Strony

czwartek, 2 kwietnia 2015

Sadzawka



Wieczorne czytanie. W ostatnim tomie Harrego Pottera scena mrożąca krew w żyłach: Harry i Hagrid mkną latającym motocyklem, ścigani przez Voldemorta i śmierciożerców. Śmiertelne zaklęcia śmigają w powietrzu. Naszym bohaterom cudem udaje się umknąć. Spadają z ogromnej wysokości i wraz z motocyklem pikują prosto do sadzawki. Hagrid podnosi się, umazany szlamem i krwią...

- Mamo, a co to jest szlam? - pyta Emilka.
- To takie płynne błoto - odpowiadam i wracam do lektury.
- Ale dlaczego on jest umazany szlamem?
- No przecież wpadli do sadzawki.
- A skąd w sadzawce wzięło się błoto?
- W sadzawce jest pełno mułu i błota... Nie widziałaś nigdy sadzawki?
- A co to właściwie jest sadzawka? - pyta skonsternowana Emilka.
- Takie małe bajorko - odpowiadam.
- Aha... A ja myślałam, że sadzawka to siedzenie od motocykla...

Prawdę mówiąc... usadowić się na sadzawce to nawet nieźle brzmi :)

piątek, 20 marca 2015

Łzawa historia

Nie znoszę płakać na filmach!

Kompletnie bezsensowne wydaje mi się tak emocjonalne reagowanie na zdarzenia, które wydarzyły się tylko w czyjejś wyobraźni i absolutnie mnie nie dotyczą. I co z tego, skoro "mam oczy w mokrym miejscu" i choćbym nie wiem jak się starała, nie umiem powstrzymać łez. A jednak był taki okres, że byłam twardzielem i nie ma zmiłuj, żadnego płakania. Trauma z dzieciństwa wysuszyła moje oczy na parę lat...

Nigdy nie wiadomo, co może stać się przyczyną traumy, a w dzieciństwie szczególnie jesteśmy na nią narażeni. Miałam wtedy 6 lat, a moim ulubionym serialem była "Pogoda dla bogaczy". Mimo późnej pory, rodzice nie robili problemów, bym z resztą rodzeństwa oglądała ten film. Gdy przyszła pora na ostatni odcinek, w którym zgładzono mojego ulubionego bohatera, zalałam się łzami nad jego losem, opłakując również kres niedzielnych wieczorów z ukochanym filmem. Rodzeństwo nie darowało mi tej chwili słabości. "Zakochałaś się!" - kpili bezlitośnie. "Taka siuśmajtka a za przystojniakami już się ogląda, patrzcie ją!". Pobiegłam wypłakać się gdzieś w kącie, z dala od wszystkich dokuczalskich. Upokorzona postanowiłam, że odtąd będę twarda.

Słowo się rzekło. Dorastałam trzymając się swego postanowienia. Mimo, że na niektórych filmach szczypało mnie w gardle ze wzruszenia, moje oczy pozostawały suche. Do czasu, gdy...

Byłam wtedy już na trzecim roku studiów. Wraz z przyjaciółką Agnieszką wybrałyśmy się na maraton filmowy do kina Orzeł, w którym teraz mieści się chyba Biedronka. Na maratony chadzało się bez specjalnego wybrzydzania co do treści, czasem nawet nie wiedząc dokładnie, jakich tytułów się spodziewać (zwłaszcza, że z różnych powodów czasem wyświetlano filmy inne, niż anonsowane). Tym razem jako pierwszy leciał film "Myszy i ludzie". Historia George'a i Lenniego tak mnie wzruszyła, że tym razem, mimo wszelkich starań, nie udało mi się powstrzymać łez. Tama pękła, a łzy płynęły obfitymi kaskadami. Nawet gdy film się skończył i minęła przerwa, ja nadal szlochałam, kompromitując się na całej linii. Niewylane przez lata łzy skumulowały się i musiałam dać im ujście, zużywając kolejne chusteczki higieniczne, podawane mi cierpliwie przez Agnieszkę.



Korek od wodospadu wypadł nieodwracalnie i teraz już nie potrafię zapanować nad łzami. Ach, jak ja strasznie płakałam na "Skazanym na bluesa" albo na "Siedem dusz". Płaczę nawet na kreskówkach! Masakra...

