Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Danusia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Danusia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 lutego 2015

Najsmutniejsze psie oczy na świecie

Wiosna już w powietrzu, uznałam więc, że miło byłoby powtórzyć wycieczkę do schroniska i wyprowadzenie piesków na spacer. Później trochę żałowałam tej decyzji, bo sobotni grafik był mocno napięty, ale skoro obiecałam dziewczynkom, słowo się rzekło. Staś tym razem był nieobecny, bo spędzał ferie u Dziadka.

Okazało się, że piękna pogoda natchnęła sporo osób podobnym pomysłem, więc o 13 w schronisku zebrała się spora kolejka. Pracownica schroniska wyraźnie zmęczona, dwoiła się i troiła wydając zwierzaki. W końcu przyszła pora i na nas. Planowałyśmy poprosić o te same zwierzaki, które wyprowadzaliśmy poprzednio, ale widząc dość krytyczną sytuację, postanowiłyśmy nie komplikować i wziąć dowolne dwa psy. Trafiło na czarnego szczeniaka i brązową, trochę starszą sunię.

Już na wejściu zaskoczyło mnie, że pieski trzeba było siłą wyciągać z klatek. Poprzednim razem zwierzaki gnały w podskokach na dwór, a ta dwójka wyraźnie przerażona opierała się i próbowała wycofać do kojców. Pomyślałam, że winien jest hałas wywoływany przez szczekające zwierzęta i że na dworze pewnie chwycą wiatr w żagle.

Na dwór musiałyśmy wynieść psiaki na rękach. Stojąc na skraju parku próbowałyśmy zachęcić je do zabawy. Głaskaniem i przysmakami nic nie osiągnęłyśmy. Przysmaki zostały zjedzone, ale strach w oczach pozostał. Psy ciągnięte na smyczach zapierały się łapkami, nie chciały ruszyć się ani na krok. W końcu sunia trochę się rozruszała i z umiarkowanym entuzjazmem kroczyła obok nas, ale czarnego szczeniaka trzeba było nieść. Ten młodziutki piesek przez cały czas trząsł się z zimna lub ze strachu. Takiej sytuacji zupełnie się nie spodziewałam. Myślałam, że zamknięte w klatkach zwierzaki tylko marzą o tym, by wydostać się na świeże powietrze. Te dwa najwyraźniej były od niedawna w schronisku i nadal przeżywały swoje traumy.


Tak więc wlokłyśmy się przez park, co chwila bezskutecznie próbując skłonić czarnulka do chodzenia i ciągnąc sunię na smyczy. Po godzinie byłyśmy już zupełnie wykończone tym pochodem. Usiadłyśmy na ławce i dałyśmy psiakom jeść. Gdy sięgnęłam po patyk by wygarnąć karmę z puszki, sunia ukryła się pomiędzy ławką a koszem na śmieci. Najwyraźniej bała się, że chcę ją tym kijem uderzyć. Serce mi się krajało, a Danusi łzy płynęły z oczu.



Wkrótce potem odnieśliśmy pieski do schroniska i po chwili zamieszania wróciły do swoich klatek.

Nie tak planowałam to popołudnie. Byłyśmy zaopatrzone w buty i kurtki do biegania, żeby swobodnie wyszaleć się razem z pieskami. Biegania nie było, tylko smutek i współczucie dla naszych czworonogich towarzyszy.

Martwiłam się, że odtąd moje dziewczynki nie będą chciały uczestniczyć w wyprawach do schroniska, bo to zbyt przygnębiające. Jak się jednak okazało, dzieci potrafią zrozumieć więcej, niż myślałam. Rozumieją, że zwierzęta bywają krzywdzone przez bezmyślnych lub okrutnych ludzi, a schronisko to nie jest idealne miejsce na to, by leczyć starganą psią psychikę. Zwierzaki potrzebują naszej pomocy i trzeba im okazać serce nie tylko wtedy, gdy odwdzięczają się nam lizaniem po nosach i merdaniem ogonem.



Daliśmy tym psiakom tyle ciepła, ile się dało. Może choć trochę pomoże im to na drodze do odzyskania zaufania do ludzi i pełni psiej radości.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Na własny użytek

Każda rodzina ma swoje własne, tylko sobie właściwe nazwy i określenia, powstałe w czasie wspólnego,codziennego życia. Tak się dziwnie składa, że twórcami większości z nich są dzieci, które przekręcają przypadkowo lub dopasowują celowo słowa do znaczeń. U nas jest nie inaczej i o tym będzie ten post. Większość określeń dotyczy sfery kuchennej, ale zdarzają się też inne. A więc - zaczynamy wyliczankę!

Kukem-bukem - tak w chwilach dobrego nastroju nazywam cukier puder. Tak ta nazwa brzmiała w ustach dwuletniego Stasia i tak już zostało.

Tosty afrykańskie - to po prostu tosty francuskie, ale Danusi wciąż myliło się ich pochodzenie.

