Od poniedziałku mam urlop, w związku z czym zepsuła mi się zmywarka. Mam wrażenie, że robi mi to co roku. Potem wraca samoistnie do normy, złośliwa bestia. A może to nie złośliwość, tylko niekorzystny wpływ wysokiej temperatury? Tak czy inaczej, godzinkę urlopu dziennie muszę spędzać przy zlewie.
Co gorsza, popsuła się również lodówka i to już dramat. Zamrażarka działa, ale w części górnej panuje temperatura zbliżona do pokojowej. O ile bez zmywarki da się funkcjonować, to bez lodówki już bardzo trudno, szczególnie latem, więc jeśli do jutra nie zaskoczy, przyjdzie nam jechać po nową. A myślałam, że limit wydatków nadprogramowych wyczerpał samochód, który też zrobił nam ostatnio przykry numer. Siła złego na jednego.
Staś odkrył ostatnio w TV kanał Da Vinci Learning i został natychmiast wiernym fanem. Polecam wszystkim młodym odkrywcom, naprawdę dużo fajnych rzeczy można się tam dowiedzieć. Pokazują też ciekawe doświadczenia, które dziecko może przeprowadzić samo lub z niewielką pomocą rodzica. Na przykład dziś robiliśmy klej z... misiów-żelków! Wystarczyło podgrzać kilka żelków z odrobiną wody i gotowe. Dzieci skleiły tym klejem moją porcelanową miseczkę i kurcze, trzyma! Zobaczymy, jak długo, jestem dobrej myśli.
...W tym momencie poszłam po aparat, zrobić fotkę mojej ślicznej, sklejonej przez dzieci miseczce i... aparat wyświetlił komunikat, że zoom nie działa i mam skontaktować się z centrum serwisowym. Zdaje się, że niedawno skończyła się gwarancja.
Czy powinnam zacząć się bać o pralkę i żelazko? Ech...
A z pozytywnych tematów, wczorajszym wydarzeniem dnia było wypadnięcie pierwszego mleczaka Emilki. Była bardzo podekscytowana tym, że już jest "prawie dorosła" oraz spodziewanym nadejściem wróżki zębuszki. Z niecierpliwością wyczekiwała na wieczór, by włożyć ząbek pod poduszkę. Oczywiście planowała przyłapać wróżkę na podkradaniu ząbka, ale wróżka zakradła się cichutko, gdy dzieci spały i dokonała czarodziejskiej wymiany ząbka na kilka monet. Cóż, że wróżka była sporo większa, niż dzieci sobie wyobrażają, ważne, że pieniążki są. Na brak magii też nie możemy narzekać.
Uwielbiam jak Emilka teraz sepleni. Specjalnie podrzucam jej do wymawiania słowa takie, jak "szeleszczący" albo "szczoteczka" i z lubością wsłuchuję się w ten leciutki poświst, który wkrótce zniknie. Dzieci zdecydowanie za szybko dorastają...
Mówią na nas Ladorusie. Jak się pewnie domyślacie, pochodzi to od naszego nazwiska. Ladorusie mieszkają w Toruniu, najpiękniej pachnącym mieście w Polsce.
Strony
środa, 11 lipca 2012
poniedziałek, 2 lipca 2012
Komplementy zawsze w cenie
Jedziemy sobie autobusem do parku, ja i dzieciaki. Zajęliśmy 4 miejsca naprzeciwko siebie, a dzieci wyznaczyły dyżury, co ile przystanków zmiana, żeby każdy mógł posiedzieć obok mamy.
Tak sobie siedzieliśmy, rozparci wygodnie, dopóki w autobusie było pustawo, a później wzięłam Emilkę na kolana, zwalniając miejsce dla starszego pana.
Pan miał bardzo miły uśmiech, pomimo znacznych braków w uzębieniu. Od razu nawiązał kontakt z dziećmi, które nie bardzo rozumiały, co pan do nich mówi, ale z moją pomocą jakoś rozmowa się toczyła.
- I ta cała trójka to pani dzieci? - zagaił starszy pan.
- Tak - uśmiechnęłam się z dumą.
- Niemożliwe, w tym wieku już trójka?
- Haha - zaśmiałam się uprzejmie.
- Ale przyzna pani - drążył starszy pan - że to dość nietypowe, w tak młodym wieku mieć już troje odchowanych dzieci.
Powściągnęłam odruch sięgnięcia po lusterko (tym bardziej, że nie noszę go przy sobie), aby sprawdzić, czy mój nowy krem przypadkiem nie zdziałał jakiegoś cudu.
