Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anegdotki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anegdotki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 lutego 2015

Wiosenne roztargnienie

Jakże cudowna wiosna tej zimy! Dziś zdecydowałam się założyć pantofle zamiast kozaków, chociaż na termometrze były tylko 3 stopnie. Nic a nic nie zmarzłam, a tak przyjemnie i lekko mi się szło, że dotarcie do pracy zajęło mi 15 minut, zamiast jak zwykle 20. Niby nic, tylko zmiana butów, a od razu czuję się radośniejsza.



Moje wiosenne postanowienia, małe i duże to: pić wodę zamiast herbaty, jeść dużo jabłek, odebrać nowe prawo jazdy (bo stare skradziono mi wraz z portfelem już prawie 2 lata temu) i oczywiście znów zasiąść za kierownicą... po kilkunastu latach przerwy. Jakoś dotychczas nie czułam potrzeby, a teraz owszem, czuję się trochę upośledzona z powodu braku umiejętności prowadzenia pojazdu. Poza tym to nie jest wielki problem, prawo jazdy mam, wystarczy tylko sobie przypomnieć kto kiedy ma pierwszeństwo - i będzie git ;)

Co jeszcze: planuję wybrać się do brafitterki po raz pierwszy w życiu. A ponadto w tyle głowy wciąż kołacze się moje marzenie, by nauczyć się mówić po włosku. Gdyby doba nie była tak krótka...

Wiosenny klimat sprzyja, by chodzić z głową w chmurach. A wtedy zdarza mi się w roztargnieniu zachowywać kompletnie irracjonalnie. Gdy sobie czasem przypomnę, co mi się udało nawywijać, wprost zwijam się ze śmiechu. Sami popatrzcie:

1. Zrobiłam śniadanie, posprzątałam. Parę godzin później usiłuję znaleźć masło. W lodówce go nie ma, ani w żadnej z szafek. Przetrząsnęłam pojemniki na śmieci i okoliczne szuflady - brak. W końcu zmuszona byłam obyć się bez masła, które następnego dnia znalazło się... na zewnętrznym parapecie okiennym. Ciekawe, czy okruszki, które miałam zamiar tam wysypać, wrzuciłam zamiast tego do lodówki? Śladów brak.

2. Wsiadam do autobusu, staję przed kasownikiem i z kieszeni wyjmuję... klucze do domu. Stoję tak z kluczem i zastanawiam się, jak go umieścić w otworze na bilet, koncentrując na sobie spojrzenia połowy współpasażerów.

3. Ja coś mam z tym kluczem i autobusami. Pewnego dnia stoję na przystanku mocno zamyślona. Autobus podjeżdża, a ja wyciągam z kieszeni klucze, by dostać się do środka. Na szczęście nikt nie zauważył i nie wezwał pogotowia.

4. Planując wyrzucić śmieci w drodze do pracy, dopiero przed drzwiami do firmy orientuję się, że nadal mam w ręce niezbyt estetycznie wyglądający (i woniejący) worek.

5. Innym razem muszę wrócić do domu w połowie drogi, bo jak się okazuje, mam na nogach kapcie.

6. Gotując niedzielny obiad, w ostatniej chwili (!) orientuję się, że miałam do zlewu odlać makaron, a nie rosół.

W poziomie roztrzepania dorównuje mi Emilka, a kto wie - może nawet z wiekiem mnie przerośnie. Raz zdarzyło się jej wyjść ze szkoły (w grudniu) w tenisówkach i bez skarpetek. Na szczęście nie było mrozu. Innym razem (w październiku) zapomniała przebrać się po wuefie i wróciła do domu w krótkich spodenkach. Pogubionych klapek, piórników i worków nie zliczę. Jak widać roztargnienie Emci nie ogranicza się do konkretnej pory roku ;)

Tata Emilki również ma na koncie co najmniej jedną drobną wpadkę. Pewnego dnia czekał na starówce, by odebrać ją z zajęć plastycznych, tymczasem w drugim końcu miasta Emilka czekała, aż ją odbierze z zajęć cyrkowych. Trochę się oboje naczekali, zanim sprawa się wyjaśniła.