Typowe afrykańskie tosty


Płaskie mięso (czyli schabowe) i mięsko z kością (czyli pałka kurczęcia) to obrazowe określenia Emilki, które funkcjonują do dziś.

Zupka pitomolowa, czyli popularna pomidorówka, to ulubiona zupa Emilki, jeszcze z czasów, gdy nie umiała poprawnie wymówić jej nazwy. Zresztą do tej pory muszę jej dodawać przecieru do rosołu, bo inaczej nie zje.

Makagigi i chleb z mydłem - tak moja Mama odpowiadała na pytanie, co dziś na obiad. Ja też się czasem denerwuję, gdy ktoś chce zepsuć moją niespodziankę kulinarną i powtarzam wtedy te słowa.

Miła kolacja - wydarza się wówczas, gdy do kolacji zasiada cała rodzina, co zdarza się średnio raz w tygodniu. Obowiązkową potrawą wtedy są grzanki z piekarnika.

Plackośniki - potrawa zaimprowizowana w trakcie przygotowywania placuszków gdy okazało się, że w domu nie ma ani proszku do pieczenia, ani sody, ani drożdży... Powstała wówczas odmiana naleśników ze słodkiego ciasta, zawierająca starte jabłko. Weszła do kanonu.

Czyrakobulwy - już kiedyś o nich pisałam. Są to często przez nas pieczone cynamonowe szwedzkie bułeczki, które dzieciom skojarzyły się z Harrym Potterem (wszystko im się z nim kojarzy).

Paślaczek - to określenie zrobiło u nas ogromną karierę i oznacza zwierzę, osobę lub czasem nawet rzecz o obfitych, pulchnych kształtach. Zostało wynalezione przez Emilkę podczas oglądania "Tajemniczego ogrodu" - wypatrzyła tam mocno wełnistą owieczkę, do której słowo "paślaczek" pasowało idealnie, szczególnie, że pasła się właśnie. Jest to określenie sympatyczne i bynajmniej nie obraźliwe - nie obrażam się, gdy Emi nazywa mnie paślaczkiem. Przeciwieństwem jest przycisłek, oznaczający chude, smukłe stworzenie. Typowymi przykładami paślaczka i przycisłka są Muminek i Ryjek.

Tyle udało mi się przypomnieć. A Wy macie swoje własne rodzinne twory językowe? Podzielcie się :)

Swoją drogą, bardzo lubię ten etap w życiu dziecka, gdy jeszcze przekręcają słowa i wcale nie lubię, gdy z tego wyrastają. Na przykład Staś mówił "niezieśki", Danusia mówiła "Ciachoś" na Stasia, a Emilka jeszcze nawet teraz, w chwilach większego zaaferowania mówi "SPJECJALNIE". Nie poprawiam jej, wszak już niedługo to samo przeminie...


wtorek, 7 października 2014

Tata rządzi!

Emilka i Danusia towarzyszą mi w wyprawie do Biedronki. Mamy czas, więc spokojnie rozglądamy się po sklepie. Przystaję przy stoisku z książkami, gdzie wpada mi w oko zabawna okładka:



Szybko kartkuję książkę zastanawiając się, czy nie kupić jej mężowi. W końcu stwierdzam, że i tak jej nie przeczyta i z lekkim żalem odkładam książkę na półkę.

Parę godzin później, córeczki stają przede mną z tajemniczymi minami.

- Mamusiu, mamy dla ciebie prezent! Za to, że jesteś taką kochaną mamusią. Prawda, że chciałaś ją przeczytać?

I wręczają mi tę właśnie książkę...

Zaniemówiłam z wrażenia. W jednym zdaniu potrafiły mi przekazać, że fajną mamą jestem, ale i tak przecież tata rządzi!

A tak serio, to bardzo mnie ucieszyła książka i to miłe przesłanie. Kochane dziewczyny, wydały znaczną część kieszonkowego, żeby mi sprawić przyjemność.

Zabieram się do lektury. Ciekawe, czy zasady szczęśliwego ojca są podobne, jak szczęśliwej mamy...


A oto jeden z pomysłów, który zamierzam wdrożyć:

"Jeżeli jesteś naprawdę zmęczony, zdejmij sweter lub koszulę i zaproś dzieci do zabawy, polegającej na malowaniu na twoich plecach. Poczujesz się tak, jakby wróżki robiły ci masaż."

To musi być niesamowicie przyjemne, czyż nie? :)


czwartek, 26 czerwca 2014

Wielkie możliwości

Byłam dziś na premierze filmu krótkometrażowego, tworzonego podczas warsztatów filmowych, których uczestnikiem był nasz Staś. Film trwa 7 minut, a praca nad nim trwała kilka miesięcy, co daje pojęcie na temat pracochłonności przedsięwzięcia. Ale frajdy przy tym cała masa. Zapraszam do oglądania.


A oto nasz młody, dobrze zapowiadający się filmowiec:



Po filmie. Rozmowa z Danusią na zupełnie inny temat. Danusia właśnie wróciła z imprezy na wolnym powietrzu, jest zarumieniona i wygląda ślicznie, więc nie omieszkałam jej tego powiedzieć.

