Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 maja 2021

Prawdziwa włoska pizza!

Parę lat minęło, co nie? 

Emilka, która ma już lat 14, bierze udział w programie Erasmus. Niestety pandemia uniemożliwiła wyjazdy zagraniczne, a dzieciaki mogą się spotkać jedynie online. W ramach takich spotkań, Włosi zorganizowali warsztaty pieczenia pizzy. Świetny pomysł, prawda? 

Gdy nadszedł dzień spotkania, produkty według listy już czekały. Niestety Emilka wpadła na Zooma trochę spóźniona, bo wcześniej była u lekarza. Natychmiast zgubiła się w tym, co po kolei trzeba było zrobić, by uzyskać idealne ciasto na pizzę. Po pierwsze, drożdże Włochów były suszone, a Emilka miała świeże. Po dramatycznym przeszukaniu szafki, znalazły się suche drożdże, szczęściem nawet nie przeterminowane! W kolejnym punkcie, podczas wlewania wody do mąki, zrobiła się powódź na stolnicy, czemu towarzyszyła powódź łez. Niestety trudno mi było temu zaradzić, gdyż w tym czasie przebywałam kilka kilometrów dalej, przy swoim biurku w pracy.

Pewnie na tym by się skończyła przygoda z włoską pizzą, ale na szczęście z pomocą przybył brat. Zdecydowali wrzucić produkty do malaksera, co z pewnością potępiłaby niejedna włoska mamma, ale co tam, liczy się efekt! Z całą resztą Emilka poradziła sobie znakomicie, czasami konsultując się ze mną na messengerze. Zrobiła sos do pizzy, rozprowadziła ciasto na blaszce, ułożyła składniki - i voilla!

 
Mimo tego, że sos okazał się bardzo pikantny, pizza wyszła znakomicie. Chrupiące ciasto, dużo pieczarek, ciągnąca się mozzarella - czyli to, co Emilka lubi najbardziej!

niedziela, 31 maja 2015

Tak się bawi SP8!

W tym roku już po raz drugi nasza szkoła zorganizowała festyn rodzinny, którego głównym celem było pozyskanie środków finansowych na zakup szafek dla uczniów. Przy tym to znakomita forma integracji dzieci, rodziców i nauczycieli. Walutą obowiązującą na festynie jest cegiełka. Za cegiełki można zakupić ciasta, przekąski, rękodzieło, fanty itp.



Każde z dzieci poprosiło mnie o przygotowanie swojego ulubionego wypieku na festyn. Emilka zażyczyła sobie jabłecznik z migdałami, Danusia - szwedzkie bułeczki cynamonowe, a Staś - owsiane ciasteczka. W efekcie siedziałam w kuchni do północy, a w dzień festynu zwolniłam się z pracy i nadal piekłam, by wszystko było gotowe i świeże.



Gdy dotarliśmy obładowani torbami na festyn okazało się, że większość atrakcyjnych lokalizacji na "straganach" jest już zajęta. Usiałam dość nieśmiało gdzieś w kącie z moimi pychotkami widząc, że prezentują się bardzo niepozornie pośród bogato ozdobionych kremem i posypanych różnokolorowymi ozdobami wypieków na sąsiednich stoiskach. Miałam ochotę się ewakuować, ale oczywiście nie mogłam tego zrobić dzieciom. Obok mnie Staś robił co mógł, by wypromować nasze pyszne i zdrowe owsiane ciasteczka, ale to niewiele pomogło. Zerkaliśmy z zazdrością na stoisko obok, gdzie jakiś chłopiec sprzedaje różnokolorowe galaretki, po które ustawiła się długa kolejka. Świetny pomysł i prawdziwy hit festynu.

Podczas festynu odbywały się różne konkursy. Staś i Emilka wzięli udział w konkursie plastycznym na postać z bajki o Jasiu Wędrowniczku (nie mylić z Johny Walkerem ;)). Praca Stasia przedstawiąjąca bociana zajęła I miejsce. Szkoda, że nie zdążyłam zrobić fotki, bo bocian był świetny! Wszyscy uczestnicy otrzymali nagrody książkowe.

Ja z Emilką również wzięłam udział w jednym konkursie. Zostałyśmy zgłoszone jako reprezentacja jej klasy do konkursu Oriflame na najlepszy makijaż zrobiony matce przez córkę. To była świetna zabawa. Emilkę otoczyły koleżanki z klasy, zazdroszcząc jej fuchy - chyba każda kobietka, nawet mała, ma we krwi smykałkę do tych rzeczy. Mój makijaż był naprawdę efektowny i kolorowy (zauważcie, że musiałam w tym stanie wrócić do domu!). Chociaż nie zostałyśmy wyróżnione, humor mi się znacznie poprawił.