Ale co tam, odrobina roztargnienia nie zaszkodzi. Szkód większych nie było, za to jest z czego się pośmiać.

sobota, 17 stycznia 2015

Skarbonkowe "co łaska"

Z kolędą tak bywa, że nie wiadomo, o której można się jej spodziewać, więc tego dnia, gdy była u nas zapowiadana, planowałam jak najszybciej po fajrancie popędzić do domu. Cóż, pech chciał, że w pracy tego dnia mieliśmy wizytę partnera biznesowego z Włoch, a tak się zdarzyło, że skradziono mu dokumenty i przybył znacznie później, niż się umawialiśmy. O 16 rozmowy dopiero się rozkręcały i nijak nie mogłam ich opuścić. Na szczęście dzieci są już na tyle ogarnięte, że mogły mnie zastąpić w przygotowaniach. Gdy w końcu dotarłam do domu zastałam piękny porządek i wszystko przygotowane na wizytę księdza. Krzyż, świece, kropidło, biały obrus... Wspaniale się spisały!

Parę chwil później do domu wpadł też mój mąż, w ostatnim momencie przed ministrantem anonsującym przybycie księdza. Zdążyliśmy jeszcze podyskutować, czy dawać księdzu kopertę, czy nie dawać. Ja byłam przeciw, gdyż konto parafii jest znane i można tam wpłacić ile uważa się za stosowne, a wręczanie koperty jest trochę niezręczne. Niemniej jednak koperta została przygotowana. W tym całym zamieszaniu zignorowałam Emilkę, szepczącą coś o pieniążkach.

Ksiądz przyszedł jakiś nowy, pierwszy raz go widziałam na oczy. Rozmowa duszpasterska została zdominowana przez tematy sportowe - zaczęło się od medali wiszących na ścianie, a skończyło się na namawianiu Stasia do zostania ministrantem, gdyż księdzu brakuje chętnych do drużyny piłki nożnej. Staś nie jest chętny ani do ministrantowania, ani do grania w piłkę, co nieco rozczarowało księdza.

Chwilę później żegnamy się, koperta przechodzi z rąk do rąk, a Emilka usiłuje coś wcisnąć księdzu w dłoń. Następuje krótka szamotanina, zdezorientowany ksiądz wyrywa się Emilce i wychodzi.

Cóż się okazało: Emilka wysupłała ze swojego portfelika zawrotną sumę 1 zł 23 gr i chciała to podarować księdzu. Była ogromnie rozczarowana, że jej dar nie został przyjęty, a skręcające się ze śmiechu rodzeństwo doprowadziło ją niemal do łez. A ja bardzo mocno ją uściskałam, bo jej miły gest bardzo mi się spodobał. Następnym razem powiem jej, żeby wcześniej przygotowała sobie kopertę :)


wtorek, 30 grudnia 2014

Adwokat

Jak tam Kochani świąteczne obżarstwo? Trudno się kontrolować, gdy wokół tyle pyszności... Ja nawet nie próbowałam, za to już zaczęłam wielkie spalanie :)

A oto anegdotka jeszcze z przygotowań do świąt, a konkretnie z pieczenia świątecznej baby z adwokatem.



Dzieci asystujące mi przy pieczeniu trochę się dziwiły dolewaniu alkoholu do ciasta.

Staś: Mamo, a ty często dodajesz tego adwokata do ciasta?
Ja: Tylko dwa razy do roku, z okazji świąt.
Staś: Ależ mamo, przecież święta powinno się spędzać z rodziną, a u nas nie ma żadnego adwokata!
Ja; A więc według ciebie miałam upiec sprzedawcę mebli?

Kurtyna!

piątek, 19 grudnia 2014

Chlebek skubany z ziołami

Lubię dzielić się tym, co dobre, a to jest naprawdę dobre!

Przepis dostałam na karteczce od koleżanki, więc nie jestem w stanie podać źródła. Wyglądał bardzo zachęcająco, więc postanowiłam go wykorzystać przy okazji odwiedzin znajomych. Może przyda się Wam na sylwestra czy inną okazję, a jeśli nie, to przejdźcie proszę do anegdotki pod przepisem :)


Prosta sprawa, ten SKUBANIEC:

600 g mąki
300 ml letniej wody
40 g drożdży świeżych
50 ml oleju
łyżeczka cukru
1/2 łyżeczki soli

Drożdże rozpuścić w odrobinie wody, a następnie wszystkie składniki połączyć i wyrobić w elastyczne ciasto. Wyrabia się łatwo i jest bardzo przyjazne.

Masełko ziołowe:

1-2 ząbki czosnku
średnia cebula
5 łodyżek pietruszki (liście)
inne zioła wg uznania (np. bazylia, oregano)
120 g masła
1/2 łyżeczki soli

Czosnek, cebulę, zioła - potraktować blenderem, Dodać masło i sól i rozetrzeć na jednolitą masę.