- Danusiu, może gdy Staś kiedyś zostanie filmowcem, to będziesz grała w jego filmach?
- Tak! Albo zostanę jego menadżerką... albo ochroniarzem...

Otóż to, w tym wieku można wszystko!


piątek, 11 kwietnia 2014

Danusi Bajka o wiośnie

Niedawno chwaliłam się na fanpage Ladorusiów (na który serdecznie zapraszam), że Danusia została wyróżniona za pracę w konkursie międzyszkolnym "Bajka na cztery pory roku". Praca całkowicie samodzielna, w tekście Danusi poprawiłam tylko przecinki. Treść trochę mnie zaniepokoiła, zwłaszcza początek - jak przeczytacie, to zrozumiecie dlaczego. 

Mam wrażenie, że w połowie Danusi trochę się znudziło pisanie, a bajka wytraciła tempo - szkoda. Ale może za jakiś czas napisze opowiadanie, w którym nie będzie musiała trzymać się ściśle zadanego tematu. Będę ją do tego namawiać.

Dość już wstępów, życzę miłej lektury.





Dawno, dawno temu była sobie piękna dziewczynka o długich złotych włosach i pięknych zielonych oczach. Miała na imię Róża. Jej rodzina nie miała dość dużo pieniędzy na jej wychowanie, więc musieli ją oddać do domu dziecka. Ci rodzice byli bardzo smutni. Dwa lata później przyszła do domu dziecka pewna pani o brązowych włosach. Gdy oglądała dzieci, najbardziej spodobała jej się właśnie Róża. Tak bardzo jej się spodobała, że przygarnęła ją do siebie. Róża spytała się jak ta pani się nazywa, a pani powiedziała

- Nazywam się Ania, a ty jak się nazywasz?

- Nazywam się Róża.

- Jak trafiłaś do domu dziecka?

Ale Róża tylko ziewnęła, a Ania powiedziała, że pewnie jest śpiąca i pokazała gdzie będzie spała. – Jutro będę Ci zadawała pytania. -powiedziała Ania.

Róża obudziła się w nocy, bo miała zły sen. Śniło się o tym, jak jej rodzice płaczą za nią i zabiera ją zły pan. Ale bez kłopotów zasnęła. Minęła noc i gdy Róża się obudziła, Ania czekała już ze śniadaniem w łóżku. Spytała się jej jak minęła jej noc. Róża opowiedziała Ani o swoim śnie. Ania powiedziała żeby szybko się ubrała, bo pójdą do sklepu po ubrania dla niej. I tak się stało. Ania kupiła jej ładne buty i sukienki, a potem jeszcze Róży co chce, i wszystko to jej kupiła. Róża powiedziała, że chce, żeby Ania nigdy jej nie opuściła. Ale Ania powiedziała mi, że kiedyś na pewno ją opuści.

- Ale będziesz do mnie przychodzić?

- Oczywiście, że będę do ciebie przychodzić.

Róża nie miała więcej pytań.

Następnego dnia Ania zaprowadziła Różę na dwór. Pokazała jej dom, w którym mieszka chłopiec o imieniu Bartek.

- Codziennie wychodzi z domu o godzinie 15:05, czyli za 10minut -

powiedziała do Róży Ania. Róża pobiegła sprawdzić, czy Bartek jest jeszcze w domu.

Dinnng donnng dinnng donnng………………..

- Kto tam? - spytał jakiś nieznany głos.

- Nazywam się Róża i chciałabym się dowiedzieć czy jest w tym domu chłopiec o imieniu Bartek, a jak jest to czy mógłby wyjść na dwór?

W drzwiach pojawił się chłopiec.

- Czy ty nazywasz się Bartek?

- Tak, nazywam się Bartek. A co?

- Wprowadziłam się tu dwa dni temu i nie mam jeszcze żadnych kolegów ani koleżanek.

- Nie kłam. Masz już kolegę. Wiesz kto to? Ja!

- Naprawdę jesteś moim kolegą?

- No jasne że tak! Chodź. Pokopiemy w piaskownicy. Najpierw musimy wykopać dużą dziurę z której będziemy brać piasek, z którego zrobimy zamek. Idziemy?

-Kto ostatni w piaskownicy tan zgniłe jajo!

Kopali, kopali aż tu nagle Róża znajduje kartkę papieru. Na niej napisane było tak.

‘W jednym miejscu jest pewien skarb tylko wiosna może go odnaleźć .Jest to dziewczyna o złotych włosach ma czyste sumienie i serce też’’

- Kto to może być? – Zastanawiał się Bartek. - A może to ty, Różo?

- Nie wiem - odpowiedziała ze zdumieniem Róża.

- Chodź. Po drugiej stronie kartki jest mapa.

- Najpierw jest zadanie dla czystego serca - powiedział po chwili Bartek. - Musimy iść przez las. W lesie jest most gdzie czeka zadanie. Idziemy?

