Strony

wtorek, 28 lipca 2015

Pożegnanie

"Black Umbrellas" Wendy Earley


W sobotę pożegnaliśmy nieodżałowaną Babcię Marysię, prababcię Stasia, Danusia i Emilci.
Babcia Marysia była wyjątkową osobą, jak to się mówi - charakterną. Bardzo aktywna, zaangażowana w różne sprawy, głównie parafialne, zawsze w centrum jakiejś akcji, dopóki pozwalały jej na to nogi. Zawsze elegancko uczesana, umalowana, miała niepowtarzalny styl. Pięknie śpiewała, pisała wiersze i piosenki, a przy tym była znakomitą gospodynią i kucharką. Nikt już nie smaży takich pączków...

Babci powiedzonka będą krążyć w rodzinie przez długie lata. Mi szczególnie utkwił w pamięci dialog na temat ustalania terminu ślubu. Tak wyszło, że najlepiej nam pasował dzień 13 października, ale czy to nie pechowa data?
Stwierdziłam, że przecież urodziłam się 13 dnia miesiąca i jakoś moje życie do pechowych nie należy.
A Babcia na to: "Trzynastego się urodziłaś? A taki galanty kawaler ci się trafił!"
Co racja, to racja.
Będę Ją bardzo ciepło wspominać i tęsknić do jej ciepła i humoru.

A że życie Babci było niezwykłe, to i odejść postanowiła z hukiem.

Było bardzo upalnie, gdy przed pogrzebem zgromadziliśmy się w kościele. W trakcie mszy św. nastąpiło załamanie pogody. Z niepokojem spoglądałam przez witraże na miotane deszczem i wiatrem drzewa, a grzmoty rozlegały się raz po raz.

Pod koniec nabożeństwa nagle zgasło światło, padł mikrofon, nastała ciemność i cisza. Ksiądz zareagował rozsądnie. Stwierdził, że skoro na zewnątrz szaleje burza, to i tak musimy poczekać, pośpiewamy więc wspólnie. "Szkoda tylko, że śp. Marianny nie ma wśród żywych, bo z pewnością dałaby nam piękny koncert" - stwierdził bardzo trafnie. Potem się mówiło, że "Babcia zgasiła światło, bo chciała, żebyśmy trochę dłużej Jej pośpiewali".

Tak więc pośpiewaliśmy trochę, a gdy się nieco uspokoiło, pożegnaliśmy Babcię Marysię na cmentarzu. Było pięknie i wzruszająco. A że nadal brakowało prądu, stypa odbyła się przy świecach. To było niezwykłe, bardzo refleksyjne spotkanie.

Po tej drugiej stronie, Babcia z pewnością z właściwą sobie energią rzuciła się w działalność organizacyjną. Przecież nie usiedzi spokojnie, gdziekolwiek jest.

Żegnaj, Babciu...


piątek, 24 lipca 2015

Codzienność w Dubaju

Źródło: www.3plusinternational.com


Tak się złożyło, że prawie gotowy post musiał przeleżeć ponad miesiąc, zanim doczekał się publikacji. Przepraszam za to, że tyle to trwało.

Jak pisałam w poprzednim poście, podczas pobytu w Dubaju, J. i ja dostałyśmy zaproszenie do prywatnego mieszkania Syryjczyka imieniem Bakri, naszego dubajskiego klienta. Zaproszenie to zaskoczyło nas o tyle, że jak nam wiadomo, dopiero co urodził mu się syn. Któż zaprasza obcych ludzi do domu, mając tam 14-dniowego noworodka? Jak można wymagać od kobiety w połogu, by stała przy garach, bo goście mają kaprys spróbować syryjskiej kuchni? Próbowałyśmy się wymówić od tej wizyty, ale nie było mowy. Wygląda na to, że tutejsi mężczyźni raczej nie przywykli do dyskusji z kobietami. Z drugiej strony paliła nas ciekawość, jak wygląda codzienne życie w kulturze tak odmiennej od naszej.

Mieszkanie Bakriego mieściło się w pobliskim emiracie - Sharja. Granice między emiratami właściwie nie istnieją, a budynki należące do różnych emiratów sąsiadują ze sobą. Byliśmy na miejscu po raptem 8 km jazdy w umiarkowanym korku. Żałowałam, że było już ciemno, gdyż w przeciwnym razie, z okien samochodu byłoby widać morze. Drugi raz w Emiratach, a ja nadal nie miałam szans zobaczyć plaży...

