Strony

środa, 9 listopada 2005

Jak zachować spokój robiąc zakupy z dzieckiem

Zakupy w sklepie samoobsługowym to przekleństwo chyba każdej mamy, która musi je robić z dzieckiem. Z ręką na sercu muszę stwierdzić, że małe Ladorusie nie są wybitnie niegrzeczne w sklepie. Ostatnio były nawet bardzo grzeczne, dopóki nie odmówiłam kupienia Stasiowi jajka z niespodzianką tuż przy kasie. Staś zaczął ryczeć, głośno powtarzał, że pani kasjerka mu się nie podoba i zaraził swym płaczem Danusię. W tym momencie przypomniała mi się anegdota, którą dawno temu czytałam gdzieś w internecie. Udało mi się ją znaleźć i zamieszczam ją poniżej, ku pokrzepieniu serc wszystkich mam zdołowanych zakupami:
Przeciętny supermarket w Polsce, przeciętna matka z dzieckiem na zakupach. Problem z dzieckiem też przeciętny ale, jak się okazuje, do pokonania.
Wystarczy tylko spokojnie i cierpliwie tłumaczyć...
Pewien mężczyzna w supermarkecie zauważył kobietę z mniej więcej trzyletnią dziewczynką siedzącą w wózku na zakupy. Gdy matka przejeżdżała obok półek z ciastkami mała oczywiście zaczęła domagać się ciastek. Gdy usłyszała od mamy krótkie i stanowcze "nie" zaczęła wrzeszczeć i płakać na cały sklep.
Matka zareagowała na ten płacz spokojnym stwierdzeniem:
- Kasiu, mamy już połowę sklepu za sobą, już niedługo wychodzimy, nie denerwuj się...
Zaciekawiony mężczyzna poszedł za nimi dalej. Przy stoisku z cukierkami sytuacja powtórzyła się. Dziewczynka zażądała cukierków, a słysząc odmowę strasznie się rozpłakała. I znowu matka spokojnie powiedziała:
- Kasiu, nie płacz. Zostały nam tylko dwa stoiska i idziemy do kasy...
W kolejce do kasy mężczyzna stanął za obserwowaną parą. Mała dziewczynka oczywiście natychmiast zaczęła wrzeszczeć o gumy, a po odmowie ze strony mamy zaczęła strasznie się złościć i krzyczeć. Matka spokojnie powiedziała:
- Kasiu, zapłacimy i za pięć minut wyjdziemy ze sklepu. Potem pojedziemy do domu i będziesz mogła się przespać...
Mężczyzna nie wytrzymał i powiedział do kobiety z podziwem:
- Jestem pod wrażeniem cierpliwości jaką pani okazuje małej Kasi...ja bym już dawno nie wytrzymał nerwowo.
Kobieta odpowiedziała:
- Ale ona ma na imię Ania... Kasia to ja...

wtorek, 8 listopada 2005

Niewolnicy

Często się zastanawiam, ile tak naprawdę w człowieku jest wolnej woli. Nasze działania są wypadkową naszego genotypu, wychowania i sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Nie bez znaczenia są też warunki atmosferyczne i nasza fizjologia. Gdy tworzą się plamy na Słońcu, francuscy Murzyni podpalają samochody. Gdy zbliża się menstruacja, kobiety zatruwają życie swojemu otoczeniu. Gdy nadchodzi jesień i dni stają się krótsze, ludzie pochmurnieją, garbią się i zamykają swoje okna i swoje dusze. Niewielki guzek na mózgu potrafi zamienić człowieka życzliwego wszystkim w upierdliwego despotę. Wiele przestępstw daje się wytłumaczyć bądź działaniem w afekcie, bądź też chorobą psychiczną.
Czy wolna wola to tylko mit?



poniedziałek, 7 listopada 2005

Someone Special

Chodziłyśmy do jednej klasy w liceum. Kochałyśmy się w tych samych chłopakach. Z tą różnicą, że ja bez wzajemności. Razem uczyłyśmy się grać na gitarze, z tym, że ona miała znacznie większy talent plastyczny, niż muzyczny (przepraszam Cię Izuś!). Za to malować potrafi przepięknie! I dziergać na drutach, i szyć...