- Nie wiem. Boje się. A jeśli to nie ja, to co?

- Tak naprawdę to nie wiem, ale musimy spróbować. To tak?

- Niech ci będzie. Ale najpierw powiem to Ani. Powinna się zgodzić.

Ania oczywiście się zgodziła, ale myślała że to tylko żart.

Następnego dnia o świcie wyruszyli na poszukiwanie skarbu. Pamiętali o tym, żeby pożegnać się z Anią.

Kiedy byli na moście, zobaczyli kartkę, na której było napisane, na czym polega zadanie. Zadanie polegało na tym, że trzeba uratować kolegę. W tej chwili Bartek zniknął, a Róża krzyknęła.

- Jesteś tam? – Krzyczała z całych swoich sił.

- Tak - cicho ktoś odpowiedział.

Było wiadomo, że jej na nim zależy. Właśnie wtedy Bartek pojawił się obok niej i zaczął mówić.

- Po drodze do ciebie spotkałem wróżkę, która powiedziała mi, że przy wielkiej sośnie po środku lasu zacznie się drugie zadanie i znajdziemy tam kartę z zadaniem.

Poszli tam i przy sośnie było zadanie. Trzeba było uratować ptaka który był na sośnie. Więc Róża wspięła się na sosnę i uratowała go. To był zaczarowany ptak który powiedział im ostatnie zadanie. Zadanie polegało na tym, że trzeba było odpowiedzieć na pytania o wiośnie. Róża odpowiedziała na pytania poprawnie, a wtedy przyleciały ptaki i dały Róży wianek i naszyjnik z kwiatów i ogromną skrzynie ze skarbem. Ptaki zaniosły ją i Bartka do domu na linach z kwiatów. Róża została królową wiosny i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Koniec

















piątek, 28 marca 2014

Zmęczenie

Wracam do domu. Danusia rzuca mi się na szyję i mocno przytula. Przytula, przytula i nie puszcza.

- Mamusiu, tak się zmęczyłam!
- Czym, córeczko? - pytam zdziwiona.
- Tym niepatrzeniem na ciebie, mamo...

Miłego weekendu!


niedziela, 16 marca 2014

Dziedziczny pierścionek

Podczas sprzątania starych szpargałów, znalazłam pierścionek i podarowałam go Danusi. Aż promieniała z radości.

- Mamusiu, jak będę kiedyś miała córeczkę, to jej go dam i powiem, że dostałam go kiedyś od swojej mamy! A ona kiedyś da go swojej córce i tak dalej.

Po chwili zastanowienia.

- A jeśli będę miała synka, to on go da swojej żonie. 


Jak to fajnie zrobić porządki w starych szpargałach. Całą rodzinną historię tam wygrzebałam.

wtorek, 11 marca 2014

Biegiem przez wiosnę



Zaczęło się w ubiegłą sobotę. Nauczyciele w-f w naszej szkole postanowili zaktywizować dzieci i poświęcili swój czas wolny na bieganie z chętnymi dzieciakami po pobliskim lesie. Emilkę niełatwo było mi namówić. Bała się, że nie da sobie rady. Przekonała ją dopiero moja obietnica, że w razie potrzeby wsiądę na rower i odbiorę ją wcześniej. Jak się jednak okazało, wyprawa to był strzał w dziesiątkę! Dziewczynki wróciły roześmiane i pełne energii. Aż im pozazdrościłam. Pogoda piękna, wręcz chce się rozruszać ciało zastałe po zimie, odetchnąć świeżym powietrzem i złapać pierwsze promienie słońca.

Zresztą już od dawna miałam ochotę zacząć biegać, a szczególnie odkąd przeczytałam "Ciemno, prawie noc" Joany Bator. Ta książka to bardzo sugestywna pochwała biegania, przedstawione jako lekarstwo na wszystko. Jest taki motyw, gdy główna bohaterka, nie widząc sensu dalszej egzystencji, zamierza skończyć ze sobą, ale zamiast tego zaczyna biec. Biegnie, nabierając siły i wiary w swoje możliwości. I równocześnie zaczyna nowe życie - silniejsza, bardziej pewna siebie, świadoma swego celu. Może w moim przekazie brzmi to banalnie, ale podczas lektury stanowiło pełen otuchy przekaz, że czasem wystarczy zmienić jedną rzecz w życiu, by nabrało ono sensu.

Wydawałoby się - nic prostszego niż założyć buty i pobiec. Mimo wszystko ten pierwszy krok to jakiś przełom. Trzeba przestać szukać wymówek i się ruszyć. Gdyby nie moje córki, nie byłoby tak łatwo, to dzięki nim udało mi się zmotywować. W towarzystwie zawsze raźniej, a poza tym ludzie patrzą na naszą trójkę z dużą sympatią. Pewnie w ich oczach wygląda to tak, że mama poświęca się, biegając z maluchami, podczas gdy w rzeczywistości to dziewczyny są dla mnie wsparciem.

