Mówią na nas Ladorusie. Jak się pewnie domyślacie, pochodzi to od naszego nazwiska. Ladorusie mieszkają w Toruniu, najpiękniej pachnącym mieście w Polsce.
Strony
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tata. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 8 kwietnia 2014
Problemy z rozpoznaniem własnego tatusia
Rowerzysta w czerwono-szarym wdzianku, w okularach rowerowych i kasku zmierzał w naszą stronę. Na jego widok Emilka poderwała się do biegu z krzykiem "Tataaaa!!!", nie po raz pierwszy płosząc w ten sposób całkiem obcego faceta.
Szczerze mówiąc nawet ja dałam się kiedyś nabrać, gdy któreś z dzieci na widok rowerzysty w kasku zawołało - "Tata jedzie!". Pomachałam energicznie, na co ów pan tylko mocniej przycisnął pedały.
No cóż, moda wśród rowerzystów jest taka, jaka jest i naprawdę łatwo się naciąć. Przypomina mi to bajkę, w której młodzieniec miał rozpoznać pannę przykrytą welonem spośród kilku identycznych.
Jemu przynajmniej pomogły pszczoły...
piątek, 3 maja 2013
Tata biega
wtorek, 20 stycznia 2009
Ile lat ma tata?
Epizod 1.
Danusia:
- Mamo, kocham cię tak bardzo, bardzo mocno, tak mocno.... tyle ile lat ma tata!
Epizod 2.
Ja:
- Stasiu dam ci tyle ciasteczek, ile masz lat.
Staś:
- Dobrze, że tata nie chciał ciasteczek, bo musiałabyś mu dać więcej niż 100!
Mój mąż jest przyzwyczajony do tego, że ludzie dają mu więcej lat niż ma w rzeczywistości. No ale Staś odrobinę przesadził :D
Danusia:
- Mamo, kocham cię tak bardzo, bardzo mocno, tak mocno.... tyle ile lat ma tata!
Epizod 2.
Ja:
- Stasiu dam ci tyle ciasteczek, ile masz lat.
Staś:
- Dobrze, że tata nie chciał ciasteczek, bo musiałabyś mu dać więcej niż 100!
Mój mąż jest przyzwyczajony do tego, że ludzie dają mu więcej lat niż ma w rzeczywistości. No ale Staś odrobinę przesadził :D
| stare komentarze |
środa, 10 grudnia 2008
Zmiana władzy
Tata, wychodząc do pracy, udziela ostatnich pouczeń dzieciom, zostającym w domu z nianią:
- Dzieci bądźcie grzeczne, słuchajcie cioci Małgosi. Pamiętajcie żeby...
- Cicho tata - przerywa mu Emi. - Pa pa - mówi, czyniąc wymowny ruch rączką.
- Pa pa tato! - dołączają się Staś z Danusią.
I jak w takiej sytuacji zachować twarz i nie parsknąć śmiechem? Ja bym nie wytrzymała :)
- Dzieci bądźcie grzeczne, słuchajcie cioci Małgosi. Pamiętajcie żeby...
- Cicho tata - przerywa mu Emi. - Pa pa - mówi, czyniąc wymowny ruch rączką.
- Pa pa tato! - dołączają się Staś z Danusią.
I jak w takiej sytuacji zachować twarz i nie parsknąć śmiechem? Ja bym nie wytrzymała :)
| stare komentarze |
sobota, 3 listopada 2007
Przerywnik humorystyczny
Rozmowa mojego męża z jego chrześniakiem Igorkiem:
- Wujku a znasz taką grę .....? - i tu padła nazwa, której niestety nie zapamiętałam.
- Tak, to jakaś nowa strzelanka, ale nie grałem w to - odparł mój mąż.
- I raczej nie pograsz - parsknął Igor - bo ta gra ma masakryczne wymagania.
Mój mąż westchnął nostalgicznie:
- To zupełnie jak moja żona...
(Co poniekąd nie ma nic wspólnego z prawdą)
- Wujku a znasz taką grę .....? - i tu padła nazwa, której niestety nie zapamiętałam.
- Tak, to jakaś nowa strzelanka, ale nie grałem w to - odparł mój mąż.
- I raczej nie pograsz - parsknął Igor - bo ta gra ma masakryczne wymagania.
Mój mąż westchnął nostalgicznie:
- To zupełnie jak moja żona...
(Co poniekąd nie ma nic wspólnego z prawdą)
| stare komentarze |
poniedziałek, 8 maja 2006
Mlecznie
Podczas majowego spaceru, pomagam Stasiowi zrobić bukiet z mleczy. Przy okazji mu tłumaczę:
- Stasiu, te kwiatki nazywają się mlecze, a gdy przekwitną, zrobią się z nich dmuchawce.
Mój mąż patrzy na mnie z dezaprobatą.
- Nie rób dziecku wody z mózgu!
- Ale o co chodzi? - pytam zdziwiona.
- Przecież mlecze i dmuchawce to dwa różne gatunki roślin!
Popatrzyłam badawczo na Jarka, czy nie robi sobie ze mnie żartów. Niestety mówił serio. Dość dziwna jest jego nieznajomość tematu, zwłaszcza, że wychował się prawie na wsi.
Widać rodzice nie pozwolili mu chować królików...
- Stasiu, te kwiatki nazywają się mlecze, a gdy przekwitną, zrobią się z nich dmuchawce.
Mój mąż patrzy na mnie z dezaprobatą.
- Nie rób dziecku wody z mózgu!
