Jakże cudowna wiosna tej zimy! Dziś zdecydowałam się założyć pantofle zamiast kozaków, chociaż na termometrze były tylko 3 stopnie. Nic a nic nie zmarzłam, a tak przyjemnie i lekko mi się szło, że dotarcie do pracy zajęło mi 15 minut, zamiast jak zwykle 20. Niby nic, tylko zmiana butów, a od razu czuję się radośniejsza.
Moje wiosenne postanowienia, małe i duże to: pić wodę zamiast herbaty, jeść dużo jabłek, odebrać nowe prawo jazdy (bo stare skradziono mi wraz z portfelem już prawie 2 lata temu) i oczywiście znów zasiąść za kierownicą... po kilkunastu latach przerwy. Jakoś dotychczas nie czułam potrzeby, a teraz owszem, czuję się trochę upośledzona z powodu braku umiejętności prowadzenia pojazdu. Poza tym to nie jest wielki problem, prawo jazdy mam, wystarczy tylko sobie przypomnieć kto kiedy ma pierwszeństwo - i będzie git ;)
Co jeszcze: planuję wybrać się do brafitterki po raz pierwszy w życiu. A ponadto w tyle głowy wciąż kołacze się moje marzenie, by nauczyć się mówić po włosku. Gdyby doba nie była tak krótka...
Wiosenny klimat sprzyja, by chodzić z głową w chmurach. A wtedy zdarza mi się w roztargnieniu zachowywać kompletnie irracjonalnie. Gdy sobie czasem przypomnę, co mi się udało nawywijać, wprost zwijam się ze śmiechu. Sami popatrzcie:
1. Zrobiłam śniadanie, posprzątałam. Parę godzin później usiłuję znaleźć masło. W lodówce go nie ma, ani w żadnej z szafek. Przetrząsnęłam pojemniki na śmieci i okoliczne szuflady - brak. W końcu zmuszona byłam obyć się bez masła, które następnego dnia znalazło się... na zewnętrznym parapecie okiennym. Ciekawe, czy okruszki, które miałam zamiar tam wysypać, wrzuciłam zamiast tego do lodówki? Śladów brak.
2. Wsiadam do autobusu, staję przed kasownikiem i z kieszeni wyjmuję... klucze do domu. Stoję tak z kluczem i zastanawiam się, jak go umieścić w otworze na bilet, koncentrując na sobie spojrzenia połowy współpasażerów.
3. Ja coś mam z tym kluczem i autobusami. Pewnego dnia stoję na przystanku mocno zamyślona. Autobus podjeżdża, a ja wyciągam z kieszeni klucze, by dostać się do środka. Na szczęście nikt nie zauważył i nie wezwał pogotowia.
4. Planując wyrzucić śmieci w drodze do pracy, dopiero przed drzwiami do firmy orientuję się, że nadal mam w ręce niezbyt estetycznie wyglądający (i woniejący) worek.
5. Innym razem muszę wrócić do domu w połowie drogi, bo jak się okazuje, mam na nogach kapcie.
6. Gotując niedzielny obiad, w ostatniej chwili (!) orientuję się, że miałam do zlewu odlać makaron, a nie rosół.
W poziomie roztrzepania dorównuje mi Emilka, a kto wie - może nawet z wiekiem mnie przerośnie. Raz zdarzyło się jej wyjść ze szkoły (w grudniu) w tenisówkach i bez skarpetek. Na szczęście nie było mrozu. Innym razem (w październiku) zapomniała przebrać się po wuefie i wróciła do domu w krótkich spodenkach. Pogubionych klapek, piórników i worków nie zliczę. Jak widać roztargnienie Emci nie ogranicza się do konkretnej pory roku ;)
Tata Emilki również ma na koncie co najmniej jedną drobną wpadkę. Pewnego dnia czekał na starówce, by odebrać ją z zajęć plastycznych, tymczasem w drugim końcu miasta Emilka czekała, aż ją odbierze z zajęć cyrkowych. Trochę się oboje naczekali, zanim sprawa się wyjaśniła.
Ale co tam, odrobina roztargnienia nie zaszkodzi. Szkód większych nie było, za to jest z czego się pośmiać.