Wczoraj biegałyśmy pierwszy raz, a dziś wstałyśmy o 6 rano, by pobiegać przed szkołą i pracą. Na razie robimy nieduże kółka o długości 1  km, ale mamy zamiar co dzień trochę zwiększać dystans. I to nie wytrzymałość dziewczynek jest problemem, a moja zaniedbana kondycja. Po pierwszym biegu odkryłam dawno nieużywane obszary moich płuc, które były mocno zaskoczone dopływem tlenu, ale skoro już się obudziły, powinno być łatwiej.


Dziś bolą mnie łydki, ale to całkiem przyjemny ból. Dziewczyny oczywiście nie mają pojęcia, co to są zakwasy. Trzymajcie kciuki za nas, abyśmy dzielnie wytrwały w mobilizacji, chociaż brzydka pogoda to dopiero będzie wyzwanie.

sobota, 15 lutego 2014

Siłaczka


Danusia bardzo dużo trenuje. Chodzi na zajęcia cyrkowe, taniec i lekkoatletykę. W wolnym czasie staje na rękach lub robi gwiazdy, szpagaty i inne akrobacje. Wskutek tego jest silna jak mały niedźwiadek, z pewnością silniejsza ode mnie. Już stało się normą, że to moja 9-letnia córka otwiera słoiki i butelki, z którymi nie mogę sobie poradzić.

Dziś próbowałam odkręcić miotłę od trzonka, żeby wymienić ją na mopa, ale mimo wysiłków nie dałam sobie z tym rady. Danusia zaś na luzie odkręciła miotłę i wręczyła mi odkręcony trzonek.

- Danusiu, dziękuję, już myślałam, że będę musiała prosić sąsiada!
- Ależ mamo, od tego masz rodzinę - odparła Danusia.

I całe szczęście!

sobota, 11 stycznia 2014

Ale chała.






Skandal!

Upiekłam chałkę z podwójnej porcji ciasta, żeby wystarczyło na śniadanie (razem 8 takich chałek, jak ta na zdjęciu), lecz nie zostały nawet okruchy. I jeszcze słyszałam marudzenie, że za mało. Czyli ile mam ich zrobić, żeby wszystkie pasibrzuchy się najadły? Ja ledwo zdążyłam cokolwiek skubnąć!

(Po przepis możecie zajrzeć do Margarytki. Polecam - pracy przy tym raczej niedużo, tylko czasu trochę potrzeba na to całe wyrastanie. A gwarantuję, że Wasi bliscy będą uszczęśliwieni.)

Tak na marginesie, u nas odbywa się właśnie pierwsze "nocowanie" koleżanki dziewczynek (tej, u której Danusia miała ostatnio nocować, ale przed zaśnięciem zmieniła zdanie). Do tej pory (a jest już po 23) z ich pokoju nadal dochodzą szepty i chichoty. Ale cóż, takie są reguły dziewczyńskiego nocowania.

Czy muszę pisać, że nie obyło się bez malowania paznokci? ;)


piątek, 15 listopada 2013

Nieudane nocowanie


Od tygodnia Danusia szykowała się na nocowanie u swojej koleżanki Julki. Dziś samodzielnie spakowała pokaźną torbę i poszła, niezbyt daleko, bo do bloku obok naszego. Zresztą nie pierwszy raz już nocuje u Julki.

No i co pół godziny dzwoni do mnie, mówiąc co akurat robi. O 21 powiedziałam jej "dobranoc, słodkich snów".

O 22 słyszymy cichutkie pukanie do drzwi, a za drzwiami stoi zapłakana Danusia.

Wtula się we mnie mocno i mówi:

- Stęskniłam się za tobą, mamusiu.

Jeszcze długo wstrząsa nią płacz. Okazało się, że telefon się zaciął i nie mogła zadzwonić.

Gdy już trochę ochłonęła, położyłam jej rękę na serduszku i mówię:

- Danusiu, ale wiesz o tym, że zawsze jestem przy tobie, w twoim serduszku?

- Tak, mamo, ale nie mogę z moim serduszkiem rozmawiać.

Tak właściwie, to dobrze, że wróciła, bo ja też zdążyłam się stęsknić :)

niedziela, 6 października 2013

Wierszyk o kotkach

Zadanie domowe Danusi: "Napisz wiersz na dowolny temat"
Temat wybrała bardzo wdzięczny, sami zobaczcie:



"Nasze kotki"

Nasze kotki, czy Wy wiecie
najwspanialsze są na świecie.
Ciągle bawią się wesoło,
gonią się pod stołem wkoło.
Ktoś podrzucił je w piwnicy
kiedy były całkiem małe.
Znaleźliśmy je - piszczące,
biedne, głodne, w brudzie całe.
Zabraliśmy je do siebie.
U nas mają tak jak w niebie!
Jedna kotka to Guzinka,
a ta druga - Karmelinka!


poniedziałek, 8 lipca 2013

Piżama party!

