdzie nie ma doświadczenia jako niania, ale ma własne dziecko w wieku 1.5 roku, a więc umie zajmować się dziećmi. Na moje pytanie, kto pod jej nieobecność będzie zajmował się jej dzieckiem odparła, że tatuś. Chociaż bardzo mi jej żal, niestety nie powierzyłabym jej swoich dzieci. Nie wierzę, że mogłaby wkładać serce w opiekę nad cudzymi dziećmi, zostawiając w domu własne.

Młode dziewczyny pracują teraz jako baby sitters albo au pair gdzieś na zachodzie, czemu trudno się dziwić, porównując zarobki tu i tam. A te starsze wolą jedno, odchowane już trochę dziecko i gdy słyszą o 5 miesięcznej Emilce, trochę się krzywią. Poza tym ja bym chciała kogoś z polecenia, bo wiadomo, referencje mogą się mijać z prawdą. No i to wszystko ostatnio psuje mi trochę wiosenny nastrój. Najchętniej posiedziałabym w domu do września, ale groziłoby to znacznym pogorszeniem stosunków w pracy, może w ogóle nie miałabym dokąd wracać... Finansowo też trudno by nam było wyżyć z jednej pensji. I tak nie wiem, jak to będzie, gdy trzeba będzie płacić pensję niani, no ale te parę miesięcy jakoś przeżyjemy.

No ale Aniu, głowa do góry. Wierzę, że nie tylko znajdę opiekunkę do dzieci, ale i będzie to poprostu superniania! Trzymajcie kciuki.

stare komentarze

wtorek, 30 maja 2006

Zmora moja podokienna

W moim biurze mam okno w suficie. Po wybudowaniu nowej siedziby firmy, właśnie ten pokój sobie wybrałam, mając do wyboru okno w ścianie albo w suficie. W poprzednim pokoju miałam okno za plecami i bardzo mi przeszkadzało to, że słońce latem świeci mi wprost na monitor. Jak sądziłam, przy oknie w suficie da się tego uniknąć. Okazało się, że się myliłam. Od czerwca do września przesuwam monitor po biurku, żeby móc coś dojrzeć na ekranie. Ale nie to jest najgorsze.

Pewnego dnia, ubiegłorocznej wiosny, wchodzę do firmy i cóż widzę: przez zamknięte drzwi mojego biura wylewa się woda! Tętno mi podskoczyło. Rzecz jasna zapomniałam zamknąć okna wychodząc, a w nocy nadeszła ulewa... Papiery na biurku przemokły, wykładzina na podłodze chlupotała przy chodzeniu, telefon i kalkulator szlag trafił. Nie wiem, jakim cudem powódź ominęła te droższe urządzenia, czyli komputer, monitor i skaner. Potok wody kończył się na 2 cm przed skanerem i resztą sprzętu. To doprawdy jakiś cud.

Na szczęście nie żądano ode mnie zapłaty za uszkodzony telefon, a w kalkulatorze wystarczyło wymienić baterie. Ale i tak tego dnia rozpoczął się koszmar, który dręczy mnie do dziś. Za każdym razem, gdy zaczyna padać deszcz, mnie zaczyna męczyć pytanie: zamknęłam to okno czy nie? Ile nocy już przez to nie przespałam... Nieważne, że mogę być pewna, że okno zamknęłam. I tak w środku nocy dręczą mnie wizje ulewy, spłukującej wszystko, co mam na biurku. Kiedyś zepsułam sobie w ten sposób miły wyjazd weekendowy, obdzwaniając wszystkich znajomych z pytaniem, czy w Toruniu też pada. Musieliśmy wrócić szybciej, po drodze zahaczając o moje biuro. Okno oczywiście było zamknięte, a i tak w Toruniu nie padało.

Nie wyobrażacie sobie, jaka to udręka... Wczorajsza noc była właśnie taka. Wiedziałam, że poprzedniego dnia nawet nie otworzyłam okna, bo było strasznie zimno. Mimo to zadręczałam się w nocy wizjami potopu. I tak jest przez całe lato. Bo naprawdę trudno wytrzymać w dzień przy zamkniętym oknie. No i niby udaje mi się pamiętać o zamknięciu okna przed wyjściem, bo od tamtego pamiętnego razu potop się nie powtórzył, ale nie zmniejsza to mojej nocnej udręki.