- Ale o co chodzi? - pytam zdziwiona.
- Przecież mlecze i dmuchawce to dwa różne gatunki roślin!
Popatrzyłam badawczo na Jarka, czy nie robi sobie ze mnie żartów. Niestety mówił serio. Dość dziwna jest jego nieznajomość tematu, zwłaszcza, że wychował się prawie na wsi.
Widać rodzice nie pozwolili mu chować królików...
czwartek, 6 kwietnia 2006
Powiedz mi, jak mnie kochasz?
- Stasiu, kochasz mnie?
- Kocham cię mamusiu tak mocno mocnomocno mooooocno mocnomocnomocno MOCNO!!! Tak mocno, jak tatuś kocha mnie!
Skoro aż tak mocno, to mogę być spokojna o uczucia mojego synka.
- Kocham cię mamusiu tak mocno mocnomocno mooooocno mocnomocnomocno MOCNO!!! Tak mocno, jak tatuś kocha mnie!
Skoro aż tak mocno, to mogę być spokojna o uczucia mojego synka.
poniedziałek, 27 lutego 2006
Z niewielkim poślizgiem...
Parę dni temu, czytając post z dnia urodzin Stasia, mój mąż powiedział:
- Ciekawe, o czym napiszesz w dniu moich urodzin. I jaki masz dla mnie prezent.
No to miałam zagwozdkę. Opisałam już jak się poznaliśmy i jak wzięliśmy ślub. Więc napiszę tylko:

***
- Ciekawe, o czym napiszesz w dniu moich urodzin. I jaki masz dla mnie prezent.
No to miałam zagwozdkę. Opisałam już jak się poznaliśmy i jak wzięliśmy ślub. Więc napiszę tylko:
Kochanie,
zanim Cię poznałam, moje życie było ciemną doliną. Dzień naszego ślubu
był jednym z najpiękniejszych dni w moim życiu.
Życzę Ci, żebyś był z nami szczęśliwy.
Życzę Ci, żebyś był z nami szczęśliwy.
***
Stała
się rzecz straszna i niewybaczalna: przegapiłam urodziny mojego męża.
Jakiś chochlik kazał mi myśleć, że 25 lutego będzie w poniedziałek.
Jarek był trochę zdziwiony, gdy dziś rano złożyłam mu życzenia, dwa dni po czasie. I nie obraził się wcale, za co mu chwała. Ze mną nie poszłoby tak łatwo...
Na szczęście prezent dostał już w piątek, bo nie mogłam się doczekać jego widoku w nowej koszuli. Myślałam, że muszę czekać do poniedziałku, stąd moja niecierpliwość.
Wyobraźcie sobie, że dziś o świcie zagnałam Stasia do malowania laurki dla taty! Nie popisałam się tym razem... Więc chociaż ten post niech będzie dla niego.
Jarek był trochę zdziwiony, gdy dziś rano złożyłam mu życzenia, dwa dni po czasie. I nie obraził się wcale, za co mu chwała. Ze mną nie poszłoby tak łatwo...
Na szczęście prezent dostał już w piątek, bo nie mogłam się doczekać jego widoku w nowej koszuli. Myślałam, że muszę czekać do poniedziałku, stąd moja niecierpliwość.
Wyobraźcie sobie, że dziś o świcie zagnałam Stasia do malowania laurki dla taty! Nie popisałam się tym razem... Więc chociaż ten post niech będzie dla niego.
poniedziałek, 20 lutego 2006
Fryzjer na sumieniu
Sobota. Tata i Staś wychodzą do pobliskiego
saloniku fryzjerskiego, niewielkiego i trochę obskórnego, aby przystrzyc
włosy na standardowe 3 milimetry. Po krótkim czasie wracają w
niezmienionych fryzurach.
- Wyobraź sobie, że zlikwidowali interes! Bez ostrzeżenia, wzięli i zamknęli. Nawet nie zdążyłem im oddać za poprzednie strzyżenie.
- No to już wiesz, czemu zamknęli. Zbankrutowali przez ciebie...
- Wyobraź sobie, że zlikwidowali interes! Bez ostrzeżenia, wzięli i zamknęli. Nawet nie zdążyłem im oddać za poprzednie strzyżenie.
- No to już wiesz, czemu zamknęli. Zbankrutowali przez ciebie...
wtorek, 17 stycznia 2006
Ojciec Matejki
Staś uwielbia rysować. Kawałek kartki, coś do
pisania i mój synek znika na długie godziny, po czym z dumą prezentuje
swoje nowe dzieło. Panie przedszkolanki bardzo go chwalą. Również
dlatego, że jako jedyny w grupie, Staś potrafi podpisać rysunek swoim
imieniem. Wczoraj usłyszałam, że może za czas jakiś zrobią Stasiowi w
przedszkolu wystawę!
Opowiadam o tym wszystkim mężowi, na co on mówi, patrząc na mnie porozumiewawczo:
- Ale nie oszukujmy się, Staś nie ma talentu plastycznego.
- Jak to nie ma? Wszyscy mówią, że jak na swój wiek, wyjątkowo ładnie rysuje! - odpowiadam lekko skonsternowana.
- To chciałabyś mieć syna artystę?
Aha, to o to chodzi... Rzeczywiście, artysta to wyjątkowo mało męski zawód...
I wyobraziłam sobie Matejkę seniora, z troską patrzącego na małego Jasia, który nic tylko rysuje i rysuje... Wziąłby się do jakiejś sensownej roboty, a nie wciąż te gryzmoły!