Mimo wszystko trochę naszych wypieków udało nam się sprzedać, głównie dzięki zaangażowaniu Stasia, na łączną kwotę 15 cegiełek. Reszta ciast i ciastek została radośnie skonsumowana przez Ladorusie. A za rok przygotujemy coś bardziej efektownego i kolorowego - coś w guście zbliżonym do mojego makijażu Oriflame ;)


niedziela, 1 lutego 2015

Monolog nad kromką chleba z masłem

Staś jest na diecie lekkostrawnej, dzięki której poznał tak zaskakująco smaczne dania, jak choćby ryż z jabłkiem i cynamonem. Dziś ma się już trochę lepiej, więc na kolację dostał tosty z masłem. Wsuwał je, aż mu się uszy trzęsły, a między jedną kromką a drugą wygłosił taki oto monolog:

- Tak sobie jem ten chleb i myślę, jakie to jest przepyszne, i wtedy przypomina mi się Top Chef, jak ten facet próbuje jakiegoś dania i mówi rozczarowany: "Przecież to jest takie zwyczajne!". I myślę sobie, że niemożliwe, żeby jakieś kalmary, przegrzebki lub langusty były smaczniejsze od tego, co teraz jem.

A gdy zaproponowałam mu, żeby posypał sobie chlebek cynamonem, odmówił grzecznie i rzekł:

- Mamo, to jest idealne, tego nie da się poprawić!


Podobne myśli nachodzą mnie zawsze, gdy wsuwam fasolkę szparagową z bułką tartą na maśle. Czy jakiś kawior z bieługi albo foie gras mogą być smaczniejsze?

PS. Wiem, że to się trochę gryzie z poprzednim postem - tym o eksploracjach kulinarnych ;)

wtorek, 27 stycznia 2015

Wieczór odkryć kulinarnych

Posiłki w domu mamy raczej mało urozmaicone. Króluje menu polskie na zmianę z włoskim, gdyż dzieci uwielbiają wszelkie pasty, pizze i risotta. Kurczaka i owszem, dzieci zaakceptują, a z warzyw co najwyżej brokuły i kalafior. No i zupy zasadniczo w dość szerokiej gamie. To wszystko się cyklicznie powtarza i tak właściwie nikt nie narzeka na monotonię, ale...

W necie jest zatrzęsienie różnych przepisów i nawet nie szukając wpada się na nie mimochodem. Bywa, że już po samych składnikach czuję, że to musi być pyszne i wpisze się idealnie w moje ulubione smaki. No i zazwyczaj po chwili taki przepis ląduje w mrokach niepamięci, a szkoda.

Trzeba było coś z tym zrobić. Wpadłam więc na pomysł, by raz w tygodniu wraz z mężem zająć kuchnię i tam wyprodukować coś mniej lub bardziej ekskluzywnego, wykraczającego poza nasz standardowy jadłospis. Sama idea nie jest może zbyt odkrywcza, ale w zadziwiający sposób nadała naszemu tygodniowi pewien rytm. Już od początku tygodnia kombinujemy, co przyrządzimy w sobotę. Jeśli to mój mąż miałby zawsze decydować, jedlibyśmy tylko i wyłącznie ryby. Ja zaś skłaniam się ku tartom, które uwielbiam. Wprowadziliśmy też pewną zasadę: każde z dzieci musi zjeść przynajmniej kęs tej potrawy, aby dzięki temu otwierać się na nowe smaki. Danusia jest najbardziej otwarta na smakowe doznania i pałaszuje na równi z nami. Z pozostałą dwójką bywa różnie, ale zdarza się, że są zaskoczeni, że coś, czego normalnie by nie tknęli, jest tak pyszne.

Najlepsze jak dotąd trafienia to: według mnie - tajska zupa curry z ciecierzycą, zaś Jarek najbardziej chwalił dorsza zapiekanego pod pierzynką z kurek. Zresztą co by tu nie gadać, wszystkie dania były przez nas zjedzone ze smakiem.