Ciasto drożdżowe rozwałkować na prostokąt o grubości ok. 5 mm i posmarować masłem. Następnie pokroić na pasy o szerokości 5 cm, zwijać je w harmonijkę i ustawiać pionowo na blaszce (np. mała tortownica lub rynienka). Wstawić do piekarnika nagrzanego do 200 stopni i piec ok. 30 minut. Po domu rozejdzie się upojny zapach i ściągnie do kuchni wszystkich domowników, a czasem również sąsiadów.

Chleb najlepiej podawać ciepły. Goście częstują się, odrywając sobie po kawałku.

Problem pojawia się wtedy, gdy domowników trzeba utrzymać z dala od chlebka do przyjścia gości. Gdy piekłam skubańca po raz pierwszy, dzieciarnia błagająca o kawałek tego pachnącego cuda, mocno dała mi się we znaki. Ostatecznie pozwoliłam im skubnąć po kawałku, ale to tylko podsyciło ich apetyt. Potem warowały wręcz pod drzwiami, czekając aż wreszcie goście przyjdą i będzie można legalnie poskubać.

Goście przyszli, chlebek powędrował na stół, a ja z mężem szykowaliśmy zakąski. Po paru minutach wróciłam do pokoju, a tam w miejscu chlebka leżały jakieś marne resztki, a wokół talerza zgromadziły się dzieci z niewinnymi minami. Odebrało mi mowę, a Danusia dostała ataku śmiechu. Nie zdążyłam się porządnie zdenerwować, gdy okazało się, że goście zrobili nam żarcik, chowając chlebek, a w jego miejsce stawiając pusty talerz. Muszę przyznać, że świetnie im się udało nas nabrać. Również dlatego, że ten wyborny chlebek usprawiedliwia ogromną zachłanność i apetyt.

Smacznego, Kochani!

A oto dokładna instrukcja fotograficzna:

Ciasto pięknie wyrobione

...rozwałkowujemy w prostokąt o grubości około 5 mm

Smarujemy ziołowym masełkiem
Kroimy na pasy o szerokości 5 cm
Zwijamy w harmonijkę i układamy w foremce

10 minut po wyjęciu z piekarnika chlebek uległ dematerializacji...

wtorek, 7 października 2014

Tata rządzi!

Emilka i Danusia towarzyszą mi w wyprawie do Biedronki. Mamy czas, więc spokojnie rozglądamy się po sklepie. Przystaję przy stoisku z książkami, gdzie wpada mi w oko zabawna okładka:



Szybko kartkuję książkę zastanawiając się, czy nie kupić jej mężowi. W końcu stwierdzam, że i tak jej nie przeczyta i z lekkim żalem odkładam książkę na półkę.

Parę godzin później, córeczki stają przede mną z tajemniczymi minami.

- Mamusiu, mamy dla ciebie prezent! Za to, że jesteś taką kochaną mamusią. Prawda, że chciałaś ją przeczytać?

I wręczają mi tę właśnie książkę...

Zaniemówiłam z wrażenia. W jednym zdaniu potrafiły mi przekazać, że fajną mamą jestem, ale i tak przecież tata rządzi!

A tak serio, to bardzo mnie ucieszyła książka i to miłe przesłanie. Kochane dziewczyny, wydały znaczną część kieszonkowego, żeby mi sprawić przyjemność.

Zabieram się do lektury. Ciekawe, czy zasady szczęśliwego ojca są podobne, jak szczęśliwej mamy...


A oto jeden z pomysłów, który zamierzam wdrożyć:

"Jeżeli jesteś naprawdę zmęczony, zdejmij sweter lub koszulę i zaproś dzieci do zabawy, polegającej na malowaniu na twoich plecach. Poczujesz się tak, jakby wróżki robiły ci masaż."

To musi być niesamowicie przyjemne, czyż nie? :)


czwartek, 10 kwietnia 2014

Elektryczność

Dziś po południu niespodziewanie wyłączyli prąd, po raz pierwszy od dawna. Za czasów mojego dzieciństwa przerwy w zasilaniu zdarzały się na porządku dziennym, więc zawsze mieliśmy przygotowaną latarkę i świeczki. Nawet fajne były te wieczory przy świecach - czasem można było trochę pobawić się woskiem albo ganiać z latarką po korytarzu.

Dziewczyny wróciły z zajęć. Wpuściłam je do domu informując, że nie ma prądu, co przyjęły z obojętnością. Za chwilę słyszę:

- Mamo, ładowarka nie działa!
- Mamo, nie ma światła w łazience!