Dziś z wielkim poświęceniem wystawiałam przez parę godzin swoje oślepiająco białe nogi na działanie słońca, ale jakoś efektów nie widać. To bardzo ciekawe, bo moja twarz pod filtrem 50, tyłem do słońca, zdołała się opalić. Może powinnam wypróbować ten krem na nogach?

A to wszystko dlatego, że w dniu wczorajszym zaliczyłam kurs GAWIN2, z czego moja rodzinka wydaje się ogromnie szczęśliwa, a ja trochę mniej, bo bardzo lubiłam te zajęcia. Za to w spokoju mogłam się dziś pobyczyć z dziećmi na plaży (chociaż plażowanie nie należy do moich ulubionych rozrywek).




Woda zimna, brrrr... co oczywiście nie przeszkadzało małolatom siedzieć w niej całe godziny. A ja na kocyku ratowałam się książką.

Po powrocie musiałam jeszcze upiec cebularze, które obiecałam dzieciakom już dawno ("Jak tylko skończę ten kurs, to będę wam znowu robić pizzerinki, gofry, cebularze, tylko wytrzymajcie jeszcze parę dni!). Dziś nie miałam już serca wykręcać się późną porą, więc kolacja była dopiero po 21, na co nikt nie ważył się narzekać. Za to teraz jestem już kompletnie padnięta, opalanie się jest okropnie męczącym zajęciem!

A tak w ogóle, to miałam pisać o czymś innym, czyli o pierwszym oficjalnym Nocowaniu Poza Domem moich córek! Wczoraj zadzwoniła do mnie mama koleżanki Emilki jeszcze z przedszkolnych czasów i zaprosiła obie dziewczynki na noc. Trochę się obawiałam, że przed snem Emilka podniesie lament i będzie chciała do domu, ale jak się okazało, dziewczyny nie miały najmniejszej ochoty wracać nawet następnego dnia. Było wszystko, co powinno być: piżama party, malowanie sobie nawzajem paznokci, bitwa na poduszki i opowiadanie sobie historyjek do późnej nocy. Strasznie im tego zazdroszczę!






Dziewczyny wymogły na mnie, że o tym napiszę na blogu, bo kiedyś będą chciały poczytać o tym, jak to było, więc posłusznie uzupełniam rodzinną kronikę o to wiekopomne wydarzenie.

niedziela, 30 czerwca 2013

Krok ku dorosłości

Danusia już od dawna wspominała o tym, że chciałaby mieć przekłute uszy. Nie nalegała jakoś specjalnie, więc wolałam odroczyć ten moment, aby była już duża i by uniknąć ewentualnych problemów z uszami. Oznajmiłam więc, że odpowiedni czas to będzie po przystąpieniu do Pierwszej Komunii i tego będę się trzymać również w przypadku Emilki (o ile w ogóle będzie chciała przekłuć uszy).

Tak więc od Pierwszej Komunii wkraczamy w dorosłość. Po pierwsze Danusia zażyczyła sobie obciąć włosy, gdyż jak większość dziewczynek zapuszczała je na tę okoliczność. Wybrała sobie fryzurę "na irokeza", jak jedna z koleżanek, czyli wygolone boki i czub na środku głowy, ale usłyszała stanowcze "NIE!". W końcu zgodziłam się na asymetryczne ścięcie, które podobno jest podobne do mojej fryzury (?).

Niedługo później umówiłam nas z kosmetyczką na "kolczykowanie". Danusia była bardzo podekscytowana, nie mogła nawet w nocy zasnąć, ale kazałam jej wyobrazić sobie piękne kolczyki i jakoś podziałało. Ale na fotelu u kosmetyczki przestało być zabawnie. O ile przekłucia pierwszego ucha prawie nie zauważyła, to już na drugie straciła całkiem ochotę. Trochę szczypało ją to pierwsze od środka odkażającego, poza tym ten pistolet robił dość nieprzyjemne wrażenie. Gdy zaczęła płakać stwierdziłam, że nic na siłę, niech chodzi z jednym kolczykiem, przecież nie będę jej zmuszać. Ale moja dzielna dziewczynka sama się opanowała, poprzytulała się trochę do mnie i odważnie nadstawiła drugie uszko. A teraz dumnie demonstruje kolczyki i rozgląda się za kolejną parą.

Ja miałam 16 lat w chwili przekłucia uszu. W tamtych czasach nikt chyba nie słyszał o kosmetyczkach z pistoletami, uszy przekłuwało się własnym sumptem. Mnie namówiła na to moja siostra Ewa, która podjęła się przeprowadzić tą operację. Nie miała z tym doświadczenia, ale przecież to żaden problem, wbić igłę w ucho, no nie? Zaopatrzona więc w igłę i surowego ziemniaka przekłuła mi ucho, co może nie było tak straszne, ale wkładanie kolczyka w krwawiący otworek było znacznie gorsze. Ewa stanowczo odmówiła powtórzenia tej operacji na drugim uchu. Na szczęście mąż Ewy - Wiesiek załatwił sprawę o męsku i przeprowadził zabieg na drugim uchu. Wskutek tego, że każde z nich kłuło po swojemu, kolczyki układają mi się trochę nierówno, ale przecież asymetria też ma swój urok :)

piątek, 28 czerwca 2013

Koniec budy!