To nie jest żadne wyzwanie w stylu "52 nowe potrawy w 2015", nie nie! To tylko nasz nowy zwyczaj, integrujący rodzinę i poszerzający horyzonty. Niektóre dania weszły już na stałe do naszego menu, a nasze codzienne dania są przyrządzane przeze mnie z większą niż dotąd swadą i rozmachem, lepiej doprawione i smaczniejsze.

Są jednak dwa minusy. Po pierwsze - bywa, że składniki są dość kosztowne i cztery takie kolacje w miesiącu mogą zrobić wyrwę w domowym budżecie. Ale moim zdaniem warto czasem wydać parę groszy więcej, by celebrować bycie razem - w restauracji i tak byłoby o niebo drożej. Poza tym nie zawsze trzeba decydować się na krewetki czy jakieś kalmary. A drugi oczywisty minus to dodatkowe centymetry w pasie... Wiosna się zbliża i trzeba będzie wybierać dania bardziej "fit" ;)

Emilka pyta:

- Mamo, a co dziś z tatą gotujecie?
- Dziś będzie cannelloni ze szpinakiem.
- A co to takiego cannelloni?
- To takie nadziewane rurki z makaronu.
- A na co nadziewane?

Makaron nadziewany... na paluszki :)

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Na własny użytek

Każda rodzina ma swoje własne, tylko sobie właściwe nazwy i określenia, powstałe w czasie wspólnego,codziennego życia. Tak się dziwnie składa, że twórcami większości z nich są dzieci, które przekręcają przypadkowo lub dopasowują celowo słowa do znaczeń. U nas jest nie inaczej i o tym będzie ten post. Większość określeń dotyczy sfery kuchennej, ale zdarzają się też inne. A więc - zaczynamy wyliczankę!

Kukem-bukem - tak w chwilach dobrego nastroju nazywam cukier puder. Tak ta nazwa brzmiała w ustach dwuletniego Stasia i tak już zostało.

Tosty afrykańskie - to po prostu tosty francuskie, ale Danusi wciąż myliło się ich pochodzenie.

Typowe afrykańskie tosty


Płaskie mięso (czyli schabowe) i mięsko z kością (czyli pałka kurczęcia) to obrazowe określenia Emilki, które funkcjonują do dziś.

Zupka pitomolowa, czyli popularna pomidorówka, to ulubiona zupa Emilki, jeszcze z czasów, gdy nie umiała poprawnie wymówić jej nazwy. Zresztą do tej pory muszę jej dodawać przecieru do rosołu, bo inaczej nie zje.

Makagigi i chleb z mydłem - tak moja Mama odpowiadała na pytanie, co dziś na obiad. Ja też się czasem denerwuję, gdy ktoś chce zepsuć moją niespodziankę kulinarną i powtarzam wtedy te słowa.

Miła kolacja - wydarza się wówczas, gdy do kolacji zasiada cała rodzina, co zdarza się średnio raz w tygodniu. Obowiązkową potrawą wtedy są grzanki z piekarnika.

Plackośniki - potrawa zaimprowizowana w trakcie przygotowywania placuszków gdy okazało się, że w domu nie ma ani proszku do pieczenia, ani sody, ani drożdży... Powstała wówczas odmiana naleśników ze słodkiego ciasta, zawierająca starte jabłko. Weszła do kanonu.

Czyrakobulwy - już kiedyś o nich pisałam. Są to często przez nas pieczone cynamonowe szwedzkie bułeczki, które dzieciom skojarzyły się z Harrym Potterem (wszystko im się z nim kojarzy).

Paślaczek - to określenie zrobiło u nas ogromną karierę i oznacza zwierzę, osobę lub czasem nawet rzecz o obfitych, pulchnych kształtach. Zostało wynalezione przez Emilkę podczas oglądania "Tajemniczego ogrodu" - wypatrzyła tam mocno wełnistą owieczkę, do której słowo "paślaczek" pasowało idealnie, szczególnie, że pasła się właśnie. Jest to określenie sympatyczne i bynajmniej nie obraźliwe - nie obrażam się, gdy Emi nazywa mnie paślaczkiem. Przeciwieństwem jest przycisłek, oznaczający chude, smukłe stworzenie. Typowymi przykładami paślaczka i przycisłka są Muminek i Ryjek.