Tłumaczę im, o co chodzi z tym prądem, a one są nieco zaszokowane wiadomościami, że nie działa odkurzacz, telewizor i zegar z radiem. Na zapas martwią się, co będzie, gdy zrobi się ciemno - jak po ciemku poczytamy przed snem? Uspokajam je, że są świeczki, a zamiast czytania będą bajki, co im się oczywiście bardzo podoba. Nawet są nieco rozczarowane, gdy nagle wraca prąd i zaczyna pracować zmywarka, której pracę przerwała ta awaria.

Emilka jest zafascynowana:

- Czyli zmywarka też jest na prąd?

Bardzo sobie cenię walory edukacyjne tej przerwy w zasilaniu :)



niedziela, 6 kwietnia 2014

Błogosławieństwo dla całej rodziny

Niedzielny poranek. Biegłam sobie przez wyludnione osiedle, gdy z daleka ujrzałam przed sobą staruszkę. Odziana malowniczo w beret i kilka warstw odzieży, stała bezradnie na chodniku przed jednym z domków, jakby na kogoś czekała. Gdy byłam już blisko, zatrzymała mnie.

- Przepraszam panią, czy mogę zapytać, która godzina? Bo zegarek mi stanął...
- Jest punkt ósma - odpowiedziałam z uśmiechem.
- Bardzo pani dziękuję! Życzę zdrówka i pomyślności dla pani i całej rodziny!

Powiedziała to z taką życzliwością i przekonaniem, że poczułam się, jakbym spotkała jakąś nadprzyrodzoną postać, która właśnie rzuciła na mnie dobry urok.

Podziękowałam i pobiegłam dalej z uśmiechem.

Dopiero później pomyślałam, że to może być smutne. że ta pani z epoki nakręcanych zegarków nie miała kogo zapytać o czas. A może po prostu chciała odezwać się do kogoś?


poniedziałek, 2 grudnia 2013

Pytanie do czarodziejskiej kuli


Andrzejkową noc spędziliśmy z przyjaciółmi, a dzieci zostały w domu ze swoim starszym kuzynem Igorem. Oczywiście nie zabrakło wróżb - co prawda nie pozwoliłam na lanie wosku pod moją nieobecność, ale było przestawianie butów, wróżby z losów, no i - idąc z duchem czasu, wróżby online!

Jak się okazało, można w internecie nawet wróżyć z wosku. To ciekawe...
Jest też kryształowa kula, której można zadawać najmroczniejsze, najsekretniejsze i najważniejsze pytania. Kula odpowiada TAK lub NIE i nigdy się nie myli!

Gdy przyszła kolej na Emilkę, po krótkim zastanowieniu wypaliła:

- Czy ty jesteś niebieska?

Takie oto pytanie dręczyło Emilkę w Andrzejkową noc...

W każdym razie dzieci zgodnie stwierdziły, że dzięki Igorowi miały najfajniejsze Andrzejki jak do tej pory. Dzięki Igor!!!

czwartek, 28 listopada 2013

Wyżebrana bułeczka


Taka sytuacja.

Odebrałam dziś Emilkę po 16 ze świetlicy. O tej porze jest przeważnie zmęczona i marudna, co nauczyłam się ignorować. Po drodze trzeba jeszcze zrobić zakupy. No i w Biedronce jak zwykle lament pod tytułem: "Mamaaaaa kup mi bułeczkę!". Bułeczka oznacza drożdżówkę z dżemem i kruszonką. Nie chcę kupować jej co dzień drożdżówki, zwłaszcza, że idziemy prosto do domu na obiad. Tłumaczę jej, że bułeczkę kupię jej jutro, bo w piątki jeździmy prosto na zajęcia plastyczne i po drodze może sobie przekąsić drożdżówkę. A ona wciąż bułeczka i bułeczka, cała we łzach.

Wychodzimy ze sklepu, policzki Emilki mokre od łez, ale sytuacja generalnie opanowana. A tu nagle podchodzi do nas starsza pani ze słowami: "Proszę, masz dziecko bułeczkę!" i wręcza Emilce zwykłą kajzerkę. Emilka grzecznie, choć przez łzy dziękuje i odmawia, nauczona by nie brać niczego od obcych (chociaż gdyby pani próbowała wręczyć jej drożdżówkę, nie byłoby tak łatwo odmówić). Grzecznie dziękuję pani i tłumaczę, że Emilka odmawia, bo nie chodzi jej o bułkę, tylko o drożdżówkę. Wówczas kobieta próbuje mi wręczyć 2 złote, żebym mogła ją kupić dziecku. Sytuacja robi się już mocno niezręczna - wyjaśniam, że nie w pieniądzach rzecz, tylko w niepotrzebnym zapychaniu się słodyczami, czego pani zupełnie nie może pojąć- wszak w jej opinii drożdżówki to samo zdrowie. W końcu wsuwa Emilce do kieszonki batonik i ewakuuje się. A ja zostaję przepełniona mieszanymi uczuciami.