Lato idzie... nie ma na to rady ;)

piątek, 19 maja 2006

Dzień jak nie codzień... na szczęście

Wczorajszy dzień zaczął się bardzo przyjemnie typową pobudką w wykonaniu Danusi, czyli obsypywaniem mnie całusami tak długo, aż otworzyłam oczy. Budzik tego dnia miał wolne, gdyż musiałam zostać z chorymi dziećmi w domu. No cóż, zdarzają się gorsze przykrości, niż wolny dzień w środku tygodnia. Z rutyny porannego krzątania się po domu wyrwał mnie telefon mojej szefowej, aktualnie przebywającej w Krakowie. Ona i szef wyjechali tam by się spotkać z ważnymi gośćmi z Japonii, którzy mieli przylecieć o godz. 9.55. Taką godzinę przynajmniej podałam szefowej. Jak się okazało na lotnisku, takiego przylotu brak, a najbliższy samolot z Frankfurtu jest dopiero za parę godzin. Szefowa nie ukrywała irytacji tym faktem, jak również tym, że jej telefon nie zastał mnie w pracy. Omdlenie z powodu stresu odłożyłam na później, musiałam szybko pojechać do pracy i sprawdzić, gdzie leży błąd. Na szczęście mój mąż jeszcze był w domu i zrozumiał powagę sytuacji. Ubraliśmy szybko dzieciaki i pojechaliśmy. W pracy zajęłam się przekopywaniem korespondencji i kolejnymi telefonami do Japonii, a dzieciaki zwiedzaniem kolejnych pomieszczeń i oczarowywaniem pracujących tam pań. Okazało się, że wina ewidentnie leżała po mojej stronie, gdyż z korespondencji wyraźnie wynika, że przylot miał mieć miejsce o 20. Wskutek mojej pomyłki szefostwo musiało przyjechać dzień wcześniej do Krakowa. Mam cichą nadzieję, że nie skasują mnie za nocleg w hotelu...

Ale nie był to koniec atrakcji, przewidziany na ten dzień.

Jarek wrócił z pracy, skarżąc się na złe samopoczucie. Coś go dławiło, gardło bolało, czuł się osłabiony. Ja musiałam biec na angielski. W drodze na lekcję odebrałam telefon od Jarka, który powiedział, że czuje się okropnie i boi się, że zasłabnie.

- Tak więc gdy odbierzesz telefon ode mnie i nie będę się odzywał, to wiesz co robić.
- Mam wezwać pogotowie?
- Koniecznie.

Ta rozmowa lekko podniosła mi ciśnienie. Zaczęłam obmyślać plan działania, tak na wszelki wypadek. Zadzwoniłam jeszcze przed rozpoczęciem lekcji. Jarek stwierdził, że czuje się trochę lepiej, właśnie robił sobie obiad.

Lekcja trwa. Nagle - dzwoni mój telefon. To mój mąż. Zanim zdążyłam odebrać - rozłączył się. Dzwonię do niego - połączenie nieudane. Za chwilę na szczęście udało mi się dodzwonić.

- Jarek, mam wzywać pogotowie? - mówię trzęsącym się głosem
- Nie, to Danusia dorwała się do komórki.

No to niezły skok ciśnienia załatwili mi we dwoje. Uffff...

W drodze do domu wstępuję do drogerii i kupuję farbę do włosów. Ale ku mojemu zdziwieniu okazało się, że nadal siwych włosów brak. Prędzej wyłysieję niż osiwieję. Powinnam się pewnie z tego cieszyć... Ale coś mi mówi, że gdyby to był deszczowy październik albo szarobury luty, moje włosy bardziej by ucierpiały. Ten maj stanowczo dobrze na mnie działa.

I tym optymistycznym akcentem kończę tę przydługą notkę.

(Obawiam się, że ten optymizm minie mi najdalej w poniedziałek, po powrocie szefostwa...)

wtorek, 28 lutego 2006

Sposób na szefa

Gdy wczoraj rano wyruszyliśmy w codzienną trasę przeszkole- żłobek- praca okazało się, że akumulator zdechł. Wobec tego ja pobiegłam na autobus, a Jarek spacerkiem dostarczył dzieci w odpowiednie miejsca.

Po pracy poszłam po Stasia i podczas ubierania tak sobie rozmawiamy:

- Wiesz, mamo, jak pobiegłaś do autobusu, to ja płakałem.