Tyle udało mi się przypomnieć. A Wy macie swoje własne rodzinne twory językowe? Podzielcie się :)

Swoją drogą, bardzo lubię ten etap w życiu dziecka, gdy jeszcze przekręcają słowa i wcale nie lubię, gdy z tego wyrastają. Na przykład Staś mówił "niezieśki", Danusia mówiła "Ciachoś" na Stasia, a Emilka jeszcze nawet teraz, w chwilach większego zaaferowania mówi "SPJECJALNIE". Nie poprawiam jej, wszak już niedługo to samo przeminie...


wtorek, 25 marca 2014

Czyrakobulwa na drugie śniadanie

Neville z czyrakobulwą w tle


Ponieważ zapewne nie wszyscy są takimi wielbicielami Harrego Pottera, jak nasza rodzinka, tytułem wprowadzenia definicja, co to takiego czyrakobulwa.

Otóż jest to fantastyczna roślina uprawiana w cieplarniach Hogwartu. Nie bardzo przypomina roślinę, raczej wielkie czarne ślimaki wyłażące pionowo z ziemi. Każda wije się lekko i jest pokryta dużymi, błyszczącymi bąblami pełnymi żółtawego płynu. Pachnąca naftą i przypominająca ropę, po rozcieńczeniu leczy trądzik oraz parzy.

Apetyczne, no nie?

A z drugiej strony - bulle szwedzkie, czyli drożdżowe zwijane babeczki, nadziewane różnościami i bardzo smaczne. Niedawno przypomniałam sobie o ich istnieniu i z pomocą Danusi upiekłam trzy serie o różnych smakach, zyskując gwałtowną aprobatę całej rodziny (i okruszki po bullach).

Bulla to raczej trudna nazwa dla siedmiolatki. Dziwić się więc nie należy, że Emilka pomyliła te dwa specjały i zażądała, bym znowu upiekła te "bulwy". Rodzinka podchwyciła ochoczo i od tej pory moje pyszne bulle zyskały nowe miano.

Wyobrażam sobie reakcję innych dzieci w szkole, gdy nasze pochwalą się, że mama upiekła im na drugie śniadanie czyrakobulwy... A może będą zazdrościć, kto wie!

sobota, 11 stycznia 2014

Ale chała.






Skandal!

Upiekłam chałkę z podwójnej porcji ciasta, żeby wystarczyło na śniadanie (razem 8 takich chałek, jak ta na zdjęciu), lecz nie zostały nawet okruchy. I jeszcze słyszałam marudzenie, że za mało. Czyli ile mam ich zrobić, żeby wszystkie pasibrzuchy się najadły? Ja ledwo zdążyłam cokolwiek skubnąć!

(Po przepis możecie zajrzeć do Margarytki. Polecam - pracy przy tym raczej niedużo, tylko czasu trochę potrzeba na to całe wyrastanie. A gwarantuję, że Wasi bliscy będą uszczęśliwieni.)

Tak na marginesie, u nas odbywa się właśnie pierwsze "nocowanie" koleżanki dziewczynek (tej, u której Danusia miała ostatnio nocować, ale przed zaśnięciem zmieniła zdanie). Do tej pory (a jest już po 23) z ich pokoju nadal dochodzą szepty i chichoty. Ale cóż, takie są reguły dziewczyńskiego nocowania.

Czy muszę pisać, że nie obyło się bez malowania paznokci? ;)


czwartek, 28 listopada 2013

Wyżebrana bułeczka


Taka sytuacja.

Odebrałam dziś Emilkę po 16 ze świetlicy. O tej porze jest przeważnie zmęczona i marudna, co nauczyłam się ignorować. Po drodze trzeba jeszcze zrobić zakupy. No i w Biedronce jak zwykle lament pod tytułem: "Mamaaaaa kup mi bułeczkę!". Bułeczka oznacza drożdżówkę z dżemem i kruszonką. Nie chcę kupować jej co dzień drożdżówki, zwłaszcza, że idziemy prosto do domu na obiad. Tłumaczę jej, że bułeczkę kupię jej jutro, bo w piątki jeździmy prosto na zajęcia plastyczne i po drodze może sobie przekąsić drożdżówkę. A ona wciąż bułeczka i bułeczka, cała we łzach.