W młodszych latach ów pan był zapewne zdobywcą wielu kobiecych serc, bo wyraźnie galanteria weszła mu w nawyk.
A krem, jak to zwykle krem, niestety.
Tak sobie siedzieliśmy, rozparci wygodnie, dopóki w autobusie było pustawo, a później wzięłam Emilkę na kolana, zwalniając miejsce dla starszego pana.
Pan miał bardzo miły uśmiech, pomimo znacznych braków w uzębieniu. Od razu nawiązał kontakt z dziećmi, które nie bardzo rozumiały, co pan do nich mówi, ale z moją pomocą jakoś rozmowa się toczyła.
- I ta cała trójka to pani dzieci? - zagaił starszy pan.
- Tak - uśmiechnęłam się z dumą.
- Niemożliwe, w tym wieku już trójka?
- Haha - zaśmiałam się uprzejmie.
- Ale przyzna pani - drążył starszy pan - że to dość nietypowe, w tak młodym wieku mieć już troje odchowanych dzieci.
Powściągnęłam odruch sięgnięcia po lusterko (tym bardziej, że nie noszę go przy sobie), aby sprawdzić, czy mój nowy krem przypadkiem nie zdziałał jakiegoś cudu.
W młodszych latach ów pan był zapewne zdobywcą wielu kobiecych serc, bo wyraźnie galanteria weszła mu w nawyk.
A krem, jak to zwykle krem, niestety.
niedziela, 1 lipca 2012
Kumulacja
Ostatnio dużo się działo. A wiadomo, że jak dużo się dzieje, to nie ma kiedy o tym pisać. A im więcej się tego zbiera, tym trudniej się za pisanie zabrać. Moja pamięć nie sięga dalej, niż na tydzień wstecz. Dni są tak podobne do siebie, że wszystko się zlewa. A więc chociaż ten ostatni tydzień postaram się streścić.
W niedzielę Danusia miała "medaltesty", czyli roczne zaliczenie pierwszej klasy szkoły tańca. Poszłyśmy tam we trójkę, Staś wolał zostać w domu. Bardzo fajna impreza, miło było popatrzeć, ile frajdy dzieciaki mają z tego tańca. Przy tym to całkiem przyjemne widowisko.
Emilka strasznie była rozżalona, że nie może tańczyć z nimi. Była trochę
zazdrosna i wpychała mi się w kadr, gdy robiłam zdjęcia. W przerwach
wybiegała na parkiet i tańczyła solo :)
Na zakończenie Danusia dostała brązowy medal, za rok będzie srebrny :)
Po południu wybraliśmy się całą rodzinką na spacer do lasu, w okolice pełne stawów i bagien. Wbrew temu, jak to brzmi, okolica była piękna, a spacer bardzo przyjemny.
Jedyne, co mogło przeszkadzać, to dość spora liczba przechodniów, rowerzystów. Widać nie tylko my doceniamy urok tego miejsca.
We środę, Stasia klasa przygotowała pokaz dla rodziców, na zakończenie "pierwszego etapu nauki" - Staś idzie teraz do IV klasy. Ani słowem nie zdradził się, co przygotowują, poprosił tylko o rekwizyty, czyli kapelusz męski i szalik.
Staś grał sąsiada babci Zosi, z opowiadania o budziku :) Poza tym dzieci przygotowały jeszcze inne przedstawienia i piosenki. Kosztowało ich to sporo pracy, ale były bardzo dumne z oklasków na koniec. Ja też byłam bardzo dumna. Nie obyło się bez wzruszeń - zresztą ja tak ostatnio mam, że wystarczy, że dzieci zaczynają śpiewać, mnie od razu ściska w gardle.
Czwartek był dniem bardzo przykrym, przejdźmy więc od razu do piątku, czyli zakończenia roku szkolnego.
Staś był już w roli "absolwenta", podczas uroczystości siedział w pierwszej ławce, nudził się jak mops i nawet nie próbował tego ukryć.
Danusia została wyróżniona, jako wzorowa uczennica. Jestem oczywiście bardzo dumna :)
Staś jest przynajmniej równie zdolny, jak Danusia, ale brak mu ambicji. To znaczy owszem, lubi być najlepszy, ale jedynie wtedy, gdy nie kosztuje to zbyt wiele wysiłku. Zobaczymy, jak to będzie dalej.
W klasie Danusi rozdanie świadectw trwało ze 3 minuty...