A Wy, lubicie wzruszające filmy? Jaki wzruszył Was najbardziej?
Napiszcie proszę w komentarzach :)


poniedziałek, 9 marca 2015

Jeden dzień w Grudziądzu

To nie był jeden dzień w Barcelonie ani w Neapolu, Paryżu czy Budapeszcie. Opowiem Wam o jednym dniu... w moim rodzinnym Grudziądzu.

Bywamy w Grudziądzu parę razy w roku, jednak zazwyczaj spędzamy ten czas z rodziną, w domu Taty. Zwykle jest za mało czasu, by ruszyć się gdziekolwiek. Trudno uwierzyć, ale minęło już grubo ponad 10 lat odkąd miałam okazję odwiedzić grudziądzką starówkę, pospacerować po ulicach, których nazwy już dawno wyleciały mi z pamięci. Odwiedzić miejsca, których mapę mam zapisaną w sercu. Ale zacznijmy od początku.

Data wyjazdu go Grudziądza została ustalona już jakiś czas wcześniej, gdy ogłoszono, że z okazji Dnia Kobiet w grudziądzkim parku odbędzie się Bieg Kobiet. Lubię brać udział w takich imprezach, dlatego zapisałam się na ten bieg bez wahania. Reszta rodziny miała mi kibicować. W niedzielny poranek wskoczyłam więc w mój strój do biegania, zaś ciuchy "niedzielne" spakowałam do torby i wyruszyliśmy. Pogoda była cudownie wiosenna, słońce przyjemnie grzało. Godzinę później znaleźliśmy się u celu. Dzieci natychmiast wypatrzyły wypasiony plac zabaw i tyleśmy je widzieli. Ja odhaczyłam swój udział w biurze biegu, a ponieważ została godzina do startu, przeszliśmy się z mężem na pobliski cmentarz, odwiedzić grób mojej Mamy i zanieść Jej kwiatki z okazji Dnia Kobiet.

Po powrocie na miejsce startu zobaczyliśmy kolorowy, radosny tłum o znakomitej przewadze kobiet. Jako że sponsor przewidział nagrody za najciekawsze stroje, wiele pań dało upust fantazji, zakładając barwne sukienki, peruki i ozdoby.



Podczas biegu mili panowie rozdawali uczestniczkom słodkości, a na mecie czekał ogromny tort.



Tak miło i aktywnie rozpoczęty dzień musiał potoczyć się znakomicie. Mój brat Piotr i jego żona Ela zaprosili nas na obiad, a później wspólnie wybraliśmy się na Klimek, któremu warto poświęcić parę słów.

Klimek to wieża, wchodząca w skład grudziądzkiego zamku krzyżackiego, zrujnowanego setki lat temu. Usytuowany na szczycie Góry Zamkowej, stanowił bardzo efektowny element grudziądzkiej panoramy. Chociaż zamek nie przetrwał XVIII wieku, sam Klimek dotrwał aż do marca 1945 roku, gdy został wysadzony przez żołnierzy niemieckich. Pod koniec ubiegłego roku został odbudowany i udostępniony zwiedzającym. Oczywiście jego obecna konstrukcja jest nowoczesna, budowanie murów o 3-metrowej grubości nie jest dziś konieczne, a schody są wygodne i przestronne. Wieża jest o 6 metrów niższa, niż pierwowzór, ze względu na przepisy dotyczące konstrukcji. No cóż, lepsza wieża niższa, niż żadna.



Odbudowa Klimka była dla mnie niespodzianką - dowiedziałam się o tym dopiero wtedy, gdy nowy Klimek już został udostępniony do zwiedzania, a w internecie pojawiły się pierwsze piękne zdjęcia. Od tamtej pory nie mogłam się doczekać, aż sama stanę w tym w pewnym sensie historycznym miejscu. Wiecie, w naszym rodzinnym domu na ścianie wisiał obraz autorstwa pana Czesława Szachnitowskiego, przyjaciela rodziny, na którym zakole Wisły ozdobione było wieżą Klimka. Jako dziecko myślałam, że ta wieża to wyraz fantazji artysty. A teraz ta rzekoma "fantazja" stała się dla mnie namacalną rzeczywistością. Uczucie było niesamowite, gdyż okolice Klimka pamiętałam dokładnie z wycieczek szkolnych, a nagle w tym miejscu wyrosły ruiny zamku krzyżackiego i całkiem nowa wieża. Ladorusie zawsze chętnie się wspinają na wszelkiego rodzaju tarasy widokowe, więc i dla nich wycieczka była udana.