Po przyjeździe na miejsce, wstąpiliśmy do pobliskiego sklepiku, gdzie chciałyśmy zaopatrzyć się w charakterystyczny dla Bliskiego Wschodu ryż Basmati, który bardzo przypadł nam do gustu. Po wypakowaniu eksponatów targowych nasze bagaże opustoszały, znalazło się więc sporo miejsca na lokalne smakołyki. Wybrałyśmy sobie po kilka kilogramów, ale nie było mowy, byśmy za to zapłaciły - nasz przyjaciel wziął to na siebie. Bez dyskusji.

W końcu stanęłyśmy w drzwiach mieszkania Bakriego. Powitało nas tam mnóstwo osób - trójka jego starszych dzieci, teść, teściowa, szwagierka, a w końcu również i jego żona. Ku naszemu zaskoczeniu okazała się atrakcyjną blondynką, ubraną kolorowo, a nawet powiedziałabym, że dość śmiało. Nie było mowy o czerniach i zasłanianiu twarzy, czy choćby włosów. Może dlatego, że wśród gości nie było mężczyzn? Całości dopełniał kunsztowny, barwny makijaż. Oprócz lekkiej nadwagi, nic nie świadczyło o tym, że ta kobieta dwa tygodnie wcześniej urodziła dziecko.

Zostałyśmy poprowadzone do salonu, w którym jedynym wyposażeniem były wschodnie, niskie sofy i telewizor. Z okna roztaczał się widok na morze, w co musiałam uwierzyć na słowo, gdyż w ciemnościach nic nie było widać.

W pewnym momencie J. wyszła do łazienki. Gdy wróciła, szepnęła do mnie, żebym wzięła ze sobą torebkę, bo w toalecie nie ma papieru... No i tym najbardziej odróżniało się to mieszkanie od przeciętnego europejskiego. Jakim cudem oni funkcjonują bez tak podstawowego artykułu? Trudno to sobie wyobrazić.

Kuchnia i jadalnia wyglądały całkiem zwyczajnie. Zastawa stołowa z sieciówek, nic szczególnie oryginalnego. Za to stół uginał się wręcz od smakowicie pachnących potraw. Trudno było nawet wszystkiego spróbować. Najsmaczniejsze były różnego rodzaju pierożki i zawijaski z liści winogron o nazwach, których nie potrafiłam nawet powtórzyć. Wszystko było pyszne i wymagało sporego nakładu pracy, tylko wiecie, samo mięcho. Ledwo parę strąków warzyw rzucone na talerz w formie przegryzki. Po miesiącu takiej diety nie mieściłabym się w drzwiach.

Podczas kolacji wypytywałyśmy o to, jak wygląda życie w tej części świata, szczególnie interesując się losem kobiet. Ogólnie rzecz biorąc wygląda to tak, że mężczyźni są panami wszechświata, a dumą i zaszczytem kobiety jest o nich dbać. Równość płci nawet się nikomu nie śni. Dzieci idą do szkoły w wieku 5 lat, a w wieku 9 lat większość dziewczynek kończy edukację. Od tej pory uczą się gotować i dbać o dom, a przede wszystkim o swojego mężczyznę. Wychodzą za mąż około 15 roku życia, a czasem nawet wcześniej. Rzecz jasna związki małżeńskie ustalane są przez rodziców, a nie przez samych zainteresowanych, co jest ogólnie akceptowane i nie podlega dyskusji.

Bakri opowiedział nam historię o tym, jak po raz pierwszy zobaczył swoją przyszłą żonę, wówczas 13-letnią. Odziana w abayę, widać było tylko jej oczy. W towarzystwie swoich rodziców oraz przyszłych teściów, nie miał nawet szansy zamienić z nią słowa. Gdy po spotkaniu matka go zapytała, czy spodobała mu się jego narzeczona, chłopak odparł, że przecież nawet jej nie widział. Wobec tego zaaranżowano kolejne spotkanie, podczas którego pozwolono mu zobaczyć jej twarz. A tak naprawdę poznać ją, porozmawiać z nią, mógł dopiero po ślubie.