- Przepraszam cię, Stasiu. Musiałam się śpieszyć do pracy. Gdybym się spóźniła, to mój szef by powiedział: "Co za spóźnienie, Kowalski?" - rzuciłam cytatem z ulubionej reklamy Stasia.

- A ty na to: "Nie jestem Kowalski tylko Ladolucka i tsy, jedenaście, osiemnaście, teraz to mi to lotto!"

Szkoda jedynie, że po takim tekście, zamiast leżeć na plaży tropikalnej, jak rzeczony Kowalski, mogłabym jedynie wąchać przysłowiową zieloną trawkę...

czwartek, 3 listopada 2005

Asertywność- zero.

W związku z tym, że wracam do firmy jako pełnoprawny pracownik, muszę przejść przez gehennę zwaną niewinnie badaniami wstępnymi. Wybrałam się więc dziś wczesnym rankiem, na wszelki wypadek na czczo, do odpowiedniego przybytku. Zajęłam miejsce w kolejce do okulisty i spokojnie zajęłam się czytaniem książki. Po upływie 1,5 godziny do gabinetu wszedł pan, po którym miałam wejść ja. Spakowałam więc książkę i stanęłam profilaktycznie przy samych drzwiach. Drzwi się otworzyły, a przez nie śmignęła do środka jakaś smarkula. Nie podejrzewałam jeszcze chamstwa, myślałam, że może tylko po jakiś podpis, albo co... Wyszła po chwili, a po niej zaraz druga, myk do środka. Zagotowało się we mnie i tłumaczę ludziom, że mnie wypchnięto z kolejki. Ale kogo to obchodzi... Próbowałam więc rozmawiać z dziewczyną, która była następna w kolejce, tłumacząc jej, że przecież czekam dłużej niż ona. "Wszyscy się śpieszymy, proszę pani". Nic nie wskurawszy, oddałam kartę pani w recepcji i ze łzami wściekłości w oczach poszłam do pracy.

Gdybym była moim pracodawcą, to chyba bym przemyślała zatrudnienie osoby tak życiowo niezaradnej na moje stanowisko...  Powinnam się zapisać na jakiś kurs asertywności. Tylko patrzeć a wszyscy wejdą mi na głowę, łącznie z dziećmi, a ja zostanę zahukaną szarą myszką, która nie ma nic do powiedzenia nawet we własnym domu. Ale cóż, już w podstawówce wychowawczyni powiedziała, że mam zbyt słabe łokcie by do czegoś w życiu dojść...

Jutro drugie podejście, trzymajcie kciuki.


sobota, 17 września 2005

Czy mogę prosić Jodi...

Dziś rano w mojej ulubionej stacji radiowej - Trójce, pytano słuchaczy o gafy popełnione w pracy. Przypomniało mi to o tym, co odpaliłam, krótko po rozpoczęciu mojej pracy zawodowej. Otóż polecono mi, bym zatelefonowała do naszego kontrahenta w USA i zapytała o pewną dość skomplikowaną sprawę, trudną dla mnie do wytłumaczenia nawet po polsku, a co już po angielsku... Perspektywa rozmowy w języku, w którego omalże nie miałam okazji wykorzystać praktycznie, strasznie mnie zestresowała. Rozpatrywałam nawet możliwość skręcenia nogi idąc do mojego biura, ale to nie takie łatwe na prostej drodze. ;)
Osoba, z którą miałam rozmawiać, nazywała się Jodi Shermann. Zasiadłam przy biurku, spocona z przejęcia, zupełnie nie biorąc pod uwagę różnicy czasu (w Stanach była o tej porze pewnie 5 rano) i wykręciłam numer. Za oceanem bardzo długo nikt nie podnosił słuchawki, co zrozumiałe z uwagi na wczesną porę dnia. Gdy w końcu telefon ktoś odebrał, prawdopodobnie jakiś portier, z przejęcia wydukałam: "Can I speak to Mrs. Jodi Foster?"
Gdy dotarło do mnie, co powiedziałam, rozłączyłam się i popłakałam ze śmiechu. A poleconą mi sprawę załatwiłam za pośrednictwem faksu ;).

rozarozaroza

PS. Serdecznie dziękuję Szanownemu Onetowi - on wie za co ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...