...i dzieci pomknęły na wakacje. My przenieśliśmy się do klasy Stasia. Tam pożegnania trwały o wiele dłużej, pełne emocji i wzruszeń.
Wróciliśmy do domu obładowani książkami, dyplomami, świadectwami i innymi pamiątkami. Muszę się pochwalić, że w tym roku ja też zdobyłam dwa dyplomy za współpracę, tak nie do końca zasłużone, ale może uda mi się je odpracować za rok :)
To by było na tyle, w foto-telegraficznym skrócie.
PS. Zaczęły się wakacje, więc w co się właśnie bawią moje dzieci? W SZKOŁĘ! :D
W niedzielę Danusia miała "medaltesty", czyli roczne zaliczenie pierwszej klasy szkoły tańca. Poszłyśmy tam we trójkę, Staś wolał zostać w domu. Bardzo fajna impreza, miło było popatrzeć, ile frajdy dzieciaki mają z tego tańca. Przy tym to całkiem przyjemne widowisko.
| Crazy Frog |
| Wyginam śmiało ciało |
| Hip-Hop |
Po południu wybraliśmy się całą rodzinką na spacer do lasu, w okolice pełne stawów i bagien. Wbrew temu, jak to brzmi, okolica była piękna, a spacer bardzo przyjemny.
Jedyne, co mogło przeszkadzać, to dość spora liczba przechodniów, rowerzystów. Widać nie tylko my doceniamy urok tego miejsca.
We środę, Stasia klasa przygotowała pokaz dla rodziców, na zakończenie "pierwszego etapu nauki" - Staś idzie teraz do IV klasy. Ani słowem nie zdradził się, co przygotowują, poprosił tylko o rekwizyty, czyli kapelusz męski i szalik.
Staś grał sąsiada babci Zosi, z opowiadania o budziku :) Poza tym dzieci przygotowały jeszcze inne przedstawienia i piosenki. Kosztowało ich to sporo pracy, ale były bardzo dumne z oklasków na koniec. Ja też byłam bardzo dumna. Nie obyło się bez wzruszeń - zresztą ja tak ostatnio mam, że wystarczy, że dzieci zaczynają śpiewać, mnie od razu ściska w gardle.
Czwartek był dniem bardzo przykrym, przejdźmy więc od razu do piątku, czyli zakończenia roku szkolnego.
Staś był już w roli "absolwenta", podczas uroczystości siedział w pierwszej ławce, nudził się jak mops i nawet nie próbował tego ukryć.
Danusia została wyróżniona, jako wzorowa uczennica. Jestem oczywiście bardzo dumna :)
Staś jest przynajmniej równie zdolny, jak Danusia, ale brak mu ambicji. To znaczy owszem, lubi być najlepszy, ale jedynie wtedy, gdy nie kosztuje to zbyt wiele wysiłku. Zobaczymy, jak to będzie dalej.
W klasie Danusi rozdanie świadectw trwało ze 3 minuty...
...i dzieci pomknęły na wakacje. My przenieśliśmy się do klasy Stasia. Tam pożegnania trwały o wiele dłużej, pełne emocji i wzruszeń.
Wróciliśmy do domu obładowani książkami, dyplomami, świadectwami i innymi pamiątkami. Muszę się pochwalić, że w tym roku ja też zdobyłam dwa dyplomy za współpracę, tak nie do końca zasłużone, ale może uda mi się je odpracować za rok :)
To by było na tyle, w foto-telegraficznym skrócie.
PS. Zaczęły się wakacje, więc w co się właśnie bawią moje dzieci? W SZKOŁĘ! :D
wtorek, 19 czerwca 2012
ERŁO 2012
No cóż, Euro skończyło się dla naszych nie najlepiej, ale za to emocji było mnóstwo. Ja w zasadzie nie przepadam za piłką nożną. Nudzi mnie obserwowanie tego całego biegania po boisku, a krzyki komentatorów mnie denerwują. Wystarczy stwierdzić, że poprzedni mecz obejrzałam w całości w 1982 roku. Był to mecz Polska:Peru, który wygraliśmy 5:1. Do tej pory potrafię wyliczyć jednym tchem, kto te bramki dla nas strzelił: Smolarek, Lato, Boniek, Bumcol i Ciołek. Ach, co to był za mecz... Wspomnienie oglądania całą rodziną, na małym telewizorze, na czarno-białym ekranie - bezcenne.