Bo to dość miło, że pani się zainteresowała i chciała pomóc. Ale w jakim to świetle mnie stawia? Wyrodna matka, która pozwala dziecku się mazać, zamiast zapchać je drożdżówką? Kwestionowanie moich zwyczajów żywieniowych w obecności Emilki było mocno niestosowne. A pomijając wszystko, te dwa złote jałmużny, które chciała mi wręczyć, to już był szczyt.

Ale jako że kobieta sprawiała naprawdę miłe i sympatyczne wrażenie, pozostaje mi tylko uśmiechnąć się i przejść nad tą historią do porządku dziennego. A moje niegłupie dziecko chyba zrozumie, że publiczne mazanie się może odnieść nieoczekiwane skutki. Naiwnie wierzę, że nie będzie chciała dopuścić do kolejnej takiej sytuacji. Zobaczymy!

piątek, 22 listopada 2013

Post z jajem






Gdy przed chwilą gotowałam jajka, przypomniała mi się historia ze studiów. Właściwie przypomina mi się za każdym razem, gdy gotuję jajka... Teraz trochę nie na miejscu, bo historia wielkanocna, a zbliżają się zupełnie inne święta, ale co tam.

Byłyśmy wtedy na 2 roku studiów. To był ostatni tydzień zajęć przed Wielkanocą. Wraz z moją współlokatorką Izą wpadłyśmy na pomysł, że gdy przyniesiemy na zajęcia "pisanki" celem złożenia życzeń prowadzącym zajęcia (chyba z botaniki, a może z zoologii?), to głupio im będzie zrobić nam kolokwium. Musieliby być bez serca, prawda?

Ale czy to wskutek pośpiechu, czy może z innych względów, jajka, którymi poczęstowaliśmy prowadzących nie były ugotowane na twardo i żółtko wypłynęło przy krojeniu. Doktorant skwitował to jednym zdaniem:

- Dobrych gospodyń to z was nie będzie, skoro nawet jajka na twardo nie potraficie ugotować...

W moim przypadku przepowiednia się sprawdziła... Ale jajka na twardo wychodzą mi bezbłędnie ;)

W każdym razie kolokwium tego dnia nie było.

wtorek, 5 listopada 2013

Biedronka nocy i dni



Codziennie wracając z pracy o 16 odbieram dziewczynki ze szkoły. Od pamiętnej  niedzieli zmiany czasu, o tej porze jest już szarówka.
W drodze do domu zazwyczaj wchodzimy do Biedronki po małe zakupy.

Wczoraj Emilka zadała bardzo ciekawe pytanie:

- Mamo, dlaczego gdy jesteśmy w Biedronce robi się noc?

Dziś celowo ominęłam Biedronkę, żeby za dnia wrócić do domu. Udało się. Ale już niedługo będę odbierać dziewczynki nocą.

Ech, listopad...

sobota, 15 grudnia 2012

Epizod z Andrusem w roli głównej

Aby nie opisywać po raz kolejny tego samego, pozwolę sobie zacytować e-mail, wysłany przeze mnie do pana Artura Andrusa:

Panie Arturze,

Pozwolę sobie przedstawić zdarzenie, które miało miejsce w ubiegłym tygodniu w Toruniu, a z uwagi na ogromną sympatię do Pana, wręcz mnie zachwyciło.

Do firmy, w której pracuję, przyjechał w celach biznesowych pewien sympatyczny Irlandczyk, imieniem Noel. Poprzedni wieczór zagospodarował sobie we własnym zakresie, zwiedzając Toruń nocą oraz poszukując miłego miejsca, by wypić piwo i posłuchać muzyki.

Szwendając się po Starówce, usłyszał dźwięki, które mu się spodobały. Zapragnął wytropić, skąd pochodzą. Jednak muzyka się urwała, zanim znalazł to miejsce. Po jakimś czasie znowu usłyszał muzykę, która po chwili znowu ucichła, ale za którymś razem w końcu trafił do miejsca, skąd dobiegała. Uszczęśliwiony wszedł do środka.

W tym momencie historii, Noel wyjmuje z portfela bilet, który pieczołowicie zachował, a z którego wynikało, że trafił na Pański recital w Lizard Kingu (tym samym wyjaśniło się, skąd te przerwy między utworami).