Mówią na nas Ladorusie. Jak się pewnie domyślacie, pochodzi to od naszego nazwiska. Ladorusie mieszkają w Toruniu, najpiękniej pachnącym mieście w Polsce.
Strony
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 26 lutego 2015
środa, 2 kwietnia 2014
Wiosna... taka sama, jak przed laty
- Mamo, czy mogę iść bez kurtki?
Na dworze ziąb, chociaż słonecznie. Ludzie okutani po szyję, a stopień okutania jest wyraźnie zależny od wieku. Niektóre starsze panie nie pożegnały się jeszcze z kożuchami.
- Widziałam przez okno chłopca w krótkim rękawku!
W krótkim rękawku? Wzdrygam się.
Ale lawina wspomnień już ruszyła. Przypomina mi się, jak wracaliśmy z kolegami ze szkoły z kurtkami pod pachą, chociaż kałuże jeszcze ścinał lód. Wszak trzeba było zakląć wiosnę, żeby przyszła na dobre. Czapki i szale ją odstraszają, wiadomo. Czy było nam zimno? Pewnie nie. Słonko grzało, a my nie chodziliśmy równomiernym, dorosłym krokiem, tylko biegaliśmy, goniliśmy się, wspinali na murki…
Ależ było cudownie.
Zdejmuję szalik, rozpinam kurtkę, uśmiecham się do słońca.
- Tak, córeczko, idź bez kurtki.
Przecież już wiosna.
wtorek, 11 marca 2014
Biegiem przez wiosnę
Zaczęło się w ubiegłą sobotę. Nauczyciele w-f w naszej szkole postanowili zaktywizować dzieci i poświęcili swój czas wolny na bieganie z chętnymi dzieciakami po pobliskim lesie. Emilkę niełatwo było mi namówić. Bała się, że nie da sobie rady. Przekonała ją dopiero moja obietnica, że w razie potrzeby wsiądę na rower i odbiorę ją wcześniej. Jak się jednak okazało, wyprawa to był strzał w dziesiątkę! Dziewczynki wróciły roześmiane i pełne energii. Aż im pozazdrościłam. Pogoda piękna, wręcz chce się rozruszać ciało zastałe po zimie, odetchnąć świeżym powietrzem i złapać pierwsze promienie słońca.
Zresztą już od dawna miałam ochotę zacząć biegać, a szczególnie odkąd przeczytałam "Ciemno, prawie noc" Joany Bator. Ta książka to bardzo sugestywna pochwała biegania, przedstawione jako lekarstwo na wszystko. Jest taki motyw, gdy główna bohaterka, nie widząc sensu dalszej egzystencji, zamierza skończyć ze sobą, ale zamiast tego zaczyna biec. Biegnie, nabierając siły i wiary w swoje możliwości. I równocześnie zaczyna nowe życie - silniejsza, bardziej pewna siebie, świadoma swego celu. Może w moim przekazie brzmi to banalnie, ale podczas lektury stanowiło pełen otuchy przekaz, że czasem wystarczy zmienić jedną rzecz w życiu, by nabrało ono sensu.
Wydawałoby się - nic prostszego niż założyć buty i pobiec. Mimo wszystko ten pierwszy krok to jakiś przełom. Trzeba przestać szukać wymówek i się ruszyć. Gdyby nie moje córki, nie byłoby tak łatwo, to dzięki nim udało mi się zmotywować. W towarzystwie zawsze raźniej, a poza tym ludzie patrzą na naszą trójkę z dużą sympatią. Pewnie w ich oczach wygląda to tak, że mama poświęca się, biegając z maluchami, podczas gdy w rzeczywistości to dziewczyny są dla mnie wsparciem.
Wczoraj biegałyśmy pierwszy raz, a dziś wstałyśmy o 6 rano, by pobiegać przed szkołą i pracą. Na razie robimy nieduże kółka o długości 1 km, ale mamy zamiar co dzień trochę zwiększać dystans. I to nie wytrzymałość dziewczynek jest problemem, a moja zaniedbana kondycja. Po pierwszym biegu odkryłam dawno nieużywane obszary moich płuc, które były mocno zaskoczone dopływem tlenu, ale skoro już się obudziły, powinno być łatwiej.