Minęło 30 lat i teraz ze swoimi dziećmi zasiadłam do oglądania meczu. Ciekawe czy one będą to pamiętać tak długo, jak ja ów mecz ze swojego dzieciństwa. Szczególnie wytrwałe w kibicowaniu były dziewczynki. Nawet gdy musiały pójść spać w trakcie, to pierwsze pytanie rano brzmiało "Kto wygrał?" Szkoda, że nie mogłam odpowiedzieć, że nasi.
Trudno. Jak ktoś ładnie podsumował naszą grupę, Grecy mają fetę, a Polacy - bryndzę.
Ale to chyba nie powód, by się od naszych odwracać plecami. Powinniśmy brać przykład z kibiców Irlandii, dumnych ze swej drużyny pomimo porażki. Strasznie fajni są. W moim mieście stacjonowało ich parę tysięcy. Bawili się co dzień do rana, dużo śpiewali, żadnych burd nie było. A nasi kibice? Obrażeni na swoją drużynę, ściągają flagi i chorągiewki z samochodów, mięczaki. Łatwo poznać twardzieli, po tym, że nadal jeżdżą udekorowanymi samochodami. Ktoś niestety brutalnie przerobił nas na mięczaków, kradnąc nam chorągiewkę z samochodu. Gdyby nie to, powiewałaby radośnie nadal.
A mój mąż, który w czasie poprzednich mistrzostw przeżył mecz na żywo w Klagenfurcie stwierdził, że to przeżycie nie umywa się do oglądania meczu z własną żoną. Dla takich słów warto było zorganizować tą całą polsko-ukraińską imprezę ;)
poniedziałek, 21 maja 2012
Z książką mi do twarzy
Nie przypominam sobie, bym kiedyś na blogu wspomniała o mojej miłości do książek, co jest dość dziwne - od zawsze stanowią one niezmiernie ważną część mojego życia. Każdą wolną chwilę spędzam z książką. Zabieram ją ze sobą w każde miejsce, które wiąże się z biernym spędzaniem czasu, dzięki czemu nawet w poczekalni u lekarza miło spędzam czas. Mam też paskudny nawyk czytania przy jedzeniu, czasem stosując dziwaczne systemy zapobiegające zamykaniu się książki przy czytaniu (szanuję książki na tyle, że nie cierpią one przy okazji). Zasypiam oczywiście z książką. Obowiązkowo, choćby tylko parę zdań przed zaśnięciem, czasem ledwo widząc na oczy.
Tak już od najwcześniejszych lat. Zanim nauczyłam się czytać, czytali mi bracia i tata. Najbardziej z tego okresu pamiętam Muminki i wyczekiwanie kolejnych tomów. Tata czytał mi "Pana Tadeusza" i "Serce" Amicisa, co również bardzo lubiłam. A potem zaczęłam czytać sama. W wieku lat sześciu przeczytałam "W pustyni i w puszczy". Może trochę trudno w to uwierzyć, ale dokładnie pamiętam, że tę książkę przeczytałam zanim poszłam do szkoły. Serio-serio. Z nieco późniejszych lat, pamiętam zabawną sytuację w bibliotece. Byłam wtedy chyba w drugiej klasie, gdy pani bibliotekarka odmówiła mi wymiany książki wypożyczonej tego samego dnia, gdyż nie uwierzyła mi, że przeczytałam ją w czasie przerwy.
W liceum miałam dwie przyjaciółki, Anię i Edytę, z którymi wymieniałyśmy się książkami i namiętnie o nich dyskutowałyśmy. Czy byli to "Chłopi" Reymonta, czy "Pani Bovary", czy uwielbiany przez nas Dumas, mogłyśmy dyskutować godzinami. Okrutnie mi tego brakuje.
Lata mijały, zmieniały się preferencje literackie, ale apetyt na książki pozostawał niezmienny. A propos apetytów, ciekawe zjawisko zaobserwowałam u siebie w ciąży - kobietom zdarza się mieć wtedy różne zachcianki. Ja miałam wyłącznie apetyt na czytanie, zachłanność wręcz. Jedynym warunkiem było, by to były dość łagodne treści, żadnych krwawych scen czy zbytnich emocji. Żeby nie zaszkodzić maleństwu, oczywiście. Pamiętam, że przeczytałam wtedy po raz kolejny całą serię o Ani z Zielonego Wzgórza, która idealnie wpasowała się w mój nastrój. Ciekawe, czy czytanie w ciąży ma podobny wpływ, jak puszczanie dziecku muzyki klasycznej ;)
A teraz marzę o tym, by miłość do książek zaszczepić swoim dzieciom. Chyba jesteśmy na dobrej drodze. Dzieci uwielbiają wyprawy do księgarni. Gdy jesteśmy w mieście, prawie siłą ciągną nas do Empiku. Tam zasiadają w kąciku z książkami dla dzieci i oglądają, przebierają, wybierają. Takie wyprawy bywają dość kosztowne niestety, ale za to jaka przyjemność potem czytać i wspólnie je przeżywać. W duchu akcji "Cała Polska czyta dzieciom" - co najmniej 20 minut dziennie, codziennie.