Noel był zachwycony. Stwierdził, że nie zrozumiał ani jednego słowa, ale publiczność tak wspaniale się bawiła, że to musiało być coś wyjątkowego. Wspomniał nawet o owacjach na stojąco (gratuluję!). Polecił nam Pana serdecznie. Pozostaje mi tylko żałować, że mnie tam nie było.

Wygląda na to, że scenę irlandzką mógłby Pan podbić bez trudu, nawet bez potrzeby zmiany wersji językowej.

Pozdrawiam serdecznie,
Ania



Jest mi bardzo miło, bo dziś właśnie pan Artur mi odpisał! :)
Co prawda bardzo lakonicznie i w dwóch zdaniach, ale wnioskując po zawartości jego skrzynki (przez 3 dni mój mail wracał z powodu jej przepełnienia), po powrocie z tournee po Polsce miał mnóstwo korespondencji do przerobienia. 

A z tym Irlandczykiem była jeszcze jedna historia.

Opowiedział mi, że wracając przed północą do hotelu, widział zarys jakiegoś stwora, z pewnością znacznie większego od psa. Jego hotel znajduje się blisko Starówki, więc trudno przypuszczać, żeby jakieś dzikie zwierzę pałętało się po mieście. Raczej przypuszczałam, że to wpływ kilku piw skonsumowanych tego wieczora. Jednak wielkie było moje zdziwienie, gdy następnego dnia wyczytałam na portalu Mój Toruń, że było kilka zgłoszeń, że na Jordankach widziano... tygrysa. I że to nie są żadne żarty, straż miejska przeszukuje teren, bo może być niebezpiecznie. Ale chyba na tym się skończyło, jeśli tam faktycznie krążył jakiś potwór, to pewnie przeniósł się już na bardziej odludne tereny.

W ogóle Irlandczycy fajni są, stwierdzam autorytatywnie :)

sobota, 16 maja 2009

Z archiwum X

Od jakiegoś czasu w naszym samochodzie pojawił się dziwny zapach.
Nabierał intensywności szczególnie po uruchomieniu się klimatyzacji.
Zaczęliśmy podejrzewać, że jakieś zwierzę zdechło nam pod maską, albo chociaż tam nabrudziło. Otóż nie.
Właśnie się okazało, że pod maską tkwił... uwaga... kotlet mielony.

Niestety moja wyobraźnia wysiada, gdy próbuję dojść do tego, jak ten kotlet tam trafił.

Cóż, są na świecie rzeczy, o których nie śniło się filozofom.

 roza  roza  roza 

A na deser małe deja vu:

majówka 2006

 

i majówka 2009

  
stare komentarze

wtorek, 4 marca 2008

Wiosenne roztargnienie

Nie wiem, czy to efekt permanentnego niewyspania, czy różnych trosk codziennych, czy to może przesilenie wiosenne daje znać o sobie, czy też wszystko na raz - grunt, że ostatnio mam poważne problemy z koncentracją.

Po raz pierwszy zauważyłam to u siebie, gdy wsiadłam do autobusu, pogrzebałam chwilę w kieszeni, wyciągnęłam klucze i zamarłam z nimi przed kasownikiem, zastanawiając się, którą stroną je tam włożyć... Ludzie patrzyli na mnie dość dziwnie :D

Innym razem kupowałam mężowi kapcie w rozmiarze 44, cena złotych 22 - oczywiście odliczyłam 44 złote i próbowałam tyle wcisnąć sprzedawcy, na szczęście na uczciwego trafiłam...

Ale w trzecim przypadku przeszłam sama siebie... Cały dzień szukałam, gdzie schowałam masło. Przezornie sprawdziłam wszystkie szafki, zmywarkę (!) i inne równie nietypowe miejsca, masła brak. W końcu pogodziłam się z tym, że pewnie wyrzuciłam je do śmieci. A jednak się znalazło następnego dnia rano. Nigdy nie zgadniecie gdzie... Gdy chciałam nasypać ptakom okruszków, znalazłam je na parapecie zaokiennym :-D

Czy to się jakoś leczy? Czy po prostu mam to przeczekać?