A czemu właśnie Matejko przyszedł mi do głowy? Wzięło się to z następującego zdarzenia:
Staś przyszedł do mnie po kolejną czystą kartkę. Dałam mu taką dużą, formatu A3, mówiąc:
- Proszę, Stasiu - na takiej dużej kartce można narysować nawet Bitwę pod Grunwaldem!
Po pewnym czasie Staś przybiega do mnie wołając:
- TADAM! Bitwa pod Gunwaldem, proszę, mamusiu!
Normalnie Grunwald jak żywy! Tylko czy tam napewno były smoki i malbasy? I Jagiełły nie rozpoznałam... Ale Krzyżacy byli, a ponadto wikingowie i kilku barbarzyńców.
Ciekawe kto zwyciężył...
Opowiadam o tym wszystkim mężowi, na co on mówi, patrząc na mnie porozumiewawczo:
- Ale nie oszukujmy się, Staś nie ma talentu plastycznego.
- Jak to nie ma? Wszyscy mówią, że jak na swój wiek, wyjątkowo ładnie rysuje! - odpowiadam lekko skonsternowana.
- To chciałabyś mieć syna artystę?
Aha, to o to chodzi... Rzeczywiście, artysta to wyjątkowo mało męski zawód...
I wyobraziłam sobie Matejkę seniora, z troską patrzącego na małego Jasia, który nic tylko rysuje i rysuje... Wziąłby się do jakiejś sensownej roboty, a nie wciąż te gryzmoły!
A czemu właśnie Matejko przyszedł mi do głowy? Wzięło się to z następującego zdarzenia:
Staś przyszedł do mnie po kolejną czystą kartkę. Dałam mu taką dużą, formatu A3, mówiąc:
- Proszę, Stasiu - na takiej dużej kartce można narysować nawet Bitwę pod Grunwaldem!
Po pewnym czasie Staś przybiega do mnie wołając:
- TADAM! Bitwa pod Gunwaldem, proszę, mamusiu!
Normalnie Grunwald jak żywy! Tylko czy tam napewno były smoki i malbasy? I Jagiełły nie rozpoznałam... Ale Krzyżacy byli, a ponadto wikingowie i kilku barbarzyńców.
Ciekawe kto zwyciężył...
środa, 14 grudnia 2005
Przełom
Wczoraj, po prawie 4 latach, funkcję usypiania
Stasia przejął ode mnie tata Jarek. Co prawda obaj panowie trochę
kręcili nosem na tę zmianę, ale udało mi się ten przełom przeforsować.
Czekałam z pewnym napięciem, czy Staś się nie rozmyśli i nie zażąda
mojej obecności. Po upływie pół godziny doszłam do wniosku, że obaj już
śpią, ale po kolejnych paru minutach Jarek zwlókł się z łóżka w poczuciu
dobrze wykonanego obowiązku. A ja w tym czasie wyprasowałam całą stertę
ubrań i obejrzałam sobie Magdę M., czyli przyjemne z pożytecznym.
Usypianie dzieci dotychczas zajmowało mi praktycznie cały wieczór. Dana chodzi spać dużo wcześniej niż Staś, a w chwili pomiędzy usypianiem jednego i drugiego naprawdę niewiele da się zrobić. Usypiając Stasia przeważnie sama padam i ledwo znajduję siłę, by się przebrać w piżamę i zapakować do łóżka. Ale nie narzekałam na tę sytuację, bo moim zdaniem te chwile przed snem są bardzo ważne dla dziecka i dla rodzica.
Gdy ja byłam malutka, usypiał mnie tata. Do tej pory pamiętam bajki, które mi opowiadał, np. bajkę w odcinkach o bocianach, które odleciały do ciepłych krajów, a jeden złamał skrzydło i musiał zostać. Pamiętam też kołysanki, jakie mi śpiewał i tymi samymi starymi melodiami teraz usypiam swoje dzieci. Zaskakujące jest dla mnie, że w odpowiedniej chwili, po urodzeniu Stasia, udało się przywołać z mroków niepamięci słowa długich kołysanek... Pamiętam, jak budziłam przysypiającego tatę wesoło wołając "Tatusiu, to ty masz mnie usypiać, nie ja ciebie!". Gdy próbuję sobie przypomnieć mamę z pierwszych lat mojego życia, to takich wspomnień brak. Co najwyżej jak przez mgłę widzę, jak próbuje we mnie wmusić jakieś jedzenie, co w tamtym okresie było niełatwym zadaniem. Natomiast wyraźnie pamiętam tatę czytającego mi książeczki, opowiadającego bajki, śpiewającego kołysanki...
Bywa, że trochę zazdroszczę mamom, które kładą dziecko do łóżka, całują w czoło i mają czas dla siebie. Ale pomyślcie, jak rozwija wyobraźnię wymyślanie co najmniej jednej bajki o rycerzach dziennie!

Wczoraj wieczorem, przed snem:
Tata: - Kręgosłup mnie boli.
Staś: - Boli cię kręgosłup, tatusiu? A wiesz, rycerze mają inny problem.
Tata: - Jaki?
Staś: - Mają problem przez te bulaginy.
Tata: - Bulaginy? A co to takiego?
Staś: - Bulaginy to takie otworzęcia. Trzeba nacisnąć na taki twadracik i wtedy te otworzęcia się otwierają.
Hmm...