Gdy przyszedł moment wyboru kierunku studiów, miałyśmy z tym jednakowy problem. Ja dałam się namówić bratu na biologię, a ona myślała raczej o medycynie. Koniec końców zgodziła się iść ze mną na biologię, ale pod warunkiem, że jeśli przyjdzie nam kroić żaby czy inne zwierzęta, to zajmę się tym ja. Zgodziłam się na ten warunek i chyba nawet próbowałam na którychś zajęciach pokroić jakąś poczwarkę, ale skalpel dostał się nam tak tępy, że nie było szans na wypreparowanie jej układu nerwowego (a może pokarmowego?). W każdym razie Iza świetnie sobie sama teraz radzi z krojeniem potworów, a konkretnie pająków, bo tym się teraz między innymi zajmuje w dalekim Halifax, gdzie mieszka wraz z wspaniałą córeczką Martą.

Miałam tę notkę napisać w ubiegły piątek, w dniu jej urodzin, ale pomyślałam sobie, że może sobie tego nie życzy... Teraz myślę, że może sprawiłoby to jej przyjemność. Myślę, że chociaż napewno ma tam przyjaciół, mimo to czuje się trochę samotna... I kto wie, czy jej kanadyjscy przyjaciele wiedzą, kiedy obchodzi urodziny? Więc może miło jej będzie, gdy tu do mnie zajrzy i znajdzie tę notkę?



Izuniu! W Dniu Twoich Urodzin życzę Ci, żebyś znalazła szczęście, niezależnie od tego, czy będziecie mieszkać w Kanadzie czy w Polsce! Sto lat!

Jeśli chcecie odwiedzić Izę i Martę za Oceanem, to tu jest link .

sobota, 5 listopada 2005

Tak sobie myślę...

Spacerując z dziećmi ulicami Torunia, czasami myślę o tym, czy kiedyś zdarzy się, że ktoś mijając nas spojrzy, uśmiechnie się i powie: "O, to chyba małe Ladorusie, prawda? A Ty musisz być Ania?"

Jak myślicie czy to możliwe?

A co, jeśli ktoś z naszych wirtualnych znajomych mijając nas nie rozpozna dzieciaków, ciepło okutanych w jesienne ubranka? Szkoda by było...


piątek, 4 listopada 2005

Nie tylko brzuszek...

Pamiętacie Agusię, która ma fajniejszy brzuszek ode mnie? Podczas długiego weekendu uszczęśliwiony Staś miał okazję przebywać u jej rodziny. Pewnego poranka zdarzyło się, że siedzą sobie z Agusią w piżamach przy śniadaniu, po czym Aga mówi do Stasia:

- Stasiu, poczekasz tu na mnie? Pójdę do góry się przebrać.
- Ale ja z wielką przyjemnością popatrzę, jak się rozbierasz!



Wczoraj wieczorem słyszę, jak Staś woła do mnie z drugiego pokoju:

- Mamusiu! Czy zostaniesz moim mężem?
- ???

Później, kładąc Stasia do łóżka, postanowiłam poruszyć ten temat.

- Stasiu, dlaczego mnie poprosiłeś, żebym została Twoim mężem?
- Bo przecież nie mam ani jednego! Mąż jest potrzebny, żeby zarabiał pieniążki i przynosił prezenty!

Hmm... Chyba muszę baczniej kontrolować, co mój Staś ogląda w TV... Czyżby to była "Moda na sukces"?


Dziękuję wszystkim trzymającym kciuki - dziś w przychodni było kulturalnie, po kolei, szybko i sprawnie. W ciągu 40 minut zebrałam wszystkie podpisy, a nawet zdążyłam miło sobie pogawędzić z sympatycznym (i przystojnym!) lekarzem, sprawiającym wrażenie szczerze zainteresowanego moim stanem zdrowia. Bardzo to nietypowe w dzisiejszych czasach... Jeszcze raz Wam dziękuję i mam nadzieję, że nie jestem teraz w Waszych oczach ostatnią ofiarą życiową...


czwartek, 3 listopada 2005

Asertywność- zero.

W związku z tym, że wracam do firmy jako pełnoprawny pracownik, muszę przejść przez gehennę zwaną niewinnie badaniami wstępnymi. Wybrałam się więc dziś wczesnym rankiem, na wszelki wypadek na czczo, do odpowiedniego przybytku. Zajęłam miejsce w kolejce do okulisty i spokojnie zajęłam się czytaniem książki. Po upływie 1,5 godziny do gabinetu wszedł pan, po którym miałam wejść ja. Spakowałam więc książkę i stanęłam profilaktycznie przy samych drzwiach. Drzwi się otworzyły, a przez nie śmignęła do środka jakaś smarkula. Nie podejrzewałam jeszcze chamstwa, myślałam, że może tylko po jakiś podpis, albo co... Wyszła po chwili, a po niej zaraz druga, myk do środka. Zagotowało się we mnie i tłumaczę ludziom, że mnie wypchnięto z kolejki. Ale kogo to obchodzi... Próbowałam więc rozmawiać z dziewczyną, która była następna w kolejce, tłumacząc jej, że przecież czekam dłużej niż ona. "Wszyscy się śpieszymy, proszę pani". Nic nie wskurawszy, oddałam kartę pani w recepcji i ze łzami wściekłości w oczach poszłam do pracy.