Ostatnio namówiłam Danusię, żeby wypożyczyła w szkolnej bibliotece "Karolcię", którą pamiętam ze swego dzieciństwa. Ciekawa byłam, jak się dzieciom spodoba. Staś był bardzo sceptyczny, gdy usłyszał, że to opowieść o 8-letniej dziewczynce, ale po chwili wciągnęło go, jak i całą resztę. Przyznaję się, że nawet mi trudno się od tej lektury oderwać, co pewnie świadczy o moim daleko posuniętym zdziecinnieniu :)
Na aktualnym etapie wygląda to tak: pięcioletnia Emilka czyta bajki "po swojemu", czyli opowiada własne historie, wzorując się na obrazkach i zapamiętanych treściach. Ośmioletnia Danusia czyta sobie książeczki pisane dość dużymi literami, a bez wieczornego wspólnego czytania nie może zasnąć. Co do Stasia, obawiałam się, że nie przekona się do samodzielnego i dobrowolnego czytania. A tu niespodzianka, od paru dni Staś nie zasypia bez książki, jak widać na obrazku poniżej. Dobra nasza.
A tak przy okazji chciałam się pochwalić, że od dwóch miesięcy piszę recenzje książek dla Musli Magazine :) Serdecznie polecam ten magazyn, tworzony z pasją przez świetnych ludzi.
Tak już od najwcześniejszych lat. Zanim nauczyłam się czytać, czytali mi bracia i tata. Najbardziej z tego okresu pamiętam Muminki i wyczekiwanie kolejnych tomów. Tata czytał mi "Pana Tadeusza" i "Serce" Amicisa, co również bardzo lubiłam. A potem zaczęłam czytać sama. W wieku lat sześciu przeczytałam "W pustyni i w puszczy". Może trochę trudno w to uwierzyć, ale dokładnie pamiętam, że tę książkę przeczytałam zanim poszłam do szkoły. Serio-serio. Z nieco późniejszych lat, pamiętam zabawną sytuację w bibliotece. Byłam wtedy chyba w drugiej klasie, gdy pani bibliotekarka odmówiła mi wymiany książki wypożyczonej tego samego dnia, gdyż nie uwierzyła mi, że przeczytałam ją w czasie przerwy.
W liceum miałam dwie przyjaciółki, Anię i Edytę, z którymi wymieniałyśmy się książkami i namiętnie o nich dyskutowałyśmy. Czy byli to "Chłopi" Reymonta, czy "Pani Bovary", czy uwielbiany przez nas Dumas, mogłyśmy dyskutować godzinami. Okrutnie mi tego brakuje.
Lata mijały, zmieniały się preferencje literackie, ale apetyt na książki pozostawał niezmienny. A propos apetytów, ciekawe zjawisko zaobserwowałam u siebie w ciąży - kobietom zdarza się mieć wtedy różne zachcianki. Ja miałam wyłącznie apetyt na czytanie, zachłanność wręcz. Jedynym warunkiem było, by to były dość łagodne treści, żadnych krwawych scen czy zbytnich emocji. Żeby nie zaszkodzić maleństwu, oczywiście. Pamiętam, że przeczytałam wtedy po raz kolejny całą serię o Ani z Zielonego Wzgórza, która idealnie wpasowała się w mój nastrój. Ciekawe, czy czytanie w ciąży ma podobny wpływ, jak puszczanie dziecku muzyki klasycznej ;)
A teraz marzę o tym, by miłość do książek zaszczepić swoim dzieciom. Chyba jesteśmy na dobrej drodze. Dzieci uwielbiają wyprawy do księgarni. Gdy jesteśmy w mieście, prawie siłą ciągną nas do Empiku. Tam zasiadają w kąciku z książkami dla dzieci i oglądają, przebierają, wybierają. Takie wyprawy bywają dość kosztowne niestety, ale za to jaka przyjemność potem czytać i wspólnie je przeżywać. W duchu akcji "Cała Polska czyta dzieciom" - co najmniej 20 minut dziennie, codziennie.