Usypianie dzieci dotychczas zajmowało mi praktycznie cały wieczór. Dana chodzi spać dużo wcześniej niż Staś, a w chwili pomiędzy usypianiem jednego i drugiego naprawdę niewiele da się zrobić. Usypiając Stasia przeważnie sama padam i ledwo znajduję siłę, by się przebrać w piżamę i zapakować do łóżka. Ale nie narzekałam na tę sytuację, bo moim zdaniem te chwile przed snem są bardzo ważne dla dziecka i dla rodzica.
Gdy ja byłam malutka, usypiał mnie tata. Do tej pory pamiętam bajki, które mi opowiadał, np. bajkę w odcinkach o bocianach, które odleciały do ciepłych krajów, a jeden złamał skrzydło i musiał zostać. Pamiętam też kołysanki, jakie mi śpiewał i tymi samymi starymi melodiami teraz usypiam swoje dzieci. Zaskakujące jest dla mnie, że w odpowiedniej chwili, po urodzeniu Stasia, udało się przywołać z mroków niepamięci słowa długich kołysanek... Pamiętam, jak budziłam przysypiającego tatę wesoło wołając "Tatusiu, to ty masz mnie usypiać, nie ja ciebie!". Gdy próbuję sobie przypomnieć mamę z pierwszych lat mojego życia, to takich wspomnień brak. Co najwyżej jak przez mgłę widzę, jak próbuje we mnie wmusić jakieś jedzenie, co w tamtym okresie było niełatwym zadaniem. Natomiast wyraźnie pamiętam tatę czytającego mi książeczki, opowiadającego bajki, śpiewającego kołysanki...
Bywa, że trochę zazdroszczę mamom, które kładą dziecko do łóżka, całują w czoło i mają czas dla siebie. Ale pomyślcie, jak rozwija wyobraźnię wymyślanie co najmniej jednej bajki o rycerzach dziennie!
Wczoraj wieczorem, przed snem:
Staś: - Boli cię kręgosłup, tatusiu? A wiesz, rycerze mają inny problem.
Tata: - Jaki?
Staś: - Mają problem przez te bulaginy.
Tata: - Bulaginy? A co to takiego?
Staś: - Bulaginy to takie otworzęcia. Trzeba nacisnąć na taki twadracik i wtedy te otworzęcia się otwierają.
Hmm...
poniedziałek, 5 grudnia 2005
Sprzątanie Marsa
Mój osobisty Marsjanin wrócił w sobotę z pracy ok.
20 wieczorem, zmęczony i głodny. Zobaczył nieład panujący w mieszkaniu
i, normalna sprawa, wkurzył się. Jako że ja właśnie od jakiejś godziny
próbowałam uśpić dzieci, mąż postanowił posprzątać na własną rękę. Wziął
więc wielki worek i wrzucił do niego wszystko, co zaburzało jego
poczucie porządku. W worku, oprócz zabawek, znalazły się:
- wyprasowane koszulki Stasia,
- jeden kapeć Dany, którego następnego dnia nie mogłam znaleźć,
- chrupki chlebek, porzucony przez dzieci,
- cukierki - groszki,
- odświeżacz powietrza w spray'u.
Że też ja na to nie wpadłam, że sprzątanie może być tak szybkie i łatwe! Wystarczy kupić duże worki - i jazda! Co prawda zgromadzone pod ścianami worki mogą trochę zaburzyć przyjęte ogólnie poczucie estetyki, ale co tam - kupi się jakieś ładne worki, w kwiatuszki na przykład - i będzie cool.
Ależ zjadliwa jestem dzisiaj... Ale to dlatego, że naprawdę było mi przykro. Bo sobota naprawdę była dla mnie ciężkim dniem, chociaż wolnym od pracy. Bo Staś miał dziwne problemy żołądkowe, wskutek czego zabrudził trzy komplety odzieży i trzy razy musiałam go kąpać. Bo w sobotę zawsze sprzątam do późnej nocy, a zaczynam gdy tylko uśpię dzieci, więc o 20 dom miał prawo być zapuszczony. Bo mąż nie zauważył, że w domu pachną świeżo wyprane firanki. Bo gdyby przyszedł pół godziny później, to bym zdążyła uśpić dzieci i chociaż trochę sprzątnąć. Co nie znaczy, że ma przychodzić z pracy później - ale więcej wyrozumiałości poproszę!
Marzę o tym, żeby mieć pięknie wysprzątany dom, dzieci zadbane, nakarmione, w kuchni zapach świeżo upieczonego ciasta. Staram się jak najlepiej wypełniać moje domowe obowiązki, ale naprawdę nie jestem supermanką!
Drogi mężu, zanim następny raz zrobisz takie show, najpierw trochę się zastanów, dobrze?
- wyprasowane koszulki Stasia,
- jeden kapeć Dany, którego następnego dnia nie mogłam znaleźć,
- chrupki chlebek, porzucony przez dzieci,
- cukierki - groszki,
- odświeżacz powietrza w spray'u.
Że też ja na to nie wpadłam, że sprzątanie może być tak szybkie i łatwe! Wystarczy kupić duże worki - i jazda! Co prawda zgromadzone pod ścianami worki mogą trochę zaburzyć przyjęte ogólnie poczucie estetyki, ale co tam - kupi się jakieś ładne worki, w kwiatuszki na przykład - i będzie cool.