Ach... wiosna idzie, tak bardzo się z tego cieszę - luty w tym roku był chyba cieplejszy niż kwiecień dwa lata temu. To ja już jakoś przeboleję to moje roztargnienie, byle było ciepło i słonecznie.
stare komentarze

sobota, 3 listopada 2007

Przerywnik humorystyczny

Rozmowa mojego męża z jego chrześniakiem Igorkiem:

- Wujku a znasz taką grę .....? - i tu padła nazwa, której niestety nie zapamiętałam.
- Tak, to jakaś nowa strzelanka, ale nie grałem w to - odparł mój mąż.
- I raczej nie pograsz - parsknął Igor - bo ta gra ma masakryczne wymagania.
Mój mąż westchnął nostalgicznie:
- To zupełnie jak moja żona...

(Co poniekąd nie ma nic wspólnego z prawdą)
stare komentarze

piątek, 6 lipca 2007

To mnie rozbraja

Pamiętacie Rozbrojoną? Pozwoliłam sobie zapożyczyć od niej tytuł posta. Bo taka właśnie się dziś poczułam - rozbrojona. I to po czterokroć.


Epizod pierwszy: "Wścibski kasjer"

Stoję sobie z mężem w  markecie, a nasze towary przesuwają się powoli po taśmie. Kasjer nabija je na kasę,  wtem spogląda na nas i pyta:

- Państwo są razem?
- Tak, i to od paru lat - odpowiada mój mąż.

Epizod drugi: "Waga na miarę"

Staś wchodzi na wagę łazienkową i pyta:

- Mamusiu ile ja ważę?
- 16 kilogramów - odpowiadam
- A ile teraz? - pyta stając na palcach.

Epizod trzeci: "Spożyć po obróbce cieplnej"

Dziś kolej Danusi na wybór budyniu na deser. Tata i Staś próbują ją namówić na czekoladowy, a ona upiera się przy waniliowym.

- Danusiu, waniliowy niedobry, czekoladowy jest lepszy - mówi tata.
- Ale mamusia usmaży i będzie dobry - odpowiada Danuśka.

Epizod czwarty: "Otwieracz do konserw"

Emilka wprawdzie jeszcze nie tekści, ale i tak jej najłatwiej przychodzi rozbrojenie mamy, czyli mnie. Wystarczy, że spojrzy na mnie z takim specjalnym błyskiem w wielkich ślepkach, mówiącym, że bardzo się cieszy, że mnie widzi, i że uśmiechnie się szeroko demonstrując samotny, coraz większy ząb, a jestem kompletnie rozbrojona i wręcz ugotowana na miękko.
Nie muszę chyba mówić, że znacznie mniej zabawnie jest gdy wbija we mnie ten swój singielek.

 
stare komentarze

sobota, 10 marca 2007

Tąpnięcie

Czy ja już kiedyś pisałam, jak u nas wyglądają sprawy łóżkowe?

Około 20.30 kładę się do łóżka (tego małżeńskiego) w środek pomiędzy dziewczynkami, i karmiąc młodszą, czytam starszej książeczkę. Potem gasimy światło i opowiadam bajkę tak długo, aż Danusia uśnie (albo ja). Następnie Emilka ląduje w swoim łóżeczku, a ja idę uśpić Stasia w jego pokoju. Później Danusia zostaje przeniesiona do Stasia. Niedługo zakupimy łóżko piętrowe, ale póki co śpią w jednym łóżku. Przeważnie po tym całym usypianiu mam siłę jedynie na wpół lunatyczne udanie się do łóżka, gdzie po jakimś czasie dołącza mój małżonek dołącza do mnie, słodko śpiącej.

Za parę godzin do naszego łóżka przenosi się Staś, którego prawdopodobnie budzi wiercąca się przez sen Danusia. Często musimy się jeszcze bardziej ścieśnić, bo Danusia też w środku nocy nabiera ochoty na przytulenie się do jednego z rodziców. W takich chwilach przeważnie odczekuję chwilę, aż dzieci usną, a następnie zostawiam tłoczące się towarzystwo i idę wygodnie wyciągnąć się na pustym łóżku w dziecinnym pokoju. Czasami i tak budzę się w towarzystwie Stasia i Danusi, bo w końcu z nikim się tak fajnie nie śpi, jak z mamą.

Jedyną osobą, która nie daje się zwariować jest Emilka, która śpi sobie do rana we własnym łóżeczku. Ona chyba rozumie, że gdybym w tym całonocnym zamieszaniu musiała jeszcze szukać miejsca, żeby ją nakarmić, to wolałabym w ogóle zrezygnować ze snu.