Dziś bolą mnie łydki, ale to całkiem przyjemny ból. Dziewczyny oczywiście nie mają pojęcia, co to są zakwasy. Trzymajcie kciuki za nas, abyśmy dzielnie wytrwały w mobilizacji, chociaż brzydka pogoda to dopiero będzie wyzwanie.
środa, 24 marca 2010
Pożegnanie zimy
Według starego obyczaju, w pierwszym dniu wiosny powinno się
przeprowadzić rytuał przeganiania zimy, powszechnie znany jako topienie
Marzanny. Niestety w dzisiejszych pro-ekologicznych czasach zakazane
jest wrzucanie do wody kukieł. Ba, nawet palenie ich jest grzechem
ekologicznym. Trochę szkoda, bo mimo wszystko to był piękny obrządek,
wspaniale odzwierciedlający nasze uczucia do zimy z jej krótkimi i
burymi dniami, nieprzyjemnym zimnem, uciążliwą pogodą... Chlup - i
spływaj do morza...
Dlatego, gdy w niedzielę wpadły przez okna nieśmiałe promyki słońca, okrutnie zachciało mi się utopić zimę jak za dawnych czasów. Pomyślałam, że jakby tak zrobić malutką, maciupeńką Marzannę, to może wrzucenie jej do rzeki nie będzie tak strasznym przestępstwem. Patyczki do szaszłyków, parę szmatek, trochę waty, poświęciłam też parę rajstop i mamy pierwszego potworka. Pomagające mi dzieci były zachwycone i oczywiście było im mało. Kolejne dwie kukiełki poszły migiem, mogłabym chyba nawet uruchomić seryjną produkcję. Tyle, że dzieci za nic w świecie nawet nie chciały słuchać o wrzucaniu ich do rzeczki, nie zgodziły się nawet na symboliczne utopienie ich w wannie. Mimo to mam nadzieję, że wiosna zagościła na dobre, zarówno na dworze, jak i w głowach i serduszkach.
A oto nasze nieutopione Marzanny.
Dlatego, gdy w niedzielę wpadły przez okna nieśmiałe promyki słońca, okrutnie zachciało mi się utopić zimę jak za dawnych czasów. Pomyślałam, że jakby tak zrobić malutką, maciupeńką Marzannę, to może wrzucenie jej do rzeki nie będzie tak strasznym przestępstwem. Patyczki do szaszłyków, parę szmatek, trochę waty, poświęciłam też parę rajstop i mamy pierwszego potworka. Pomagające mi dzieci były zachwycone i oczywiście było im mało. Kolejne dwie kukiełki poszły migiem, mogłabym chyba nawet uruchomić seryjną produkcję. Tyle, że dzieci za nic w świecie nawet nie chciały słuchać o wrzucaniu ich do rzeczki, nie zgodziły się nawet na symboliczne utopienie ich w wannie. Mimo to mam nadzieję, że wiosna zagościła na dobre, zarówno na dworze, jak i w głowach i serduszkach.
A oto nasze nieutopione Marzanny.
wtorek, 4 marca 2008
Wiosenne roztargnienie
Nie wiem, czy to efekt permanentnego niewyspania,
czy różnych trosk codziennych, czy to może przesilenie wiosenne daje
znać o sobie, czy też wszystko na raz - grunt, że ostatnio mam poważne
problemy z koncentracją.
Po raz pierwszy zauważyłam to u siebie, gdy wsiadłam do autobusu, pogrzebałam chwilę w kieszeni, wyciągnęłam klucze i zamarłam z nimi przed kasownikiem, zastanawiając się, którą stroną je tam włożyć... Ludzie patrzyli na mnie dość dziwnie :D
Innym razem kupowałam mężowi kapcie w rozmiarze 44, cena złotych 22 - oczywiście odliczyłam 44 złote i próbowałam tyle wcisnąć sprzedawcy, na szczęście na uczciwego trafiłam...
Ale w trzecim przypadku przeszłam sama siebie... Cały dzień szukałam, gdzie schowałam masło. Przezornie sprawdziłam wszystkie szafki, zmywarkę (!) i inne równie nietypowe miejsca, masła brak. W końcu pogodziłam się z tym, że pewnie wyrzuciłam je do śmieci. A jednak się znalazło następnego dnia rano. Nigdy nie zgadniecie gdzie... Gdy chciałam nasypać ptakom okruszków, znalazłam je na parapecie zaokiennym :-D
Czy to się jakoś leczy? Czy po prostu mam to przeczekać?