Ależ zjadliwa jestem dzisiaj... Ale to dlatego, że naprawdę było mi przykro. Bo sobota naprawdę była dla mnie ciężkim dniem, chociaż wolnym od pracy. Bo Staś miał dziwne problemy żołądkowe, wskutek czego zabrudził trzy komplety odzieży i trzy razy musiałam go kąpać. Bo w sobotę zawsze sprzątam do późnej nocy, a zaczynam gdy tylko uśpię dzieci, więc o 20 dom miał prawo być zapuszczony. Bo mąż nie zauważył, że w domu pachną świeżo wyprane firanki. Bo gdyby przyszedł pół godziny później, to bym zdążyła uśpić dzieci i chociaż trochę sprzątnąć. Co nie znaczy, że ma przychodzić z pracy później - ale więcej wyrozumiałości poproszę!
Marzę o tym, żeby mieć pięknie wysprzątany dom, dzieci zadbane, nakarmione, w kuchni zapach świeżo upieczonego ciasta. Staram się jak najlepiej wypełniać moje domowe obowiązki, ale naprawdę nie jestem supermanką!
Drogi mężu, zanim następny raz zrobisz takie show, najpierw trochę się zastanów, dobrze?
piątek, 2 grudnia 2005
Nóżki dobrze doprawione
Praca mojego męża w dużej części polega na staniu
(nie, nie jest fryzjerem). Zwłaszcza teraz, w sezonie przedświątecznym,
jego nogi są narażone na spory wysiłek. Kupił więc sobie sól
kosmetyczną, żeby nogi wieczorem wymoczyć. Staś zainteresował się tym
zakupem (na szczęście jest już za duży, żeby próbować to jeść). Tak więc
gdy chciałam go namówić na pójście spać, Staś zaprotestował:
- Mamusiu, muszę przecież zobaczyć, jak tatuś myje sobie nogi tym pieprzem!
- Mamusiu, muszę przecież zobaczyć, jak tatuś myje sobie nogi tym pieprzem!
czwartek, 24 listopada 2005
Głuchy telefon
Siedzimy sobie z moją szwagierką Ewą w pokoju
dziecinnym i powolutku sączymy sobie likier figowy z lodem. Dzieci włażą
nam na głowę, ale i tak jest milutko. Dopijamy to, co mamy w
szklankach, ale jestem tak rozleniwiona, że nie chce mi się wstać i iść
po butelkę do drugiego pokoju. Wołam więc Stasia:
- Stasiu, jesteś moim kochanym pomocnikiem?
- Tak, jestem twoim robotem-pomagaczem!
- A mogę Cię o coś prosić? Idź do tatusia i zapytaj, czy zostało jeszcze trochę likierku.
- Dobrze, mamusiu!
Staś idzie do taty, a ja wychylam się, żeby podsłuchać, jak wiernie uda się Stasiowi przekazać moją prośbę.
- Tatusiu, mama pyta czy są jeszcze jakieś iskierki?
Nie zawiodłam się na swoim synku! Obie z Ewą turlamy się ze śmiechu.
Mąż przychodzi do nas z butelką.
- Kochanie, a zostało jeszcze trochę lodu?
- Nie - odpowiada mój mąż.
Hmm... Dziwne. Zużyliśmy już cały zapas?
Likier figowy bez lodu smakuje... tak sobie. Wiedziona podejrzeniem zmierzam do lodówki. Oczywiście znajduję jeszcze parę kostek, po które mojemu mężowi nie chciało się iść do lodówki. Biorę ten lód, po cichu idę do pokoju i przykładam go mężowi do karku.
- Auuu! Co ty robisz?
- Kochanie, ten lód przecież nie istnieje. Jak więc możesz coś czuć?
- Już się upiłaś?!
Może trochę... Grunt, że na wesoło!
- Stasiu, jesteś moim kochanym pomocnikiem?
- Tak, jestem twoim robotem-pomagaczem!
- A mogę Cię o coś prosić? Idź do tatusia i zapytaj, czy zostało jeszcze trochę likierku.
- Dobrze, mamusiu!
Staś idzie do taty, a ja wychylam się, żeby podsłuchać, jak wiernie uda się Stasiowi przekazać moją prośbę.
- Tatusiu, mama pyta czy są jeszcze jakieś iskierki?
Nie zawiodłam się na swoim synku! Obie z Ewą turlamy się ze śmiechu.
Mąż przychodzi do nas z butelką.
- Kochanie, a zostało jeszcze trochę lodu?
- Nie - odpowiada mój mąż.
Hmm... Dziwne. Zużyliśmy już cały zapas?
Likier figowy bez lodu smakuje... tak sobie. Wiedziona podejrzeniem zmierzam do lodówki. Oczywiście znajduję jeszcze parę kostek, po które mojemu mężowi nie chciało się iść do lodówki. Biorę ten lód, po cichu idę do pokoju i przykładam go mężowi do karku.
- Auuu! Co ty robisz?
- Kochanie, ten lód przecież nie istnieje. Jak więc możesz coś czuć?
- Już się upiłaś?!
Może trochę... Grunt, że na wesoło!
wtorek, 18 października 2005
Życie to (nie) bajka
Dawno temu czytałam bajkę o starym, dobrym
małżeństwie. Kobieta i mężczyzna kochali się bezgranicznie i byli dla
siebie wszystkim. Przez całe życie kobieta przygotowując wspólne
śniadanie, przekrawała bułkę na pół, mężowi oddając górną, lepszą część,
a sobie zachowując spód.
Nadeszła pięćdziesiąta rocznica ślubu. Kobieta pomyślała, że ten jeden raz przeznaczy dla siebie górną, wypieczoną część bułeczki. Gdy oddała mężowi spód bułki, on aż podskoczył z radości i szczerze jej podziękował. Okazało się, że on bardziej lubił tą dolną część, ale sądził, że ona też, dlatego z pokorą przez całe życie zjadał wierzch bułki.