No i pewnego dnia stało się: gdy w środku nocy liczba użytkowników naszego łóżka wzrosła niebezpiecznie do czterech, a my spróbowaliśmy przewrócić się na drugi bok, nasze swarzędzkie łóżko tego nie wytrzymało i oberwało się, na szczęście zatrzymując się na ozdobnych balaskach, tworząc lekki skos. Towarzyszył temu huk, który pewnie obudził najbliższych sąsiadów z naszego pionu. Ciekawe, co sobie pomyśleli wyrwani ze snu przez to tąpnięcie. Trzęsienie ziemi? Terroryści? Nie, to tylko rodzinka Ladorusiów otrzymała wyraźny znak, że niektórzy jej członkowie powinni przejść na dietę.

A te swarzędzkie meble niby takie wytrzymałe są! Śmiechu warte! :-]

stare komentarze

środa, 17 stycznia 2007

Łobuziaki dwa

Obydwa łobuziaki, o których piszę, to dziewczynki w wieku do lat 5.

Pierwsza z nich rozbiła zegarek, najcenniejszy przedmiot należący do jej taty, za pomocą ciężkiego młotka.

Druga odwinęła trzy rolki papieru toaletowego, żeby wyjąć ze środka te papierowe rurki, bo były jej niezbędne.

Pierwsza weszła na ukośny dach stodoły w pościgu za ptakami. Na widok rodziców zjechała z dachu na brzuchu. Na szczęście nie potłukła się zbytnio, bo spadła na kupę śmieci.

Druga wypakowała wszystkie buty z szafki do kartona, przy okazji wyjmując sznurowadła.

Pierwsza szalejąc wraz z rodzeństwem po wozie (takim do zwożenia plonów z pola) przebiła sobie brzuch jakimś drutem tak, że do tej pory ma bliznę jak po operacji.

Druga wsypała soli do kakao, po czym wylała je sobie na głowę, resztką oblewając brata.

Wyczyny pierwszego łobuziaka są może bardziej "imponujące", ale tylko dlatego, że drugi nie ma takich możliwości, będąc wciąż na oku mamy.

Teraz pora przedstawić te dwie dziewczyny.
Otóż pierwsza z nich to moja Mama.
Druga, to moja Córka.

 

Przynajmniej wiem po kim Danuśka odziedziczyła te geny ;)

środa, 28 czerwca 2006

O przewadze wyższej inteligencji nad niższą

Zacząć muszę od starego dowcipu o rybkach i inteligencji. W oryginale w dowcipie tym występował milicjant, ale jako że milicjantów już w Polsce nie ma, pozwoliłam sobie go trochę zmienić.

A więc tak:
Pewien pan na przykładzie akwarium, chciał zademonstrować swojemu koledze przewagę wyższej inteligencji nad niższą, przesuwając palec po ściankach akwarium. Za palcem podążała rybka, wykonując jednocześnie typowy dla swego gatunku ruch pyszczka.

- Widzisz? Jako jednostka o wyższej inteligencji sprawiam, że rybka, o niewątpliwie znacznie niższym poziomie podąża za moim palcem, naśladując jego ruch.

Kolega nie odpowiadał. Po chwili ciszy, ów pan spojrzał na kolegę, aby skontrolować przyczynę milczenia. Okazało się, że kolega wpatruje się jak zahipnotyzowany w rybkę, wykonując ustami ruch charakterystyczny dla rybek.

Tyle tytułem wstępu.

A teraz, aby nikt nie miał wątpliwości, kto w naszej rodzinie góruje inteligencją, przytoczę pewną wymianę zdań:

Danusia (płaczliwie) - Stasiu lulała brum-brum! (Staś zabrał mi samochód)
Ja - Stasiu, lulałeś Danusi brum-brum?
Staś - Nie, nic jej nie lulałem!

A to przykład tylko jeden z wielu. Trochę wstyd się przyznać, że dwulatka góruje nade mną inteligencją, ale cóż, takie są fakty! ;)



poniedziałek, 8 maja 2006

Mlecznie

Podczas majowego spaceru, pomagam Stasiowi zrobić bukiet z mleczy. Przy okazji mu tłumaczę:

- Stasiu, te kwiatki nazywają się mlecze, a gdy przekwitną, zrobią się z nich dmuchawce.

Mój mąż patrzy na mnie z dezaprobatą.

- Nie rób dziecku wody z mózgu!
- Ale o co chodzi? - pytam zdziwiona.
- Przecież mlecze i dmuchawce to dwa różne gatunki roślin!

Popatrzyłam badawczo na Jarka, czy nie robi sobie ze mnie żartów. Niestety mówił serio. Dość dziwna jest jego nieznajomość tematu, zwłaszcza, że wychował się prawie na wsi.
Widać rodzice nie pozwolili mu chować królików...



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...