Podczas gdy byliśmy zajęci rozmową, dzieci dokazywały na dywanie. Patrzyłyśmy na dwie śliczne, kilkuletnie dziewczynki, myśląc o tym, że za parę lat już będą szykowane do małżeństwa. Bakri wyjaśnił, że jeśli będą bardzo dobrze się uczyć, to pozwoli im zostać w szkole, ale muszą być najlepsze w klasie. W przeciwnym razie pozostaje im nauka gotowania.

Zapytałam, czy w takim razie tylko mężczyźni pracują. Otóż nie, jest sporo pracujących kobiet - nauczycielki, lekarki itp. Wszak musi mieć kto leczyć ich piękne żony. Bakri stwierdził, że zgodziłby się, by lekarz-mężczyzna zbadał jego żonę tylko w sytuacji zagrożenia życia.

Żona Bakriego (niestety nie pamiętam jej imienia) zdawała się co nieco rozumieć z naszej rozmowy, prowadzonej po angielsku. Okazało się, że uczyła się w szkole angielskiego, ale przerwała, czego zdaje się żałować. Obiecała nam, że zacznie się znowu uczyć i odwiedzi nas z mężem w Polsce. Ale gdy ostatnio pytałam Bakriego, czy żona wytrwała w postanowieniu oświadczył, że "skąd, ona tylko gotuje". Szkoda. Chętnie dowiedziałabym się od samej zainteresowanej, jak wygląda życie kobiety w tej części świata. Szczerze mówiąc, nie wyglądała na nieszczęśliwą. Ciekawe, czy zazdrości europejskim kobietom ich wyemancypowania, czy dobrze jest jej ze swoim panem-mężem i miejscem przypisanym do kuchni.

Nawet bardziej niż brak papieru toaletowego zaszokował mnie stosunek tutejszych do noworodków. U nas dzieciątko bierze się na ręce z uwagą, podkładając rękę pod główkę, ostrożnie przebierając dziecko czy myjąc. U nich nie ma żadnego cackania. Gdy Bakri podniósł swojego 2-tygodniowego synka trzymając go tylko za rączki, obie z J. jednocześnie jęknęłyśmy z przerażenia. Dziadek zaś przenosił dziecko, chwytając ręką ubranka na brzuszku. Do tej pory wzdrygam się na wspomnienie tego widoku. Nikomu nie przyszło do głowy zachowywać się cicho przy śpiącym noworodku. Starsze dzieci dokazywały, grała muzyka, panował ogólny harmider. Dziecko spało. Czy my - Europejczycy zanadto chuchamy na nasze dzieci, czy tamte są po prostu inne?

Późnym wieczorem wróciłyśmy do hotelu, obładowane prezentami w postaci arabskiej kawy i obłędnie smacznych arabskich słodyczy, pełne wrażeń i tematów do rozmów. Nasze dwa światy, odległe dziś zaledwie o parę godzin lotu, są tak różne. Ważne, byśmy szanowali się nawzajem.

piątek, 12 czerwca 2015

Jeśli jest czerwiec, to jestem w Dubaju

Odkąd w zeszłym roku firma, w której pracuję, zdecydowała się wystawiać na targach Automechanika Dubai, z początkiem czerwca zostawiam na parę dni rodzinę i wyruszam do ciepłych krajów wraz z J., czyli moją szefową. Pamiętacie mój ubiegłoroczny wpis o tym, że nie spaceruje się po Dubaju?

Rok temu, szykując się do wyjazdu, miałam wiele wątpliwości kulturowych. Czy tamtejsi biznesmeni będą w ogóle chcieli rozmawiać z nami - kobietami? I jak się ubrać stosownie do panujących tam upałów, a jednocześnie tak, by nie budzić niesmaku u naszych gości? Jak się okazało, wątpliwości były nieuzasadnione. Co prawda Arabowie własne kobiety traktują dość specyficznie, jednak Europejki to dla nich zupełnie inny gatunek, podlegający własnym regułom. I dobrze. Mimo wszystko nie ryzykowałabym zbyt głębokiego dekoltu ani koszulek na ramiączkach, bo raczej nie byłoby to dobrze widziane.

Ale bez stresu i tak się nie obyło. Denerwowałam się, że coś nie wypali, coś nie dojedzie albo na miejscu pojawią się trudne do przezwyciężenia problemy. W dodatku trzeba było zawczasu przygotować dom na moją 5-dniową nieobecność, co wymagało umiejętności pomniejszego jasnowidza. A jednak jakimś cudem wszystko zagrało wręcz idealnie.