Jaki z tego morał? Moim zdaniem taki, że trzeba mówić o swoich potrzebach i bolączkach, aby nie okazało się, że przez całe życie postępowaliśmy wbrew sobie.
A teraz historia z życia.
Miejsce akcji: mieszkanie Ladorusiów, wieczór.
Godz. 19.30. Zmęczony Mąż wraca z pracy, głodny. Żona kończy usypiać Danę i biegnie do kuchni, przygotować coś do jedzenia. W związku z różnymi okolicznościami przyrody, na ten późny obiad przewidziana jest jajecznica na boczku. Ale Żona usypiając Danę obserwowała gotującego Pascala, więc po wyrafinowanych potrawach przez niego przygotowywanych, pospolita jajecznica wydała się jej zbyt trywialna. W związku z brakiem czasu i odpowiednich składników, Żona rezygnuje z przygotowania makreli w marynacie z czerwonej porzeczki oraz musu figowego na deser i decyduje się na omlet. Boczek, cebulka, pieczarki, szczypiorek - po domu rozchodzi się smakowity zapach. Omlet wyszedł piękny, pulchny i rumiany. Żona z dumą stawia przed Mężem talerz.
Mąż (zdziwiony): - A co to jest?
Żona (z rzednącą miną): - O... omlet.
Mąż (rozczarowany) - A miała być jajecznica!
Jaki z tego morał? Taki sam, jak w powyższej bajce: nie uszczęśliwiać męża na siłę!
Nadeszła pięćdziesiąta rocznica ślubu. Kobieta pomyślała, że ten jeden raz przeznaczy dla siebie górną, wypieczoną część bułeczki. Gdy oddała mężowi spód bułki, on aż podskoczył z radości i szczerze jej podziękował. Okazało się, że on bardziej lubił tą dolną część, ale sądził, że ona też, dlatego z pokorą przez całe życie zjadał wierzch bułki.
Jaki z tego morał? Moim zdaniem taki, że trzeba mówić o swoich potrzebach i bolączkach, aby nie okazało się, że przez całe życie postępowaliśmy wbrew sobie.
A teraz historia z życia.
Miejsce akcji: mieszkanie Ladorusiów, wieczór.
Godz. 19.30. Zmęczony Mąż wraca z pracy, głodny. Żona kończy usypiać Danę i biegnie do kuchni, przygotować coś do jedzenia. W związku z różnymi okolicznościami przyrody, na ten późny obiad przewidziana jest jajecznica na boczku. Ale Żona usypiając Danę obserwowała gotującego Pascala, więc po wyrafinowanych potrawach przez niego przygotowywanych, pospolita jajecznica wydała się jej zbyt trywialna. W związku z brakiem czasu i odpowiednich składników, Żona rezygnuje z przygotowania makreli w marynacie z czerwonej porzeczki oraz musu figowego na deser i decyduje się na omlet. Boczek, cebulka, pieczarki, szczypiorek - po domu rozchodzi się smakowity zapach. Omlet wyszedł piękny, pulchny i rumiany. Żona z dumą stawia przed Mężem talerz.
Mąż (zdziwiony): - A co to jest?
Żona (z rzednącą miną): - O... omlet.
Mąż (rozczarowany) - A miała być jajecznica!
Jaki z tego morał? Taki sam, jak w powyższej bajce: nie uszczęśliwiać męża na siłę!
czwartek, 22 września 2005
A męża,to ja w karty wygrałam :)
Znacie pewnie dowcip o żonie wygranej w karty. U
nas było, można powiedzieć, podobnie, ale nie do końca :). Dziś napiszę,
jak poznałam mężczyznę, który został moim mężem. A było to tak:
Drogi moje i Jarka przecinały się nie raz. Byliśmy zatrudnieni w firmach współpracujących ze sobą, a nawet podobno zetknęliśmy się na płaszczyźnie służbowej, czego zupełnie nie pamiętam, ale pamięta mój mąż (wpadłam mu w oko, czy co?). Widać to nie był jeszcze ten moment.
A "ten moment" nadszedł w okresie, gdy moją wielką pasją była gra w brydża. Poświęcałam na grę cały czas wolny i byłam bardzo nieszczęśliwa, gdy nie udawało się skompletować czwórki do gry (bo do brydża trzeba czworga...). No i jak można się było domyślić, gdy pewnego wieczoru mieliśmy właśnie zasiąść do kart, w przemiłej, zaprzyjaźnionej knajpce zwanej "Dom", okazało się, że brak nam "czwartego"... Na szczęście w pobliżu przypadkowo znajdował się Jarek, szwagier jednego z kolegów - brydżystów. Do teraz mam to przed oczami, jak wstaje i przysiada się do nas.
Coś tam widać zaiskrzyło między nami, bo szybko zaczęliśmy się spotykać na gruncie "pozabrydżowym". Poszliśmy razem do kina i na kolację. Otoczenie dość sceptycznie patrzyło na nas razem, jakby nie wierzyli, że coś z tego będzie. Jak widać na załączonym obrazku, diametralnie się pomylili. Wszystko toczyło się błyskawicznie. Jarek wynajmował wtedy uroczy pokoik na poddaszu, w którym było strrrasznie zimno, ale za to był kominek. Ten cudowny kominek, chociaż do tworzenia nastroju był niezastąpiony, niestety szybko wygasał i nad ranem robiło się znów okropnie zimno. Jedynym rozsądnym wyjściem było zamieszkanie razem w moim mieszkaniu. Ja bardzo praktyczna jestem - nie dość, że było nam ciepło, to jeszcze oszczędzaliśmy na opłatach za jedno mieszkanie. W końcu i tak rozstawaliśmy się tylko idąc do pracy.