Wychodzimy ze sklepu, policzki Emilki mokre od łez, ale sytuacja generalnie opanowana. A tu nagle podchodzi do nas starsza pani ze słowami: "Proszę, masz dziecko bułeczkę!" i wręcza Emilce zwykłą kajzerkę. Emilka grzecznie, choć przez łzy dziękuje i odmawia, nauczona by nie brać niczego od obcych (chociaż gdyby pani próbowała wręczyć jej drożdżówkę, nie byłoby tak łatwo odmówić). Grzecznie dziękuję pani i tłumaczę, że Emilka odmawia, bo nie chodzi jej o bułkę, tylko o drożdżówkę. Wówczas kobieta próbuje mi wręczyć 2 złote, żebym mogła ją kupić dziecku. Sytuacja robi się już mocno niezręczna - wyjaśniam, że nie w pieniądzach rzecz, tylko w niepotrzebnym zapychaniu się słodyczami, czego pani zupełnie nie może pojąć- wszak w jej opinii drożdżówki to samo zdrowie. W końcu wsuwa Emilce do kieszonki batonik i ewakuuje się. A ja zostaję przepełniona mieszanymi uczuciami.

Bo to dość miło, że pani się zainteresowała i chciała pomóc. Ale w jakim to świetle mnie stawia? Wyrodna matka, która pozwala dziecku się mazać, zamiast zapchać je drożdżówką? Kwestionowanie moich zwyczajów żywieniowych w obecności Emilki było mocno niestosowne. A pomijając wszystko, te dwa złote jałmużny, które chciała mi wręczyć, to już był szczyt.

Ale jako że kobieta sprawiała naprawdę miłe i sympatyczne wrażenie, pozostaje mi tylko uśmiechnąć się i przejść nad tą historią do porządku dziennego. A moje niegłupie dziecko chyba zrozumie, że publiczne mazanie się może odnieść nieoczekiwane skutki. Naiwnie wierzę, że nie będzie chciała dopuścić do kolejnej takiej sytuacji. Zobaczymy!

piątek, 20 września 2013

Ambiwalentne odczucia

Dziś bardzo obrazowo wytłumaczyłam Stasiowi, co to takiego "ambiwalentne odczucia".

Zacznijmy od tego, że dziś w szkole Staś zarobił "umowną szóstkę". Umowną, gdyż chodziło o zajęcia pozalekcyjne, ale pani, która je prowadzi stwierdziła, że Staś bardzo na nią zasłużył. Nie wiem, czy lazania też powinna być w związku z tym "umowna", zresztą jaka by ona miała być, papierowa? Wobec czego upiekłam kolejną lazanię, rodzinka póki co się nią nie nudzi, a ja zmierzam ku doskonałości w tej materii.

W czasie przygotowania lazanii, gdy Staś już pomógł mi jak umiał, pozwoliłam mu trochę pograć na kompie. Po kilku chwilach podeszłam do niego oświadczając, że lazania już za 10 minutek. I wtedy na jego twarzy można było dostrzec walkę sprzecznych ze sobą uczuć. Z jednej strony radość, że już niedługo będzie jego najulubieńsza potrawa, a z drugiej żal, że już tylko 10 minut gry.

- I to właśnie są ambiwalentne odczucia, synku - wyjaśniłam.


sobota, 4 maja 2013

Najpiękniejszy zapach na świecie

Ja też mam nowe hobby, a co!

Nie jest tak spektakularne, jak mężowe, medali za to nie dają, ale sprawia mi dużo satysfakcji, a chyba o to chodzi w hobbach, no nie?

Jakiś czas temu moja koleżanka Gosia podarowała mi samodzielnie upieczony chleb. Ten gest zrobił na mnie duże wrażenie, bo czy istnieje wspanialszy dar? Małgosia piecze chleb co tydzień i obiecała mi pewnego dnia przynieść zakwas, bo to podobno proste i efektowne. Nie bardzo chciało mi się wierzyć, jakoby własnoręczne produkowanie chleba było takie proste, ale postanowiłam spróbować.

A gdy Gosia przyniosła mi zakwas i do tego porcję mąki orkiszowej, nie mogłam się dłużej ociągać.

Produkowanie chleba polega na tym, mówiąc w skrócie, by do zakwasu dodać mąkę, wodę, sól. Powstałe ciasto należy z uczuciem zagnieść, dodać wedle uznania różne ziarna, otręby i takie tam, a potem przełożyć do foremek i poczekać, aż urośnie i upiec. Naprawdę, żadna filozofia!


Zapach piekącego się chleba jest wprost obłędny. Pierwszą pajdę odkrawam parząc sobie palce, ale naprawdę trudno mu się oprzeć.