Ostatnio namówiłam Danusię, żeby wypożyczyła w szkolnej bibliotece "Karolcię", którą pamiętam ze swego dzieciństwa. Ciekawa byłam, jak się dzieciom spodoba. Staś był bardzo sceptyczny, gdy usłyszał, że to opowieść o 8-letniej dziewczynce, ale po chwili wciągnęło go, jak i całą resztę. Przyznaję się, że nawet mi trudno się od tej lektury oderwać, co pewnie świadczy o moim daleko posuniętym zdziecinnieniu :)
Na aktualnym etapie wygląda to tak: pięcioletnia Emilka czyta bajki "po swojemu", czyli opowiada własne historie, wzorując się na obrazkach i zapamiętanych treściach. Ośmioletnia Danusia czyta sobie książeczki pisane dość dużymi literami, a bez wieczornego wspólnego czytania nie może zasnąć. Co do Stasia, obawiałam się, że nie przekona się do samodzielnego i dobrowolnego czytania. A tu niespodzianka, od paru dni Staś nie zasypia bez książki, jak widać na obrazku poniżej. Dobra nasza.
A tak przy okazji chciałam się pochwalić, że od dwóch miesięcy piszę recenzje książek dla Musli Magazine :) Serdecznie polecam ten magazyn, tworzony z pasją przez świetnych ludzi.
środa, 9 maja 2012
Człowiek o niespotykanie dużym mózgu
Stasiowi zrobiło się na czole coś w rodzaju guza.
- Mamo, a co Staś ma na czole? - spytała Emilka
- Mózg mu tak urósł, że już się nie mieści w głowie - zaimprowizowałam odpowiedź.
- Ahaaa, to dlatego jestem tak podejrzanie mądry! - ucieszył się Staś.
- Mamo, a czy ludzie mogą jeść zemstę? - spytała dociekliwie Emilcia
- Nie skarbeczku, zemsty się nie je - odpowiedziałam roztargnionym tonem.
- To dlaczego Megamocny powiedział, że zemsta najlepiej smakuje na zimno?
No i czasem po prostu nie wiem co odpowiedzieć :)
- Mamo, a co Staś ma na czole? - spytała Emilka
- Mózg mu tak urósł, że już się nie mieści w głowie - zaimprowizowałam odpowiedź.
- Ahaaa, to dlatego jestem tak podejrzanie mądry! - ucieszył się Staś.
***
- Mamo, a czy ludzie mogą jeść zemstę? - spytała dociekliwie Emilcia
- Nie skarbeczku, zemsty się nie je - odpowiedziałam roztargnionym tonem.
- To dlaczego Megamocny powiedział, że zemsta najlepiej smakuje na zimno?
No i czasem po prostu nie wiem co odpowiedzieć :)
poniedziałek, 7 maja 2012
Majówki wszech czasów ciąg dalszy
Wczoraj przerwałam majową epopeję na wielkim pakowaniu bagaży na kilkudniowy wyjazd do rodzinki. A oto ciąg dalszy.
Pakując się wykazałam się ogromną przezornością, abyśmy byli przygotowani na wszelkie ewentualności pogodowe, no może wykluczając ciężką śnieżycę. We środę rano wsiedliśmy zatem do naszego niedawno nabytego samochodu, w którym jak się okazało, nie działa klimatyzacja (klima jest ponoć niezdrowa, więc może to i lepiej) i ruszyliśmy w kierunku stolicy. Emilka zajęła się rozważaniem następującej kwestii: skoro Warszawa jest stolicą Polski, to co jest stolicą Warszawy? Reszta dzieci zajęła się liczeniem krów, ja zagłębiłam się w książkę, mój mąż również, jednak aby pogodzić czytanie z prowadzeniem pojazdu, musiał zadowolić się audiobookiem. Oczywiście co parę minut odrywaliśmy się od lektury by odpowiedzieć na rzucane z tylnego siedzenia pytanie: "Daleko jeszcze?"
A gdy już dotarliśmy do Warszawy, do mojej siostrzenicy Moniki i jej męża Piotrka, których serdecznie pozdrawiamy (bo jest spora szansa że tu zajrzą) okazało się, że pieczołowicie spakowany plecak Stasia został w domu. Pogoda zaczęła się psuć, zaś cały dobytek Stasia stanowiły krótkie spodenki i koszulka z krótkim rękawem. Wybraliśmy się więc na zakupy do pobliskiego marketu, ale tam udało nam się zakupić jedynie zapas bielizny. Nie daliśmy sobie tym popsuć dobrego nastroju i ruszyliśmy na podbój stolicy!