Później przeszliśmy się na krótki spacer po starówce, odwiedzając między innymi kościół Farny. Jego wnętrze wydało mi się dziwnie małe, gdyż z dzieciństwa pamiętałam, jaki był duży. Natomiast Staś po wyjściu skomentował: "Mamo, jaki ten kościół jest wielki!". Za parę lat i dla niego się skurczy, taka jest kolej rzeczy.

Odwiedziliśmy jeszcze jeden punkt widokowy, usytuowany na osiedlu Strzemięcin - najwyżej położony punkt Grudziądza. Rozciąga się z niego piękny widok na Wisłę i praktycznie na całe miasto. Dzieci z zachwytu zaczęły wywijać akrobacje, taka radość je rozpierała.



Kolejny komentarz Stasia: "Mamo, w Toruniu mieszka się świetnie i bardzo to lubię. Ale jeśli nie mieszkalibyśmy w Toruniu, to chciałbym mieszkać w Grudziądzu."

Nie miałam pojęcia, że tak bardzo tęskniłam za Grudziądzem. To wielka radość pokazać dzieciom moje liceum, kościół, gdzie wzięliśmy ślub, szpital w którym się urodziłam, dziś już nieczynny...

Popołudnie spędziliśmy z rodziną mojego brata, skąd dzieci trzeba było zabierać wręcz siłą, tak dobrze się bawiły. Są już plany kolejnego spotkania, tym razem w Toruniu - dzieci chcą zaprezentować nasz rodzimy zamek krzyżacki, również zrujnowany... i inne swoje ulubione zakątki Torunia. A ja myślę po cichu o tym, żeby się wybrać do Grudziądza sama i odwiedzić stare kąty, niekoniecznie atrakcyjne dla reszty rodziny.

Spodziewajcie się fotorelacji z mojej wyprawy, mam nadzieję, że już wkrótce.

czwartek, 26 lutego 2015

Wiosenne roztargnienie

Jakże cudowna wiosna tej zimy! Dziś zdecydowałam się założyć pantofle zamiast kozaków, chociaż na termometrze były tylko 3 stopnie. Nic a nic nie zmarzłam, a tak przyjemnie i lekko mi się szło, że dotarcie do pracy zajęło mi 15 minut, zamiast jak zwykle 20. Niby nic, tylko zmiana butów, a od razu czuję się radośniejsza.



Moje wiosenne postanowienia, małe i duże to: pić wodę zamiast herbaty, jeść dużo jabłek, odebrać nowe prawo jazdy (bo stare skradziono mi wraz z portfelem już prawie 2 lata temu) i oczywiście znów zasiąść za kierownicą... po kilkunastu latach przerwy. Jakoś dotychczas nie czułam potrzeby, a teraz owszem, czuję się trochę upośledzona z powodu braku umiejętności prowadzenia pojazdu. Poza tym to nie jest wielki problem, prawo jazdy mam, wystarczy tylko sobie przypomnieć kto kiedy ma pierwszeństwo - i będzie git ;)

Co jeszcze: planuję wybrać się do brafitterki po raz pierwszy w życiu. A ponadto w tyle głowy wciąż kołacze się moje marzenie, by nauczyć się mówić po włosku. Gdyby doba nie była tak krótka...

Wiosenny klimat sprzyja, by chodzić z głową w chmurach. A wtedy zdarza mi się w roztargnieniu zachowywać kompletnie irracjonalnie. Gdy sobie czasem przypomnę, co mi się udało nawywijać, wprost zwijam się ze śmiechu. Sami popatrzcie:

1. Zrobiłam śniadanie, posprzątałam. Parę godzin później usiłuję znaleźć masło. W lodówce go nie ma, ani w żadnej z szafek. Przetrząsnęłam pojemniki na śmieci i okoliczne szuflady - brak. W końcu zmuszona byłam obyć się bez masła, które następnego dnia znalazło się... na zewnętrznym parapecie okiennym. Ciekawe, czy okruszki, które miałam zamiar tam wysypać, wrzuciłam zamiast tego do lodówki? Śladów brak.