Gdybym była moim pracodawcą, to chyba bym przemyślała zatrudnienie osoby tak życiowo niezaradnej na moje stanowisko...  Powinnam się zapisać na jakiś kurs asertywności. Tylko patrzeć a wszyscy wejdą mi na głowę, łącznie z dziećmi, a ja zostanę zahukaną szarą myszką, która nie ma nic do powiedzenia nawet we własnym domu. Ale cóż, już w podstawówce wychowawczyni powiedziała, że mam zbyt słabe łokcie by do czegoś w życiu dojść...

Jutro drugie podejście, trzymajcie kciuki.


środa, 2 listopada 2005

Wrogowie

Od paru dni podejrzliwie rozglądam się po mieszkaniu, jakbym zamieszkała nagle pośród wrogów, czyhających na chwilę mojej nieostrożności. Z trwogą patrzę na żelazko, suszarkę do włosów, świeżo zaparzoną kawę, wijące się wokół komputera kable, wszelkie rogi i kanty... Kontakty, chociaż zablokowane, śmieją się ze mnie ironicznie i tylko czekają, epatując grozą.

Był sobotni ranek. Mąż ścielił łóżko, Danusia bawiła się tuż obok. Ja stałam tyłem, widząc tę scenę w lustrze. Byłam pewna, że Jarek widzi małą, ale nagle dostrzegłam kątem oka, że opuszcza klapę ciężkiej sofy wprost na szyję Danusi, której główka pochylona była nad pudłem na pościel. Zaczęłam krzyczeć i Jarek w ostatniej chwili przytrzymał opadającą klapę, tak że tylko lekko uderzyła Danę w kark. I nie wiem, czy cudem uniknęliśmy nieszczęścia, czy tylko wyolbrzymiam i nic złego by się nie stało. Przez cały czas mam tę scenę przed oczami i myślę, że niewiele brakowało i bylibyśmy teraz z małą w szpitalu...

Miałam o tym nie pisać, bo nie jest to scena, którą chce się utrwalić. Ale męczę się wciąż o tym myśląc i wierzę w terapeutyczną siłę bloga. Wierzę, że jak już nie raz pomożecie mi się uporać z problemem. Nic by się nie stało, prawda? Nic... a może...

Nie jesteśmy w stanie pilnować dziecka przez cały czas. Możemy starać się zapewnić mu jak najbezpieczniejsze otoczenie... Ale z pozoru bezpieczne przedmioty okazują się wręcz zabójcze. Podam Wam przykład Łukasza, którego znam z opowiadań. Osiem lat temu mocował się z bratem, który tak nieszczęśliwie go odepchnął, że uderzył głową w kant stołu tuż nad uchem. Po miesiącach śpiączki obudził się całkowicie sparaliżowany. Dzięki rehabilitacji obecnie może się poruszać na wózku. Świetnie sobie radzi, jest wspaniałym młodym człowiekiem. Czy ktoś był w stanie zapobiec temu wypadkowi? Wciąż poruszamy się na skraju życia i koszmaru i tylko dobry Anioł Stróż jest w stanie nas ochronić...

Mój najstarszy brat Bogdan miał 1,5 roku. Mama karmiła kolejne dziecko - malutkiego Piotrusia, a Bogdan bawił się w drugim pokoju. Nagle mamę coś tknęło, weszła do pokoju - dziecka nie ma. Patrzy, a Boguś stoi na parapecie po zewnętrznej stronie okna! Nie pamiętam, które piętro to było, w każdym razie wysoko. Z duszą na ramieniu mama podeszła do okna i zawołała synka, siląc się na spokój, żeby go nie przestraszyć. Po chwili był już w jej ramionach. Nie potrafię wyobrazić sobie tego przerażenia ani tej ulgi. W tym momencie mama zrobiła to, co i ja bym zrobiła po tak ciężkim przejściu - spakowała rzeczy swoje i dzieci i pojechała do swojej matki, odzyskać spokój, na ile to możliwe. Słyszałam tę historię tysiąc razy i za każdym razem budzi we mnie tak samo silne emocje.

Jeżeli ktoś z Was chce pomóc Łukaszowi, dodałam link po lewej stronie w kategorii "Dobry uczynek" (Łukasz Paulo).

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...