Reasumując: poznaliśmy się we wrześniu 2000 roku, zamieszkaliśmy razem... hmmm... chyba w grudniu. A pewnego pięknego dnia, 14 lutego 2001 roku, w pięknym lokaliku "Pod Modrym Fartuchem" dostałam śliczny pierścionek z niebieskim oczkiem oraz zupełnie nieoczekiwaną propozycję małżeństwa... W kwietniu kupiliśmy wspólne mieszkanie, a w październiku wzięliśmy ślub.
Banalna historia... No, może nie dla mnie.
Najciekawsze jest to, że gdy się poznawaliśmy, jedną z ważniejszych dla mnie zalet Jarka było to, że jest świetnym brydżystą. Taki stały partner do brydża jest bezcenny :). Ale okazało się, że niestety na brydża nie ma czasu... Gra wymaga skupienia i spokoju, a skąd to wziąć, gdy małe Ladorusie wchodzą na głowę? Jednak ja wciąż marzę o tej chwili, gdy dzieci podrosną i będzie można grać w karty do rana!
Drogi moje i Jarka przecinały się nie raz. Byliśmy zatrudnieni w firmach współpracujących ze sobą, a nawet podobno zetknęliśmy się na płaszczyźnie służbowej, czego zupełnie nie pamiętam, ale pamięta mój mąż (wpadłam mu w oko, czy co?). Widać to nie był jeszcze ten moment.
A "ten moment" nadszedł w okresie, gdy moją wielką pasją była gra w brydża. Poświęcałam na grę cały czas wolny i byłam bardzo nieszczęśliwa, gdy nie udawało się skompletować czwórki do gry (bo do brydża trzeba czworga...). No i jak można się było domyślić, gdy pewnego wieczoru mieliśmy właśnie zasiąść do kart, w przemiłej, zaprzyjaźnionej knajpce zwanej "Dom", okazało się, że brak nam "czwartego"... Na szczęście w pobliżu przypadkowo znajdował się Jarek, szwagier jednego z kolegów - brydżystów. Do teraz mam to przed oczami, jak wstaje i przysiada się do nas.
Coś tam widać zaiskrzyło między nami, bo szybko zaczęliśmy się spotykać na gruncie "pozabrydżowym". Poszliśmy razem do kina i na kolację. Otoczenie dość sceptycznie patrzyło na nas razem, jakby nie wierzyli, że coś z tego będzie. Jak widać na załączonym obrazku, diametralnie się pomylili. Wszystko toczyło się błyskawicznie. Jarek wynajmował wtedy uroczy pokoik na poddaszu, w którym było strrrasznie zimno, ale za to był kominek. Ten cudowny kominek, chociaż do tworzenia nastroju był niezastąpiony, niestety szybko wygasał i nad ranem robiło się znów okropnie zimno. Jedynym rozsądnym wyjściem było zamieszkanie razem w moim mieszkaniu. Ja bardzo praktyczna jestem - nie dość, że było nam ciepło, to jeszcze oszczędzaliśmy na opłatach za jedno mieszkanie. W końcu i tak rozstawaliśmy się tylko idąc do pracy.
Reasumując: poznaliśmy się we wrześniu 2000 roku, zamieszkaliśmy razem... hmmm... chyba w grudniu. A pewnego pięknego dnia, 14 lutego 2001 roku, w pięknym lokaliku "Pod Modrym Fartuchem" dostałam śliczny pierścionek z niebieskim oczkiem oraz zupełnie nieoczekiwaną propozycję małżeństwa... W kwietniu kupiliśmy wspólne mieszkanie, a w październiku wzięliśmy ślub.
Banalna historia... No, może nie dla mnie.
Najciekawsze jest to, że gdy się poznawaliśmy, jedną z ważniejszych dla mnie zalet Jarka było to, że jest świetnym brydżystą. Taki stały partner do brydża jest bezcenny :). Ale okazało się, że niestety na brydża nie ma czasu... Gra wymaga skupienia i spokoju, a skąd to wziąć, gdy małe Ladorusie wchodzą na głowę? Jednak ja wciąż marzę o tej chwili, gdy dzieci podrosną i będzie można grać w karty do rana!
czwartek, 18 sierpnia 2005
Jak tatuś śpi
Ostatnio popisujemy się przed znajomymi nową umiejętnością Danusi:
- Danusiu, jak tatuś śpi?
- Chrrrchrrchrr chrrrrrchrrrrrrrr
No tak, właśnie tak to brzmi, mniej więcej.


Staś buduje wieżę z drewnianych klocków. Zbliżająca się Danusia, przewyższająca rzeczoną wieżę o głowę, skojarzyła mi się jednoznacznie z pewną filmową postacią...
- Uważaj Stasiu, Godzilla nadciąga!
Parę godzin później Dana idzie spać. Macha Stasiowi rączką na dobranoc, a ja cienkim głosikiem mówię:
- Dobranoc, Stasiu!
- Dobranoc, Godzillo! - odpowiada Staś.
- Danusiu, jak tatuś śpi?
- Chrrrchrrchrr chrrrrrchrrrrrrrr
No tak, właśnie tak to brzmi, mniej więcej.