2. Wsiadam do autobusu, staję przed kasownikiem i z kieszeni wyjmuję... klucze do domu. Stoję tak z kluczem i zastanawiam się, jak go umieścić w otworze na bilet, koncentrując na sobie spojrzenia połowy współpasażerów.

3. Ja coś mam z tym kluczem i autobusami. Pewnego dnia stoję na przystanku mocno zamyślona. Autobus podjeżdża, a ja wyciągam z kieszeni klucze, by dostać się do środka. Na szczęście nikt nie zauważył i nie wezwał pogotowia.

4. Planując wyrzucić śmieci w drodze do pracy, dopiero przed drzwiami do firmy orientuję się, że nadal mam w ręce niezbyt estetycznie wyglądający (i woniejący) worek.

5. Innym razem muszę wrócić do domu w połowie drogi, bo jak się okazuje, mam na nogach kapcie.

6. Gotując niedzielny obiad, w ostatniej chwili (!) orientuję się, że miałam do zlewu odlać makaron, a nie rosół.

W poziomie roztrzepania dorównuje mi Emilka, a kto wie - może nawet z wiekiem mnie przerośnie. Raz zdarzyło się jej wyjść ze szkoły (w grudniu) w tenisówkach i bez skarpetek. Na szczęście nie było mrozu. Innym razem (w październiku) zapomniała przebrać się po wuefie i wróciła do domu w krótkich spodenkach. Pogubionych klapek, piórników i worków nie zliczę. Jak widać roztargnienie Emci nie ogranicza się do konkretnej pory roku ;)

Tata Emilki również ma na koncie co najmniej jedną drobną wpadkę. Pewnego dnia czekał na starówce, by odebrać ją z zajęć plastycznych, tymczasem w drugim końcu miasta Emilka czekała, aż ją odbierze z zajęć cyrkowych. Trochę się oboje naczekali, zanim sprawa się wyjaśniła.

Ale co tam, odrobina roztargnienia nie zaszkodzi. Szkód większych nie było, za to jest z czego się pośmiać.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Najsmutniejsze psie oczy na świecie

Wiosna już w powietrzu, uznałam więc, że miło byłoby powtórzyć wycieczkę do schroniska i wyprowadzenie piesków na spacer. Później trochę żałowałam tej decyzji, bo sobotni grafik był mocno napięty, ale skoro obiecałam dziewczynkom, słowo się rzekło. Staś tym razem był nieobecny, bo spędzał ferie u Dziadka.

Okazało się, że piękna pogoda natchnęła sporo osób podobnym pomysłem, więc o 13 w schronisku zebrała się spora kolejka. Pracownica schroniska wyraźnie zmęczona, dwoiła się i troiła wydając zwierzaki. W końcu przyszła pora i na nas. Planowałyśmy poprosić o te same zwierzaki, które wyprowadzaliśmy poprzednio, ale widząc dość krytyczną sytuację, postanowiłyśmy nie komplikować i wziąć dowolne dwa psy. Trafiło na czarnego szczeniaka i brązową, trochę starszą sunię.

Już na wejściu zaskoczyło mnie, że pieski trzeba było siłą wyciągać z klatek. Poprzednim razem zwierzaki gnały w podskokach na dwór, a ta dwójka wyraźnie przerażona opierała się i próbowała wycofać do kojców. Pomyślałam, że winien jest hałas wywoływany przez szczekające zwierzęta i że na dworze pewnie chwycą wiatr w żagle.

Na dwór musiałyśmy wynieść psiaki na rękach. Stojąc na skraju parku próbowałyśmy zachęcić je do zabawy. Głaskaniem i przysmakami nic nie osiągnęłyśmy. Przysmaki zostały zjedzone, ale strach w oczach pozostał. Psy ciągnięte na smyczach zapierały się łapkami, nie chciały ruszyć się ani na krok. W końcu sunia trochę się rozruszała i z umiarkowanym entuzjazmem kroczyła obok nas, ale czarnego szczeniaka trzeba było nieść. Ten młodziutki piesek przez cały czas trząsł się z zimna lub ze strachu. Takiej sytuacji zupełnie się nie spodziewałam. Myślałam, że zamknięte w klatkach zwierzaki tylko marzą o tym, by wydostać się na świeże powietrze. Te dwa najwyraźniej były od niedawna w schronisku i nadal przeżywały swoje traumy.