Podczas tego krótkiego pobytu w Dubaju nie miałam ani chwili wolnego czasu. Marzyłam o tym, by ponownie zobaczyć przecudne, tańczące fontanny, albo by chociaż na chwilę skoczyć do Dubai Mall. Nic z tego - praca od 10 do 19 na stoisku targowym, a wieczory zajmowały umówione spotkania. Ale wcale a wcale nie narzekam, gdyż owe spotkania były bardzo przyjemne i wiele się dzięki nim nauczyłam o tamtejszej kulturze. Zresztą naprawdę trudno jest zwiedzać cokolwiek, gdy temperatura osiąga 48 stopni. Wychodząc na zewnątrz z klimatyzowanych pomieszczeń miałam wrażenie, że właśnie otworzyłam piekarnik, by wyjąć z niego ciasteczka. Tylko, kurcze, ten piekarnik nie dawał się zamknąć!

Widok z okna hotelu. Dziwnie szary i mroczny.

Pierwszego wieczoru byłyśmy na bankiecie dla wystawców Automechaniki w ogromnym hotelu. Na bankiet zaproszono parę tysięcy gości, więc organizacja wymagała sporego rozmachu. Jedzenie było bardzo dobre i urozmaicone, a towarzystwo przesympatyczne - w większości byli to inni polscy wystawcy oraz ich arabscy partnerzy. Mimo panujących w Emiratach ograniczeń, podczas bankietu podawano wino i piwo.  Bawiliśmy się świetnie, a J. opowiadała gruzińskie dowcipy, rozśmieszając wszystkich do łez. Chciałabym mieć jej talent do zabawiania towarzystwa.

Drugiego wieczoru nasz lokalny klient zaprosił nas do restauracji, której nazwy niestety nie jestem w stanie przytoczyć. Znajdowała się u stóp najwyższego budynku świata, czyli Burj Khalifa. Co ciekawe, siedzieliśmy przy stoliku na zewnątrz, który był KLIMATYZOWANY. Jedzenie było naprawdę znakomite i w ilościach odpowiednich dla pułku wojska. A gdy już pękałyśmy w szwach podano to co najlepsze, czyli soczyste, egzotyczne owoce. Rozpusta nie z tej ziemi. Paliliśmy też sziszę. Mnie to nie zachwyciło, za to węgielki w stojącej tuż obok misie nieźle mnie przypiekały. Czułam się, jakbym siedziała przy kominku, co przy ponad 35 stopniowej temperaturze (wieczorem!) było trudną do zniesienia torturą. Za to koktajle owocowe, owoce morza i arabskie pasty warte były tego poświęcenia. Do tej pory wzdycham na samo wspomnienie.

Tortura rozżarzonymi węglami
Podczas kolacji J. wspomniała, że chętnie spróbowałaby kuchni syryjskiej (nasz gospodarz jest emigrantem z Syrii). Na to on, niewiele się zastanawiając, postanowił następnego wieczoru zaprosić nas do swojego domu. Byłyśmy niezmiernie ciekawe, jak wygląda tamtejsze mieszkanie, jak domownicy zachowują się przy gościach, czy kobiety będą musiały zasłaniać twarze. Ale to opowieść na kolejny wpis.

Zajrzyjcie, jeśli macie ochotę dowiedzieć się, jak wygląda życie kobiet w Emiratach. Cóż, ja na kolanach dziękuję, że przyszłam na świat w Europie...

niedziela, 31 maja 2015

Tak się bawi SP8!

W tym roku już po raz drugi nasza szkoła zorganizowała festyn rodzinny, którego głównym celem było pozyskanie środków finansowych na zakup szafek dla uczniów. Przy tym to znakomita forma integracji dzieci, rodziców i nauczycieli. Walutą obowiązującą na festynie jest cegiełka. Za cegiełki można zakupić ciasta, przekąski, rękodzieło, fanty itp.



Każde z dzieci poprosiło mnie o przygotowanie swojego ulubionego wypieku na festyn. Emilka zażyczyła sobie jabłecznik z migdałami, Danusia - szwedzkie bułeczki cynamonowe, a Staś - owsiane ciasteczka. W efekcie siedziałam w kuchni do północy, a w dzień festynu zwolniłam się z pracy i nadal piekłam, by wszystko było gotowe i świeże.