Może kiedyś, w czasach, gdy o chlebie w bochenkach pamiętać będą tylko najstarsi górale, moje dzieci będą wspominać: "Pamiętam, jak moja mama piekła chleb, wiecie jak w domu wtedy pachniało?". Teraz jest ten czas, gdy tworzymy wspomnienia naszych dzieci. Chciałabym się moim dzieciom kojarzyć kiedyś z tym zapachem.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Szczęście i pomyślność rodziny

Pewnego dnia, a było to jeszcze przed Wielkanocą, koleżanka dopadła mnie, ledwo weszłam do pracy, wciskając mi w rękę kawałek ciemnego ciasta. "Tylko pomyśl życzenie, zanim zjesz!" - powiedziała. "To chlebek z Watykanu, spełnia życzenia, milion w totka czy cokolwiek tylko zechcesz". Niewiele z tego rozumiejąc, wzięłam ten chlebek i zjadłam, chociaż żadne życzenie nie przyszło mi do głowy (milion w totka, też coś!).

Po chwili wszystko się wyjaśniło. Chlebek nie przyjechał wcale z Watykanu - koleżanka upiekła go na specjalnym, wędrującym zakwasie, który podobno ktoś w zamierzchłych czasach z Watykanu przywiózł, co zapewne jest jedynie chwytem marketingowym, chociaż kto wie... Zgodnie z zasadami, chleb ten można upiec tylko raz i przynosi szczęście i pomyślność całej rodzinie. Wzięłam od koleżanki zakwas i instrukcję obsługi i przystąpiłam do dzieła.

Wygląda to tak: w poniedziałek dostajesz zakwas, w kolejne dni tygodnia dodajesz do niego kolejny sekretny składnik ("dokarmiasz" go), mieszasz albo nie mieszasz, wszystko ściśle zgodnie z otrzymaną recepturą. W sobotę zakwas jest gotowy, wówczas dzielisz go na 4 części, 3 z nich rozdajesz "dobrym ludziom", a na czwartym pieczesz ów chlebek. Roboty przy tym nie ma wiele.

Otrzymany zakwas znajdował się w słoiku z wzdętym denkiem. Danusia chciała go przełożyć do miski, ale wolałam sama się tym zająć, żeby nie wystrzelił z tego słoika. Ale pomimo mojej ostrożności zawartość wybuchła, ochlapując świeżo wypraną firankę. Na szczęście obyło się bez dalszych strat, a ilość ocalona w słoiku wystarczyła, by przygotować ciasto.

Dzieciom idea rytuału tygodniowego pieczenia niezwykle przypadła do gustu. Co dzień przypominały o kolejnym etapie przygotowania zakwasu. Z ciekawością zaglądały pod serwetkę, co się tam dzieje. W Wielką Sobotę przyszedł czas pieczenia. Ciasto pięknie pachniało podczas pieczenia i wyrosło ze ślicznym pęknięciem przez środek. Ciasto zabraliśmy ze sobą do rodziny na Święta i wszystkim smakowało.

A co do przesądów... Uważam, że szczęścia i pomyślności naszej rodzinie nie brakuje i nie wiem, co jeszcze dzięki chlebkowi mielibyśmy zyskać. Natomiast tak się dziwnie złożyło, że w dniu pieczenia chlebka skradziono mi portfel, a dzień później straciłam również telefon, czego bynajmniej nie przypisuję magicznym właściwościom watykańskiego zakwasu, a własnej niedbałości.

Wbrew zakazowi w "instrukcji obsługi", ulegając prośbom dzieci, gdy trafiła się okazja, wzięłam od drugiej koleżanki zakwas i wczoraj wieczorem znowu upiekłam ten magiczny chlebek. Dziś rano, gdy śpioch - Danusia obudziła się i zobaczyła, że już połowa ciasta zniknęła, wybuchła łzami i odkroiła sobie kilka kawałków "na później", żeby mieć pewność, że zdąży w ogóle posmakować. Tak więc mogę szczerze polecić ów ciasto-chlebek, bo bardzo jest smaczny, integruje rodzinę i przyjaciół.


Zdjęcie powyżej jest zapożyczone od "bistro mamy", bo po chlebku nie zostały już nawet okruchy... Nasz wyglądał bardzo podobnie.

Ma ktoś ochotę? Mam 3 zakwasy do rozdania :)

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Duży Głód

Miałam napisać, jak to dzień przed Wielkanocą ukradziono mi portfel, jak dwa dni później zgubiłam telefon, jak dwie godziny spędziłam na komisariacie... ale daruję sobie i Wam. Było, minęło, wywietrzało już. Poza tym wiosna przyszła, więc głowa do góry i walczymy dalej :)

Wczoraj na wiosennym spacerze, gdy przechodziliśmy koło pizzerii:

- Mamo, idziemy na pizzę? Głodna jestem - stwierdza Emilka.
- Jak to, dopiero co zjadłaś dwa dania na obiad i już jesteś głodna? - dziwię się.
- Ale ja dziś nie jadłam Dania na obiad!