Ach... wiosna idzie, tak bardzo się z tego cieszę - luty w tym roku był chyba cieplejszy niż kwiecień dwa lata temu. To ja już jakoś przeboleję to moje roztargnienie, byle było ciepło i słonecznie.
Po raz pierwszy zauważyłam to u siebie, gdy wsiadłam do autobusu, pogrzebałam chwilę w kieszeni, wyciągnęłam klucze i zamarłam z nimi przed kasownikiem, zastanawiając się, którą stroną je tam włożyć... Ludzie patrzyli na mnie dość dziwnie :D
Innym razem kupowałam mężowi kapcie w rozmiarze 44, cena złotych 22 - oczywiście odliczyłam 44 złote i próbowałam tyle wcisnąć sprzedawcy, na szczęście na uczciwego trafiłam...
Ale w trzecim przypadku przeszłam sama siebie... Cały dzień szukałam, gdzie schowałam masło. Przezornie sprawdziłam wszystkie szafki, zmywarkę (!) i inne równie nietypowe miejsca, masła brak. W końcu pogodziłam się z tym, że pewnie wyrzuciłam je do śmieci. A jednak się znalazło następnego dnia rano. Nigdy nie zgadniecie gdzie... Gdy chciałam nasypać ptakom okruszków, znalazłam je na parapecie zaokiennym :-D
Czy to się jakoś leczy? Czy po prostu mam to przeczekać?
Ach... wiosna idzie, tak bardzo się z tego cieszę - luty w tym roku był chyba cieplejszy niż kwiecień dwa lata temu. To ja już jakoś przeboleję to moje roztargnienie, byle było ciepło i słonecznie.
| stare komentarze |
środa, 15 marca 2006
6 dni?
Gdy wstawiłam na bloga wiosenną ramkę i zaczęłam
odliczać dni do wiosny, było ich wtedy 42. Zmniejszająca się liczba dni
miała dać Wam i mi nadzieję, że wkrótce zima się skończy. Tak naprawdę
wierzyłam, że śnieg i mróz znikną znacznie wcześniej, może z końcem
lutego. A dziś na kalendarzu mamy połowę marca, na dworze świeżutki
śnieg i co rano skrzybanie samochodu. O ile 30 dni dawało jeszcze
nadzieję na wiosnę, to przy aktualnej aurze 6 dni tej nadziei chyba już
nie daje.
Czuję się jakbym nie dotrzymała swoich przedwyborczych obietnic... Wiosno, robisz ze mnie oszustkę!
Znów mi się oberwało od Stasia za chodzenie po kałużach... Ten mój synek już zupełnie nie ma do mnie cierpliwości! W dodatku kozaki mi się doszczętnie rozkleiły i od dziś brnę przez śnieg w półbutach. Chyba posunę się do ostateczności i chociaż brzydzę się przemocą, pójdę utopić Marzannę.
Czuję się jakbym nie dotrzymała swoich przedwyborczych obietnic... Wiosno, robisz ze mnie oszustkę!

Znów mi się oberwało od Stasia za chodzenie po kałużach... Ten mój synek już zupełnie nie ma do mnie cierpliwości! W dodatku kozaki mi się doszczętnie rozkleiły i od dziś brnę przez śnieg w półbutach. Chyba posunę się do ostateczności i chociaż brzydzę się przemocą, pójdę utopić Marzannę.
środa, 8 lutego 2006
42 dni do wiosny
Wczoraj w radio powiedzieli, że zostały 43 dni do
wiosny kalendarzowej, więc zakładam, optymistycznie, że dziś zostało już
tylko 42 dni. Dużo to, czy mało? Zależy, jak na to spojrzeć. Bo
zasadniczo, 43 dni zimy to bardzo długo, ale zgadzam się to przeczekać,
byle by nie okazało się, że wiosna ma gdzieś kalendarz i przyjdzie w
kwietniu. A po cichu liczę na to, że marzec to już wiosna, powietrze
inaczej pachnie, przebiśniegi gdzieś tam się przebijają... Więc byle
doczekać do końca lutego.