Staś buduje wieżę z drewnianych klocków. Zbliżająca się Danusia, przewyższająca rzeczoną wieżę o głowę, skojarzyła mi się jednoznacznie z pewną filmową postacią...
- Uważaj Stasiu, Godzilla nadciąga!
Parę godzin później Dana idzie spać. Macha Stasiowi rączką na dobranoc, a ja cienkim głosikiem mówię:
- Dobranoc, Stasiu!
- Dobranoc, Godzillo! - odpowiada Staś.
środa, 17 sierpnia 2005
Mama szamanki
Szamańskie skłonności są u nas wyraźnie dziedziczne...
Miałam sen, że moja koleżanka jest w ciąży. Gdy ją spotkałam okazało się, że naprawdę jest - w drugim miesiącu. Gdy się teraz nad tym zastanawiam, tak właściwie czułam, że ten sen jest prawdziwy jeszcze zanim ona to potwierdziła. Hmm...
A najciekawsze jest to, że w dalszym ciągu tego snu okazało się, że urodziłam ślicznego synka o karnacji jeszcze ciemniejszej, niż Staś :). A jeśli to sen proroczy i będzie więcej Ladorusiów? ;)

Miałam sen, że moja koleżanka jest w ciąży. Gdy ją spotkałam okazało się, że naprawdę jest - w drugim miesiącu. Gdy się teraz nad tym zastanawiam, tak właściwie czułam, że ten sen jest prawdziwy jeszcze zanim ona to potwierdziła. Hmm...
A najciekawsze jest to, że w dalszym ciągu tego snu okazało się, że urodziłam ślicznego synka o karnacji jeszcze ciemniejszej, niż Staś :). A jeśli to sen proroczy i będzie więcej Ladorusiów? ;)
Tata po przyjściu z pracy: - Stasiu, kto tu tak strasznie nabałaganił?
Staś: - Danusia.
Tata: - A kto to teraz posprząta?
Staś: - Najlepiej ty tatusiu. Tu do tego worka pozbieraj.
Dobry pomysł! :)
Najwyraźniej ma predyspozycje do stanowisk kierowniczych. Tak trzymaj, Stasiu!
Staś: - Danusia.
Tata: - A kto to teraz posprząta?
Staś: - Najlepiej ty tatusiu. Tu do tego worka pozbieraj.
Dobry pomysł! :)
Najwyraźniej ma predyspozycje do stanowisk kierowniczych. Tak trzymaj, Stasiu!
poniedziałek, 27 czerwca 2005
Pasje
Staś to pasjonat - jeśli się czymś interesuje, to
bez reszty. Przeszliśmy już fascynację Małyszem - Staś miał wtedy 2 lata
i żywiołowo reagował na jego widok. Ze wszelkiego dostępnego materiału
robił sobie sprzęt narciarski i symulował skoki. Pozycja narciarza i
skok z telemarkiem - to naprawdę robiło wrażenie!
Aktualnie Staś pasjonuje się rycerzami i dinozaurami. Chwilami mnie zadziwia jego znajomość tematu, zwłaszcza te dinozaury. Zna mnóstwo gatunków, wie które z nich są roślinożerne, a które mięsożerne i potrafi naśladować ich chód, zależnie od sposobu odżywiania. Rzuca nazwami - stegozaur, tyranozaur, brontozaur, miętozaur... Ten ostatni trochę mnie zastanowił, więc zapytałam Stasia, co to za miętozaur.
- To taki dinozaur bez ogona, który chodzi na dwóch nogach. - odpowiedział Staś.
- A skąd znasz tego dinozaura? - zapytałam zdziwiona.
- Z tatusia gry o rycerzach.
Tu moja wrodzona błyskotliwość i inteligencja pozwoliły mi na rozszyfrowanie tajemniczego gatunku - a pewnie i Wy się domyślacie, że to minotaur... Ale nazwa przednia, prawda? :)
Wracając do spraw bieżących - Danuśka wraca do zdrowia, ma dobry humor i apetyt. No i nauczyła się chodzić. Bardzo jest z tego dumna i domaga się, by każdy samodzielny marsz nagradzać brawami, uważnie patrząc na każdego z obecnych, czy ktoś się nie wymiguje :).
Aktualnie Staś pasjonuje się rycerzami i dinozaurami. Chwilami mnie zadziwia jego znajomość tematu, zwłaszcza te dinozaury. Zna mnóstwo gatunków, wie które z nich są roślinożerne, a które mięsożerne i potrafi naśladować ich chód, zależnie od sposobu odżywiania. Rzuca nazwami - stegozaur, tyranozaur, brontozaur, miętozaur... Ten ostatni trochę mnie zastanowił, więc zapytałam Stasia, co to za miętozaur.
- To taki dinozaur bez ogona, który chodzi na dwóch nogach. - odpowiedział Staś.
- A skąd znasz tego dinozaura? - zapytałam zdziwiona.
- Z tatusia gry o rycerzach.
Tu moja wrodzona błyskotliwość i inteligencja pozwoliły mi na rozszyfrowanie tajemniczego gatunku - a pewnie i Wy się domyślacie, że to minotaur... Ale nazwa przednia, prawda? :)
Wracając do spraw bieżących - Danuśka wraca do zdrowia, ma dobry humor i apetyt. No i nauczyła się chodzić. Bardzo jest z tego dumna i domaga się, by każdy samodzielny marsz nagradzać brawami, uważnie patrząc na każdego z obecnych, czy ktoś się nie wymiguje :).
Subskrybuj:
Posty (Atom)