Fakt!



Na temat tego samego obiadu wypowiada się Staś.

- Mamo, wszystko było pyszne! Zjadłbym więcej, ale nie chciało mi się już jeść, ani w ogóle siedzieć przy stole. Poza tym nie mogłem się zdecydować, co jeszcze sobie dołożyć, więc nie dołożyłem sobie już nic.


Do Stasia, który to pewnie zaraz przeczyta:

Pamiętaj, jedno wytłumaczenie na raz wystarczy. Im więcej usprawiedliwiania się, tym mniej jest się wiarygodnym. Im wcześniej sobie to przyswoisz, tym lepiej ;)


środa, 6 lutego 2013

Tłusta środa

Po męczącym dniu w pracy jeszcze wizyta u kosmetyczki i zakupy, a potem nareszcie można w domu odpocząć.

Czyżby?

Emilka dopadła mnie jeszcze w wejściu wołając, że jutro zamiast śniadania ma do szkoły przynieść pączka.

- Nie ma sprawy, Emilko, upieczemy dziś takie małe pączusie, mogą być?
- EEEEEeeeeee... - zareagowało moje dziecko z umiarkowanym entuzjazmem.
- Będą przepyszne, zobaczysz, kupiłam już serek waniliowy.
- Nieee, ja chcę normalnego pączka.

Jakoś nie czułam się na siłach, by smażyć normalnej wielkości (czyli duże) pączki, ani tym bardziej - o zgrozo! - jeść je (oczywiście tylko dlatego, żeby się nie zmarnowały). Na wyprawę z powrotem do sklepu też brakło mi sił. Na szczęście Emcia przypomniała sobie:

- Pani mówiła, że mogą być też takie paczuchy.
- Co takiego?
- No nie pamiętam tego słowa... Jakieś fruściki, czy coś.
- Aaaa, faworki?
- Tak, faworki!

Sprawdziłam, czy mam potrzebne składniki - i do roboty.

Zagniotłam ciasto, po czym zabrałam się za walenie w nie wałkiem, przy okazji odreagowując nagromadzone gdzieś tam stresy. No i za którymś łupnięciem jedna z rączek wałka się oderwała, a wałek poszybował w powietrze. Szczęściem obyło się bez ofiar w ludziach. Nie poddawałam się jednakowoż i tłukłam dalej, wskutek czego rączka pękła w poprzek, o tak:


Za to wszelkie stresy odeszły w niebyt.

Trochę musiałam się nagimnastykować przy wałkowaniu. Wałek pożyczony od sąsiadki okazał się też mieć jedną rączkę, jakaś plaga. Ale daliśmy radę, a dzieci miały mnóstwo frajdy przy skręcaniu faworków.


Wg przepisu miały wyjść dwa spore talerze faworków, ale trudno mi to ocenić, bo nigdy nie przekroczyliśmy pojemności jednego talerza. Udało się uchować trochę chruścików dla Emilki na jutro do szkoły, a reszta wymieciona co do okruszyny.

A wałek posłuży jako wieloczynnościowy rekwizyt na jutrzejszym balu karnawałowym Danusi.


Życzę Wam wszystkiego najsłodszego w jutrzejszym tłustoczwartkowym dniu :)

wtorek, 1 listopada 2011

Przez żołądek do serca

Cała nasza piątka, a szczególnie ta młodsza trójka, uwielbia wszelkiego rodzaju tosty, zapiekanki, grzanki, czyli wszelkie kombinacje chleba i sera. No może źle powiedziane, że wszelkie, bo każdy ma swoje preferencje. Na przykład Emilka lubi tosty zgrzewane z parówkami i pieczarkami, Staś z szynką, a Danusia wcale. Danusia lubi natomiast grzanki z mikrofalówki z samym serem. Wszyscy przepadają za grzankami z piekarnika, ale też każdy z dodatkami, które lubi. Natomiast każdy bez wyjątku uwielbia przyprawę do tostów i zapiekanek, posypując co się da grubą warstwą ;)
Sztuka bycia mamą polega również na tym, by pamiętać o wszystkich tych niuansach i nie mylić co powinno trafić do kogo. Na szczęście dzieci doceniają te starania, czego przykład poniżej.