Gdy dotarliśmy obładowani torbami na festyn okazało się, że większość atrakcyjnych lokalizacji na "straganach" jest już zajęta. Usiałam dość nieśmiało gdzieś w kącie z moimi pychotkami widząc, że prezentują się bardzo niepozornie pośród bogato ozdobionych kremem i posypanych różnokolorowymi ozdobami wypieków na sąsiednich stoiskach. Miałam ochotę się ewakuować, ale oczywiście nie mogłam tego zrobić dzieciom. Obok mnie Staś robił co mógł, by wypromować nasze pyszne i zdrowe owsiane ciasteczka, ale to niewiele pomogło. Zerkaliśmy z zazdrością na stoisko obok, gdzie jakiś chłopiec sprzedaje różnokolorowe galaretki, po które ustawiła się długa kolejka. Świetny pomysł i prawdziwy hit festynu.

Podczas festynu odbywały się różne konkursy. Staś i Emilka wzięli udział w konkursie plastycznym na postać z bajki o Jasiu Wędrowniczku (nie mylić z Johny Walkerem ;)). Praca Stasia przedstawiąjąca bociana zajęła I miejsce. Szkoda, że nie zdążyłam zrobić fotki, bo bocian był świetny! Wszyscy uczestnicy otrzymali nagrody książkowe.

Ja z Emilką również wzięłam udział w jednym konkursie. Zostałyśmy zgłoszone jako reprezentacja jej klasy do konkursu Oriflame na najlepszy makijaż zrobiony matce przez córkę. To była świetna zabawa. Emilkę otoczyły koleżanki z klasy, zazdroszcząc jej fuchy - chyba każda kobietka, nawet mała, ma we krwi smykałkę do tych rzeczy. Mój makijaż był naprawdę efektowny i kolorowy (zauważcie, że musiałam w tym stanie wrócić do domu!). Chociaż nie zostałyśmy wyróżnione, humor mi się znacznie poprawił.



Mimo wszystko trochę naszych wypieków udało nam się sprzedać, głównie dzięki zaangażowaniu Stasia, na łączną kwotę 15 cegiełek. Reszta ciast i ciastek została radośnie skonsumowana przez Ladorusie. A za rok przygotujemy coś bardziej efektownego i kolorowego - coś w guście zbliżonym do mojego makijażu Oriflame ;)


wtorek, 28 kwietnia 2015

Elegancka Masa Krytyczna

...czyli ciąg dalszy soboty pełnej przygód :)

Może najpierw parę słów tytułem wprowadzenia, czym jest Rowerowa Masa Krytyczna. Wikipedia mówi tak:

Masa Krytyczna – nieformalny ruch społeczny, polegający na organizowaniu spotkań maksymalnie licznej grupy rowerzystów i ich wspólnym przejeździe przez miasto. Spotkania te odbywają się pod hasłem "My nie blokujemy ruchu, my jesteśmy ruchem" i mają na celu zwrócenie uwagi władz i ogółu społeczeństwa na zwykle ignorowanych rowerzystów.

Myślę, że poprawa infrastruktury rowerowej jest przynajmniej w części zasługą Masy Krytycznej i koordynujących ją stowarzyszeń. W Toruniu bardzo prężnie działa Stowarzyszenie Rowerowy Toruń, bardzo sympatyczna organizacja. Kiedyś jadąc rowerem przez miasto zostałam zatrzymana przez wolontariuszy i otrzymałam wafelek w nagrodę za poruszanie się tym ekologicznym środkiem transportu. To było bardzo miłe :)