Czy dziś mówi się na szkołę "buda"? Chyba nie, przynajmniej nie słyszałam tego określenia od moich dzieci. Ja z pewnością tak wołałam w ostatnim dniu szkoły, uszczęśliwiona perspektywą dwóch miesięcy laby ("laba" chyba też się nie mówi).


Aby zaliczyć wszystkie trzy imprezy musiałam wziąć urlop. Z rana mieliśmy małe zamieszanie, gdyż Emilka twierdziła, że ma do szkoły na 8.05. Niestety jej klasy o tej godzinie nie było, a gdy zadzwoniłam do jednej z mam dowiedziałam się, że zakończenie jest o godz. 12. No więc nie było wyjścia, zabrałam obie dziewczynki na uroczystość u Stasia, która rozpoczęła się o 9.

Te uroczystości są, mówiąc wprost, nudne. Najpierw przemówienia, muszę przyznać, skrócone do minimum. Niestety późniejsze wręczanie wyróżnień ciągnie się w nieskończoność. W każdej klasie wyróżnionych jest kilkanaście osób, więc to trochę trwa. Gdy zaczyna się program artystyczny, wszyscy są już mocno znudzeni, poza tym niewiele widać z tylnych rzędów. Szczerze doceniam pracę dzieci i nauczycieli, które te programy przygotowują, bo widać, ile wysiłku kosztuje przygotowanie tego, ale cóż, z przyjemnością ogląda się tam tylko swoje dziecko, przynajmniej w moim egoistycznym przypadku. Jeśli mam wybierać, najbardziej lubię, gdy dzieci tańczą. Skecze i wierszyki trudno zrozumieć, a ze śpiewem bywa różnie, chociaż bywają też dzieci bardzo utalentowane. W każdym razie, gdy mam zaliczyć dwie tego typu imprezy pod rząd (plus zakończenie zerówki u Emilki) to już jest dla mnie duże wyzwanie.

Pewnie nie mielibyście problemu ze zgadnięciem, jaka piosenka królowała w programach artystycznych. Tak, oczywiście, "Ona tańczy dla mnie" - została zaprezentowana u Stasia i u Emilki. Nie rozumiem tego fenomenu, ale rytm porywa wszystkich! Dzieci z widowni spontanicznie dołączały do tańca i to było bardzo fajne. Zerówczaki tańczyły świetny układ taneczny do tego kawałka.

Jeśli chodzi o świadectwa, to szału nie ma. U Danusi jest jeszcze ocena opisowa, więc trudno to streścić w jednym zdaniu, u Stasia prościej: pięć trój. Za to z matmy i przyrody ma piątki, więc nie czepiam się za bardzo reszty przedmiotów.

Gdy w końcu dotarłyśmy przed 12 do grupy Emilki okazało się, że miała być w szkole od 9.30 i była już ogólna panika (bo jest solistką w jednym z numerów). Nie obyło się bez nerwów i łez. Szkoda, że tej informacji nie było w dzienniczku, nie byłoby niepotrzebnego stresu. Za to program artystyczny był bardzo fajny. Może dlatego, że w mniejszym gronie i moje dziecko występowało w większości numerów. Ale przecież o to chodzi :)

Po wszystkim poszliśmy do KFC by uczcić ten dzień przy udku i skrzydełku - dzieci uszczęśliwione, ja też, zwolniona z pośpiesznego pichcenia obiadu.

A teraz - WAKACJE!!!

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Taniec i dobre maniery

Ostatnio było o zajęciach plastycznych, a dziś o tanecznych.
Dziewczynki uczęszczają do "Szkoły Tańca i Dobrych Manier GABI". Uczą się głównie skomplikowanych układów tanecznych tańca nowoczesnego, ale są też elementy tańca klasycznego. Danusia już drugi rok, Emcia pierwszy. Co pół roku odbywają się pokazy dla rodziców i dziś właśnie był pokaz podsumowujący rok szkolny.

Muszę przyznać, że widzę u dziewczynek spore postępy. Przynajmniej w tańcu, bo z dobrymi manierami bywa różnie ;)

Emilka była bardzo przejęta występem. Już od paru dni zastanawiała się nad kreacją. Obowiązkowo musiała być spódniczka, która w tańcu wiruje. Do tego trochę błyskotek i królowa parkietu jak się patrzy.
Danusia stresowała się znacznie mniej, ale to był już jej czwarty występ dla rodziców (zdarza się jej występować także w ramach imprez szkolnych).