Zazwyczaj wygląda to tak, że jedząc kolację, Emilka dziwi się:

- Mamusiu, skąd wiesz, że chciałam tosta z pieczarkami?
- Czytam w twoich myślach, kochanie :)

Pewnego wieczoru spieszyłam się i zrobiłam Stasiowi i Emilce jednakowe tosty, licząc na jednorazową akceptację ze strony Emilki (Staś nie dotknąłby nawet tosta a'la Emcia). Rozżalona zwróciła mi uwagę:

- Mamo, tym razem nie czytałaś w moich myślach. Nie chciałam z szyneczką, tylko z parówkami. I nie ma pieczarek.
- Emilko posmakuj chociaż, jest bardzo smaczny, posmaruj sobie majonezem i zobaczysz, jakie to dobre.

Po chwili...

- Miałaś rację, mamusiu, jest pyszne. A wiesz przez co?
- Przez majonez?
- Nie, przez miłość...

A jednak warto się starać :)

poniedziałek, 9 listopada 2009

Takie sobie pitu pitu


Z cyklu KULINARIA...


- Mamo, a będzie dziś na obiad zupka?
- A jaką zupkę byś chciała Emciu?
- Pitomolowom....


I wszystko jasne - wszak to ulubiona zupa wszystkich Polaków :P


sobota, 29 sierpnia 2009

niedziela, 19 lipca 2009

Wybawienie

Kupiłam ostatnio w promocji opiekacz do kanapek. To się chyba nazywa sandwiczer czy jakoś tak. Mieliśmy już kiedyś takie urządzenie i cieszyło się sporym powodzeniem, ale się zepsuło. Od tej pory minęło dość dużo czasu, gdyż jakoś zawsze były pilniejsze wydatki.

Gdy dzieci dostały na kolację świeżo sprasowane kanapki, Staś bardzo się uradował:

- O, mamo, naprawiłaś toster! - (Niech będzie toster, w sumie jaka to różnica, grunt że wiadomo o co chodzi).
- Nie naprawiłam, tylko kupiłam nowy - sprostowałam.
- Nareszcie wybawiłaś nas od beztostowego życia! Dziękuję ci mamusiu, dziękuję!

Nie wiedziałam, że nasze życie bez tostów było takie marne.
Swoją drogą, jak niewiele trzeba by uszczęśliwić siedmiolatka ;)


stare komentarze

niedziela, 1 lutego 2009

Chatka sześciolatka

Proszę, oto przepis (wystarcza na 4 domki):

Składniki:

- 40 herbatników
- 1/4 kg zmielonego białego sera
- 1/2 szklanki cukru pudru
- 1/4 kostki masła
- 1 łyżka kakao
- polewa czekoladowa
- wiórki kokosowe lub posypka do dekoracji

Utrzeć ser, cukier, masło i kakao. Herbatniki smarować masą i składać po dwa w "kanapki", a następnie budować z nich domki, takie jak na zdjęciach. Polać polewą, ozdobić wedle uznania.

Jak ktoś z Was zrobi, proszę o linka do zdjęć z dowodem rzeczowym :)
stare komentarze

środa, 28 stycznia 2009

Palce lizać

Staś przyniósł z przedszkola przepis na "chatkę sześciolatka".
Pycha... a jaka świetna przy tym zabawa :)

   

 

  

stare komentarze

czwartek, 17 sierpnia 2006

Kto u nas gotuje?

Mama ma coraz większy brzuszek, a poza tym złapało ją przeziębienie. Chyba się ucieszy, gdy jej trochę pomogę...


A więc najpierw bierzemy kawałek mięsa i kładziemy na desce, po czym mocno uderzamy tłuczkiem.

 


Podobnie postępujemy z kolejnymi kawałkami.

 


No, jest tego sporo. Tatuś lubi schabowe ;)

 


Zwróćcie uwagę na wysunięty języczek. Tak się lepiej pracuje.

 


Potem już tylko pieprz...

 


...i z drugiej strony...

 


...no i koniecznie sól...

 


Po wszystkim dokładnie myjemy ręce. Mydłem!

 


Ząbki? A co tam, nie zaszkodzi.

 

Powyższą dokumentację fotograficzną wykonałam na wszelki wypadek, gdyby mój mąż stwierdził, że schabowe są jakoś "dziwnie doprawione" ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...