Z jesienną depresją walczyłam z powodzeniem, ale zimowa chyba mnie dopadła... Nie mam na nic siły, w domu tylko przekładam rzeczy z kąta w kąt, nie mogąc się zmobilizować do systematycznego działania. A muszę się sprężyć, bo już niedługo impreza z okazji Stasiowych urodzin, bagatela na 20 osób. Przy okazji, jeśli ktoś chciałby mnie zainspirować jakimś efektownym, a niezbyt pracochłonnym przepisem na mięsa czy sałatki, to będę bardzo wdzięczna.
Miałam więc pisać o mojej galopującej depresji, ale przeczytałam Wasze komentarze pod Stasiowym obrazkiem i już nie potrafię się dołować... Dziękuję Wam pięknie i w nagrodę oszczędzę opisów moich rozterek duchowych. Zamiast tego napiszę, co nie pozwala mi zagłębić się w otchłań Wielkiego Kanionu:
- najśmieszniejszy widok na świecie, czyli nagusieńka Danuśka, próbująca sobie sama "naprukać" na brzuszek (jak to obrazowo określić... chodzi o gwałtowne wypuszczanie powietrza z ustami przyciśniętymi do skóry, co powoduje łaskotanie i charakterystyczne odgłosy, wiecie o co chodzi?)
- Staś, na jednym wdechu mówiący: "Mamusiu, kochasz mnie jeszcze i czy masz jeszcze pieniążki?"
- mój mąż, marzący o tym, żebyśmy mieli trochę czasu dla siebie "...chociażby żeby zrobić razem zakupy"
- a tak naprawdę to trzymam się głównie dzięki Wam. I dziękuję za to. I miło mi, że tyle osób na ten blog głosuje. Dochodzą mnie słuchy, że niektórzy głosują całymi rodzinami albo mobilizują koleżanki z biura :). Trochę skomplikowane to głosowanie, tym bardziej Wam dziękuję i myślę o Was bardzo ciepło :-***
PS. Jeśli zagląda tu nadal Wieczna Pesymistka, to dziękuję za to, co napisała :)
Z jesienną depresją walczyłam z powodzeniem, ale zimowa chyba mnie dopadła... Nie mam na nic siły, w domu tylko przekładam rzeczy z kąta w kąt, nie mogąc się zmobilizować do systematycznego działania. A muszę się sprężyć, bo już niedługo impreza z okazji Stasiowych urodzin, bagatela na 20 osób. Przy okazji, jeśli ktoś chciałby mnie zainspirować jakimś efektownym, a niezbyt pracochłonnym przepisem na mięsa czy sałatki, to będę bardzo wdzięczna.
Miałam więc pisać o mojej galopującej depresji, ale przeczytałam Wasze komentarze pod Stasiowym obrazkiem i już nie potrafię się dołować... Dziękuję Wam pięknie i w nagrodę oszczędzę opisów moich rozterek duchowych. Zamiast tego napiszę, co nie pozwala mi zagłębić się w otchłań Wielkiego Kanionu:
- najśmieszniejszy widok na świecie, czyli nagusieńka Danuśka, próbująca sobie sama "naprukać" na brzuszek (jak to obrazowo określić... chodzi o gwałtowne wypuszczanie powietrza z ustami przyciśniętymi do skóry, co powoduje łaskotanie i charakterystyczne odgłosy, wiecie o co chodzi?)
- Staś, na jednym wdechu mówiący: "Mamusiu, kochasz mnie jeszcze i czy masz jeszcze pieniążki?"
- mój mąż, marzący o tym, żebyśmy mieli trochę czasu dla siebie "...chociażby żeby zrobić razem zakupy"
- a tak naprawdę to trzymam się głównie dzięki Wam. I dziękuję za to. I miło mi, że tyle osób na ten blog głosuje. Dochodzą mnie słuchy, że niektórzy głosują całymi rodzinami albo mobilizują koleżanki z biura :). Trochę skomplikowane to głosowanie, tym bardziej Wam dziękuję i myślę o Was bardzo ciepło :-***

PS. Jeśli zagląda tu nadal Wieczna Pesymistka, to dziękuję za to, co napisała :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