W poprzednim wpisie przedstawiłam Wam nasze sobotnie przedpołudnie biegowe w Inowrocławiu. Gdy dobiegaliśmy do mety, ja już myślałam o tym, czy zdążymy na najbliższy pociąg, aby wyrobić się z dotarciem na Rynek Nowomiejski o 15. Udało się! W domu byliśmy po 13.30. Wspólnie przygotowaliśmy szybkie naleśniki na obiad. Staś stwierdził, że po wyprawie do Inowrocławia i po Niebieskim Biegu jest zbyt zmęczony, by przejechać ponad 20 km rowerem. Ja też trochę wymiękałam i byłam skłonna dać sobie spokój. Ale Emilka nie chciała słyszeć o tym, by Elegancka Masa miała nas ominąć! Emilka kocha zarówno rower, jak i elegancję, więc nie ma mowy, by odpuścić taką okazję. Cóż było robić. Nie było czasu na szykowanie specjalnej stylizacji, więc na szybko wyciągnęłam z szafy sukienkę, która według mnie najmniej z mojej garderoby nadaje się na rower. Miałam pewien problem z butami, gdyż szpilki wydały mi się zbyt hardkorowe, a innych pantofli w zasadzie nie posiadam. Udało się jednak znaleźć w zakamarkach szafy dziwaczne buty, których nie wiem czemu do tej pory się nie pozbyłam, a które znakomicie dopełniały rowerową stylizację. Apaszka na szyję... i na nic więcej nie było czasu. Emilka zaś postawiła na śmiały dobór kolorów połączony z eleganckim krojem. Fajnie byłoby do tego dobrać jakieś ciekawe fryzury lub nakrycia głowy i biżuterię. Następnym razem przygotujemy się lepiej - mamy już nawet plan, by wystąpić elegancko całą rodziną!

Takie buty!

W tym momencie nastąpił najtrudniejszy moment całego przedsięwzięcia, czyli dotarcie w nietypowym stroju na start Masy. Potem to już pikuś, żaden problem jechać w towarzystwie setek ekstrawagancko ubranych rowerzystów. Co innego pokonać ulice miasta samemu. Starałam się trzymać wysoko głowę i uśmiechać się w odpowiedzi na zdziwione i zdegustowane miny. Ostatecznie nie było tak źle.

Gdy dojechałyśmy wraz z Emilką na start, rozejrzałam się po zgromadzonych rowerzystach i poczułam się nieco rozczarowana. Sądziłam, że każdy uczestnik Masy podejmie choć minimalny wysiłek, by dopasować się do tematyki, ale wygląda na to, że połowa zupełnie to zignorowała, a szkoda. Za to liczba uczestników była rekordowa - 650 osób!

fot. Stowarzyszenie Rowerowy Toruń

Przed startem przyznano nagrody dla najbardziej eleganckich rowerzystek i rowerzystów. Muszę przyznać, że niektórzy naprawdę zadali szyku! Miło było popatrzeć. Jak się okazało, szpilki również nie stanowią problemu i sporo pań dzielnie w nich pedałowało. Rzecz do rozważenia przy następnej okazji.

fot. Stowarzyszenie Rowerowy Toruń

Cóż więcej mówić. Pogoda - przecudna, ciepło i słonecznie (opaliłam sobie plecy!). Atmosfera niezwykle przyjemna, tempo jazdy relaksowe, trasa ciekawa i wygodna, do tego energetyczna muzyka... Kierowcy cierpliwie czekali, aż barwny korowód rowerzystów przejedzie im przed nosem (ale co sobie mruczeli pod nosem, można sobie jedynie wyobrażać). Emilka była zachwycona i nie zdarzyło jej się podczas jazdy marudzić. Wygląda na to, że ten sport znacznie bardziej jej odpowiada, niż bieganie (została nawet wybrana do rowerowych zawodów szkolnych).

Rajd zakończyliśmy na Starym Rynku tradycyjnym podniesieniem rowerów nad głowę.

fot. Stowarzyszenie Rowerowy Toruń

Ja nawet nie próbowałam podnieść swojego, bo to mogłoby się źle skończyć, ciężki skubaniec jest. No i wróciłyśmy elegancko z Emilką do domu, śledzone spojrzeniami przechodniów, a może coś sobie wmawiam ;) Cała trasa wyniosła 23 km.

A po wszystkim czekał nas jeszcze maraton w domu, czyli nadrobienie sobotniego sprzątania i przygotowanie imieninowej kolacji dla Taty-Jarka. Muszę przyznać, że pod naszą nieobecność Staś solidnie przyłożył się do wyznaczonych mu zadań (odkurzanie, zamiatanie, wyrzucenie śmieci itp.).

Wieczorem wróciła również Danusia, zadowolona z wyjazdu i zdobytego w Warszawie medalu. Cała rodzina zebrała się przy kolacji, dzieląc się wrażeniami i przerywając sobie nawzajem. Każdy z nas dziś zdobył jakiś medal.