Fotki... nie są rewelacyjne. Stanowczo powinnam zainwestować w aparat fotograficzny. Ale nawet najlepszy aparat nie pomoże na pecha. Otóż Emilkę mogłam fotografować tylko z boku, bo trochę się spóźniliśmy. Ucieszyło mnie więc, że przynajmniej na pokazie Danusi udało mi się zająć strategiczne miejsce w pierwszej ławce, a Danusia tańczyła dwa metry przede mną. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie to, że pomiędzy Danusią a mną ustawiła się instruktorka tańca. Tak więc na wielu fotkach udało mi się uchwycić jedynie jej pośladki ;)

Na koniec instruktorka zrobiła numer wszystkim tatusiom w dniu ich święta i wywołała ich na parkiet. Pomimo chwilowej konsternacji, tatusiowie świetnie radzili sobie na parkiecie, błyskawicznie opanowując skomplikowany układ taneczny (polegający głównie na zarzucaniu grzywki do tyłu ;)).

A oto parę fotek archiwalnych, z wcześniejszych Medaltestów:







wtorek, 18 czerwca 2013

Mali artyści

Jak już zapewne wspominałam, Danusia i Staś uczęszczają na zajęcia plastyczne w Galerii Plastycznej Twórczości Dziecka. W ubiegłym tygodniu odbyło się uroczyste podsumowanie roku.

Staś, gdy dowiedział się, że cukierki będzie można brać garściami stwierdził:

- Mamo, musisz iść ze mną! Masz większe garście.

Na wszelki wypadek zabraliśmy Tatę, który ma jeszcze większe garście i stawiliśmy się całą rodzinką.

Danusia i Staś całkiem nieźle radzili sobie na zajęciach. Prace obojga zostały wysłane na różne zagraniczne konkursy. Staś nawet zakwalifikował się do dalszego etapu - wyniki wkrótce.

A oto prace naszych dzieciaków, które wisiały na wystawie w Galerii:

Kolaż Stasia "To może się tylko przyśnić"

Danusia i "Dziewczynka z kotem"

Po poczęstunku nastąpiła zbiorowa praca z konstruowaniem motylków, które potem zawisły pod sufitem, tworząc niesamowity efekt. Jak widać, nie tylko dzieci wyżywały się artystycznie... ;)








Na chwilę obecną, Danusia nie zamierza po wakacjach kontynuować uczestnictwa w Galerii, bo woli chodzić na judo albo karate (chyba, że da się to jakoś pogodzić, zobaczymy). Natomiast Emilka nie może się już doczekać, aż będzie mogła tam chodzić. W tym roku zabrakło dla niej miejsca, bo chętnych jest mnóstwo. Staś będzie próbował zapisać się na kurs grafiki komputerowej. Fajnie by było, gdyby mu się udało tam dostać, ale nie będzie łatwo.

 W każdym razie z Galerią się nie żegnamy i po wakacjach wracamy pełni weny!

sobota, 8 czerwca 2013

Na bakier z chronologią - I komunia św. Danusi

Teraz to się tu zrobi totalny misz-masz, ale jak zauważyła w komentarzu Betinka, brakuje relacji z pierwszej komunii Danusi. Miałam zamiar ją napisać, ale tak dużo się wtedy działo, że nie było kiedy, a gdy już był czas to stwierdziłam, że za dużo czasu minęło. Ale myślę, że Danusi miło będzie kiedyś wrócić do tych chwil, więc nie powinno ich na blogu zabraknąć.

Najpierw był test robienia loków na parę dni przez tym wydarzeniem:
Efekt był taki:
I cóż z tego, skoro w dniu imprezy deszcz lał jak z cebra i z loków nie zostało prawie nic. Ale przecież nie to było najważniejsze. A Danusia i tak wyglądała ślicznie.
Ceremonia była piękna, chociaż nie obyło się bez nerwów. Najbardziej nie podobało mi się szaleństwo fotograficzne. Zamiast skupienia było bieganie z aparatami, kamerami, komórkami. I to niestety duży minus organizacyjny, jeden z wielu. Chciałoby się w taki dzień móc skoncentrować na wydarzeniu, jakie ma miejsce, a nie denerwować się dezorganizacją, bo niestety takie rzeczy się później pamięta.
Danusia do komunii szła w pierwszej parze. Była bardzo skupiona i świadoma chwili.

Po mszy św. już nie padało, więc można  było zrobić parę pięknych zdjęć (dzięki Grzesiu!):



Uroczysty obiad miał miejsce w Jantarze. Byłam pełna obaw, jak to wszystko się uda, czy jedzenie będzie smaczne, czy goście będą zadowoleni... Mam nadzieję, że byli. Goście dopisali. Miło było spotkać się z rodziną.



Mieliśmy do dyspozycji ogromną salę. Spokojnie pomieściłoby się tam weselicho na 100 osób!
W tym szaleństwie Emilcia pogubiła buty! Może liczyła, że zjawi się jakiś książę i każe jej mierzyć? :)

Ja też mogłam sobie powspominać czasy wianuszka i loków z piwa...
A co wspominał mój Tatuś? ;)
A to Danusi ukochany prezent - szkatułka.

Ten piękny dzień będziemy wspominać przez długie lata. Dziękujemy wszystkim, którzy byli tego dnia z nami osobiście lub choćby sercem :)






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...