Pod Pałacem Prezydenckim zapewne trudno nie zastać jakiejś demonstracji, jednak zaobserwowana przez nas była zaledwie 3-osobowa, za to niezwykle gorliwa. Pomyślałby kto, że im za to płacą ;) My nie demonstrowaliśmy, gdyż nie przygotowaliśmy sobie zawczasu postulatów. Nadrobimy to następnym razem.
Pod pomnikiem Syrenki, nim ktokolwiek zdążył zareagować, Emilcia wskoczyła do fontanny. Co prawda miała ona głębokość zaledwie paru centymetrów, za to skarpetki zostały kompletnie przemoczone. Na szczęście znowu zrobiło się cieplutko i można było je bez problemu zdjąć.
Następnym punktem programu miał być Pałac Kultury, przechrzczony przez Emilkę w "Zamek Kulturalności" - też ładnie, prawda? Ale zrezygnowaliśmy, bo drogo i nie po drodze. Zamiast tego wybraliśmy się do Łazienek, które nas urzekły mnogością wiewiórek, pawi, kwiatów, zapachem bzu i absolutnym brakiem komarów. Staś próbował oswoić wiewiórki przy pomocy jednego orzecha laskowego, licząc na Nobla za to osiągnięcie. Przedsięwzięcie nie udało się, bo wiewiórki w parku są tak spasione, że gałęzie się pod nimi łamią i niełatwo je skusić byle orzechem.
Gdy zmęczeni i zadowoleni wróciliśmy do mieszkania Moniki i Piotrka, Staś kategorycznie stwierdził, że nie ma mowy by założył dziewczyńską piżamę siostry, wobec tego spał w koszulce pożyczonej od Piotrka.
Jeszcze raz dziękujemy Monice i Piotrkowi za gościnę, było przesympatycznie :)
Rano po przepysznym, wiosennym śniadanku ruszyliśmy dalej. Bez klimy, a jakże. I przy wtórze "Daleko jeszcze?"
Do mojej siostry Uli i jej męża Staszka, rodziców Moniki, zajechaliśmy około południa. Było cudownie, dzieci spędzały całe dnie na dworze, a my grillowaliśmy, biesiadowaliśmy, spacerowaliśmy. Nie mogłam się z siostrą nagadać. Dzieci wspaniale się u nich czuły, podobnie zresztą jak my. Zaprzyjaźniły się z sąsiadami i nie nudziły się ani przez chwilę.
Na zdjęciu powyżej, z prawej strony widać kawałek ukochanej mojego męża. Prawdopodobnie ma na imię "Niunia", chociaż to nie jest oficjalnie potwierdzone. Ostatnio spędza z nią każdą wolną chwilę ;)
Kury stanowiły jedną z większych atrakcji. Dzieci biegały systematycznie sprawdzić, czy kury już zniosły jakieś jajka i z wielkim zapałem je wybierały i przynosiły do domku. Nic nie wiem o stratach tym spowodowanych, chyba że zestresowane kury znoszą teraz mniejsze jajka? Póki co, nikt się nie skarży ;)
Majówka była cudowna, dziękujemy Uli i Staszkowi za wspaniałą gościnę i przemiłe chwile razem. Pozdrawiamy również Pawełka, z którym spędziliśmy niewiele czasu, gdyż w przeciwieństwie do nas, musiał pracować.
W drodze powrotnej mieliśmy już sprawną klimatyzację! Zaś dzieci zapadły szybko w sen, nie miał więc kto pytać, czy jeszcze daleko. Bez korków i innych przeszkód po drodze, zajechaliśmy do domu w środku nocy, zmęczeni, szczęśliwi i pełni wspomnień.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o najdłuższą majówkę nowoczesnej Europy (i najdłuższy chyba post na blogu). Buziaki dla wszystkich, którzy dotrwali do końca :)
Pakując się wykazałam się ogromną przezornością, abyśmy byli przygotowani na wszelkie ewentualności pogodowe, no może wykluczając ciężką śnieżycę. We środę rano wsiedliśmy zatem do naszego niedawno nabytego samochodu, w którym jak się okazało, nie działa klimatyzacja (klima jest ponoć niezdrowa, więc może to i lepiej) i ruszyliśmy w kierunku stolicy. Emilka zajęła się rozważaniem następującej kwestii: skoro Warszawa jest stolicą Polski, to co jest stolicą Warszawy? Reszta dzieci zajęła się liczeniem krów, ja zagłębiłam się w książkę, mój mąż również, jednak aby pogodzić czytanie z prowadzeniem pojazdu, musiał zadowolić się audiobookiem. Oczywiście co parę minut odrywaliśmy się od lektury by odpowiedzieć na rzucane z tylnego siedzenia pytanie: "Daleko jeszcze?"