Idealny dzień... :)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

III Niebieski Bieg Świadomości w Inowrocławiu

Jak wiadomo, kwiecień jest miesiącem wiedzy o autyzmie. Z tej okazji w Inowrocławiu już po raz trzeci organizowany jest Niebieski Bieg Świadomości wiedzy o autyzmie.

Z inicjatywą Niebieskiego Biegu Świadomości spotkałam się rok temu, gdy Danusia zapragnęła wystartować w zorganizowanym biegu ulicznym. Zaczęłam się wtedy rozglądać za biegiem, w którym mogą wziąć udział dzieci. Znalazłam taki bieg niedaleko, w Inowrocławiu oddalonym o 40 km od Torunia. Niebieski Bieg to impreza charytatywna, upowszechniająca wśród ludzi problematykę autyzmu. Dzięki jednakowym, niebieskim koszulkom, niebieskim balonom i banerom, biegacze przyciągają uwagę przechodniów, wzbudzając ich zainteresowanie tematem imprezy. Biegowi towarzyszy szereg odczytów i konferencji. Naszą ubiegłoroczną przygodę z Niebieskim Biegiem opisałam TU.

Gdy wracaliśmy całą rodziną z ubiegłorocznego Niebieskiego Biegu Świadomości stwierdziłam: wrócimy tu za rok. Zatem chociaż pojawiały się przeszkody, postanowiłam mimo wszystko się na ten bieg wybrać. Najpierw okazało się, że w terminie biegu Tata-Jarek ma wyjazd na wyścig kolarski "Żądło Szerszenia" do Trzebnicy, z czego ani myśli zrezygnować. Ale przecież możemy pojechać pociągiem, co jest dla dzieci swego rodzaju przygodą. Znalazłam w rozkładzie odpowiednie, świetnie pasujące połączenie, a że to pociąg Intercity, zakupiłam bilety z wyprzedzeniem, bo wtedy jest sporo taniej.

Niestety jak się parę dni przed wyjazdem okazało, Danusia również nie mogła jechać z nami, bo ma tego samego dnia zawody w Warszawie. To mnie już trochę zabolało, bo Danusia lubi biegać i nieźle jej to wychodzi. Ubiegłoroczny Niebieski Bieg ukończyła ze świetnym wynikiem 31 minut. To głównie z myślą o niej organizowałam ten wyjazd. Emilka i Staś nie mają ambicji przebiegnięcia takiego dystansu, nastawiamy się raczej na marszobieg. No ale trudno, nie ma zmiłuj, pojedziemy we trójkę. Nic to, że ominą nas atrakcje z weekendu "Toruń za pół ceny", a udział w Eleganckiej Masie Krytycznej stanie pod znakiem zapytania (czy uda nam się wrócić na tyle wcześnie, by stawić się na rynku o 15?).

Sobota, 6 rano - pobudka. Za oknem piękna pogoda i niebo idealnie w kolorze logo Niebieskiego Biegu. Pakujemy się, jemy śniadanie, Danusia zbiera się na wyjazd do Warszawy, a my ruszamy autobusem na dworzec.



Jest cudnie. Po krótkiej podróży pociągiem, o 9 rano jesteśmy już w Inowrocławiu, skąd autobusem dojeżdżamy do Galerii Solnej, gdzie ma miejsce start biegu. Widać mnóstwo ludzi w niebieskich koszulkach, po chwili my też odbieramy swoje. Koszulki są bawełniane, mają piękny kolor i są niezłej jakości. W tym roku dostępne są również w rozmiarze dziecięcym - to dobrze, bo poprzednio nawet te w rozmiarze "S" sięgały dzieciom do kolan. W pakietach startowych znajdujemy też Muszyniankę - naszą ulubioną wodę oraz batoniki. Mamy jeszcze dość czasu, by zjeść drugie śniadanie, oddać bagaż do depozytu i popstrykać sobie fotki przed startem.



Nieodłącznym elementem każdego Niebieskiego Biegu jest chmara niebieskich balonów nad Inowrocławiem. Każdy uczestnik dostaje balonik napompowany helem i w momencie startu wypuszcza go w niebo. Efekt zapiera dech. Emilka bardzo niechętnie rozstała się ze swym balonikiem, ale w końcu i on dołączył do pozostałych. Wystartowaliśmy... no i zaczęła się jazda.