Tak więc wlokłyśmy się przez park, co chwila bezskutecznie próbując skłonić czarnulka do chodzenia i ciągnąc sunię na smyczy. Po godzinie byłyśmy już zupełnie wykończone tym pochodem. Usiadłyśmy na ławce i dałyśmy psiakom jeść. Gdy sięgnęłam po patyk by wygarnąć karmę z puszki, sunia ukryła się pomiędzy ławką a koszem na śmieci. Najwyraźniej bała się, że chcę ją tym kijem uderzyć. Serce mi się krajało, a Danusi łzy płynęły z oczu.



Wkrótce potem odnieśliśmy pieski do schroniska i po chwili zamieszania wróciły do swoich klatek.

Nie tak planowałam to popołudnie. Byłyśmy zaopatrzone w buty i kurtki do biegania, żeby swobodnie wyszaleć się razem z pieskami. Biegania nie było, tylko smutek i współczucie dla naszych czworonogich towarzyszy.

Martwiłam się, że odtąd moje dziewczynki nie będą chciały uczestniczyć w wyprawach do schroniska, bo to zbyt przygnębiające. Jak się jednak okazało, dzieci potrafią zrozumieć więcej, niż myślałam. Rozumieją, że zwierzęta bywają krzywdzone przez bezmyślnych lub okrutnych ludzi, a schronisko to nie jest idealne miejsce na to, by leczyć starganą psią psychikę. Zwierzaki potrzebują naszej pomocy i trzeba im okazać serce nie tylko wtedy, gdy odwdzięczają się nam lizaniem po nosach i merdaniem ogonem.



Daliśmy tym psiakom tyle ciepła, ile się dało. Może choć trochę pomoże im to na drodze do odzyskania zaufania do ludzi i pełni psiej radości.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Chyba przesadziłam ze szczerością

Ambitna nauczycielka muzyki zadała klasie Stasia bardzo trudny utwór Mozarta do nauki na flecie. Staś katuje go cały niedzielny poranek, aż w końcu czuje się gotowy mi go zaprezentować.

Wsłuchuję się w kakofonię dźwięków, próbując doszukać się jakiejś melodii - nadaremnie, chociaż muzykant bardzo się stara. Trwa to dość długo i boleśnie, ale wszystko ma kiedyś swój koniec.

Zapytana o to, jak mi się podobało, szukam w popłochu przymiotników.

- To jest takie podniosłe, monumentalne wręcz, bardzo natchnione! - wyrzucam z siebie.
- Mamo, przestań. Wyobraź sobie, że coś takiego mogłoby być grane na pogrzebie.
- No coś ty, nieboszczyk by uciekł - wyrywa mi się. - Znaczy nie, przepraszam, przesadziłam. Nieboszczyk by nie uciekł.



niedziela, 1 lutego 2015

Monolog nad kromką chleba z masłem

Staś jest na diecie lekkostrawnej, dzięki której poznał tak zaskakująco smaczne dania, jak choćby ryż z jabłkiem i cynamonem. Dziś ma się już trochę lepiej, więc na kolację dostał tosty z masłem. Wsuwał je, aż mu się uszy trzęsły, a między jedną kromką a drugą wygłosił taki oto monolog:

- Tak sobie jem ten chleb i myślę, jakie to jest przepyszne, i wtedy przypomina mi się Top Chef, jak ten facet próbuje jakiegoś dania i mówi rozczarowany: "Przecież to jest takie zwyczajne!". I myślę sobie, że niemożliwe, żeby jakieś kalmary, przegrzebki lub langusty były smaczniejsze od tego, co teraz jem.

A gdy zaproponowałam mu, żeby posypał sobie chlebek cynamonem, odmówił grzecznie i rzekł:

- Mamo, to jest idealne, tego nie da się poprawić!


Podobne myśli nachodzą mnie zawsze, gdy wsuwam fasolkę szparagową z bułką tartą na maśle. Czy jakiś kawior z bieługi albo foie gras mogą być smaczniejsze?

PS. Wiem, że to się trochę gryzie z poprzednim postem - tym o eksploracjach kulinarnych ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...