Nie wiem, czy to upał, czy może gorszy dzień Emilki - faktem jest, że już po pierwszych kilkudziesięciu metrach oświadczyła, że już jest zmęczona. Truchtaliśmy bardzo powoli, a ona mimo wszystko narzekała na kolkę, ból kolana, ból stopy i wszystkich części ciała, jakie zdołała sobie przypomnieć. Wprowadziłam system liczenia latarni przy drodze - 5 latarni biegiem, 2 marszem. Mimo to po krótkim czasie straciliśmy z oczu "peleton", ale otuchy dodawało nam, że mieliśmy za sobą jeszcze trzy osoby maszerujące z kijkami.


Park Miejski w Inowrocławiu jest przepiękny. Kwiaty, zieleń i słońce - to dodało sił Emilce, ale po wybiegnięciu na ulice miasta znowu zaczęła marudzić. Dodatkowym utrudnieniem był brak oznakowania trasy biegu, a wolontariusze już opuścili swoje posterunki. Wyobraźcie sobie, że musieliśmy pytać o drogę przechodniów. To było dość zabawne, ale trochę żenujące. W końcu w naszym polu widzenia pojawił się stadion, gdzie znajdowała się meta i odetchnęliśmy z ulgą. W głośnikach słyszeliśmy komunikat, że "Wszyscy uczestnicy biegu znajdują się już na stadionie". A przecież jednak nie wszyscy...

Na ostatnich metrach Emilka przewróciła się na bieżni i na metę wbiegła z płaczem. A tam nikt na nas nie czekał... Byłam trochę rozgoryczona z tego powodu. Pokonanie 5 km zajęło nam 45 minut, co nie było tragicznym wynikiem, jak na 8-latkę, prawda? A impreza promowana jest jako bieg rodzinny. Mimo wszystko organizatorzy postarali się zatrzeć to niemiłe wrażenie, medale dla nas się znalazły a udekorował nas sam prezydent Inowrocławia, pan Ryszard Brejza.

Pamiątkowe zdjęcie z panem Prezydentem :)
I może trudno w to uwierzyć, ale widząc medal na swej szyi, Emilka momentalnie zapomniała o całej 5-kilometrowej męczarni i z zachwytem oświadczyła, że za rok znowu biegniemy. Ja jednak muszę to przemyśleć :)


Po dekoracji w pośpiechu opuściliśmy stadion, by taksówką dotrzeć na dworzec, tam kupić bilety, wsiąść do pociągu... A jak się okazało podczas kontroli konduktorskiej wsiedliśmy nie do tego pociągu, na który mieliśmy bilety. Na szczęście obydwa jechały do Torunia w jednym czasie, jednakże bilety trzeba było wymienić, bo to nie te linie, wiecie jak jest. W pociągu fajnie, bo mieliśmy nadal na sobie niebieskie koszulki, co spotkało się z sympatycznymi komentarzami współpasażerów. I o to właśnie chodzi.



Udało nam się wrócić na tyle sprawnie, by po szybkim, wspólnie przygotowanym obiedzie, zdążyć na Elegancką Masę Krytyczną, która też zasłużyła na parę zdań komentarza... Ale o tym wkrótce, stay tuned! ;)

piątek, 24 kwietnia 2015

Dzieci wiedzą lepiej

W drodze do Biedronki:

Emilka: - Mamo, pamiętaj, że miałaś kupić jogurt wegetariański!
Mama Czyli Ja: - Wegetariański?? A jaki to jogurt?
E: - No przecież taki dla wegetarian.
MCJ: - A kto to taki - wegetarianin?
E: - Wegetarianie jedzą różne rzeczy. Na przykład banany, jogurty, mięsko...
MCJ: - Mięsko? Jakie mięsko?
E: - Może być mielone... Chodzi o to, że wegetarianie jedzą wszystko pałeczkami.
MCJ: - Wszystko? Banany też pałeczkami?
E: - Banany też, tylko mama musi je najpierw obrać.
MCJ: - Ach tak.

Tytułem wyjaśnienia: jogurt wegetariański okazał się być jogurtem greckim. Reszta wynurzeń Emilki na temat wegetarian (mięsko? mielone??) pozostaje dla mnie zagadką.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...