| Oczywiście Basia pojechała z nami |
A gdy już dotarliśmy do Warszawy, do mojej siostrzenicy Moniki i jej męża Piotrka, których serdecznie pozdrawiamy (bo jest spora szansa że tu zajrzą) okazało się, że pieczołowicie spakowany plecak Stasia został w domu. Pogoda zaczęła się psuć, zaś cały dobytek Stasia stanowiły krótkie spodenki i koszulka z krótkim rękawem. Wybraliśmy się więc na zakupy do pobliskiego marketu, ale tam udało nam się zakupić jedynie zapas bielizny. Nie daliśmy sobie tym popsuć dobrego nastroju i ruszyliśmy na podbój stolicy!
| Pałac Prezydencki |
| Demonstracja przeciwko... czemuś tam |
Pod Pałacem Prezydenckim zapewne trudno nie zastać jakiejś demonstracji, jednak zaobserwowana przez nas była zaledwie 3-osobowa, za to niezwykle gorliwa. Pomyślałby kto, że im za to płacą ;) My nie demonstrowaliśmy, gdyż nie przygotowaliśmy sobie zawczasu postulatów. Nadrobimy to następnym razem.
| Warszawska Syrenka |
Następnym punktem programu miał być Pałac Kultury, przechrzczony przez Emilkę w "Zamek Kulturalności" - też ładnie, prawda? Ale zrezygnowaliśmy, bo drogo i nie po drodze. Zamiast tego wybraliśmy się do Łazienek, które nas urzekły mnogością wiewiórek, pawi, kwiatów, zapachem bzu i absolutnym brakiem komarów. Staś próbował oswoić wiewiórki przy pomocy jednego orzecha laskowego, licząc na Nobla za to osiągnięcie. Przedsięwzięcie nie udało się, bo wiewiórki w parku są tak spasione, że gałęzie się pod nimi łamią i niełatwo je skusić byle orzechem.
| Pomnik Chopina |
| Przepiękne łąki żonkili |
| Cudne okoliczności przyrody i architektury |
| Dwóch Stanisławów (ten po prawej kazał mi w podpisie umieścić, że wkrótce będzie równie sławny jak ten na pomniku ;)) |
| Ogrodzenie przy Belwederze |
| No co, leży jak ulał ;) |
| Dzieci były zachwycone spaniem na materacach |
Rano po przepysznym, wiosennym śniadanku ruszyliśmy dalej. Bez klimy, a jakże. I przy wtórze "Daleko jeszcze?"
Do mojej siostry Uli i jej męża Staszka, rodziców Moniki, zajechaliśmy około południa. Było cudownie, dzieci spędzały całe dnie na dworze, a my grillowaliśmy, biesiadowaliśmy, spacerowaliśmy. Nie mogłam się z siostrą nagadać. Dzieci wspaniale się u nich czuły, podobnie zresztą jak my. Zaprzyjaźniły się z sąsiadami i nie nudziły się ani przez chwilę.
| Wiosenne skejterki |
| Zabawy z balonami, bardziej i mniej typowe |
| Moja wiosenka :) |
| Rzodkiewki prosto z ogródka |
| Murzyńskie rytmy |
| Wieczorny relaks |
| Staś hiphopuje w nieco przydużej bluzie swojego kuzyna Pawła ;) |
| Fajerwerki! |
| Nioska |
| Balonowe szaleństwo (na ziemi widać resztki tych, co popękały, a było ich mnóstwo!) |
| Nocny skating |
| Nocny hulajnoging |
| Basia również nauczyła się skejtować |
| A oto już czas pożegnania |
| Trudno było się rozstać |
| Samochód z dziećmi gotowy do powrotnej drogi |
W drodze powrotnej mieliśmy już sprawną klimatyzację! Zaś dzieci zapadły szybko w sen, nie miał więc kto pytać, czy jeszcze daleko. Bez korków i innych przeszkód po drodze, zajechaliśmy do domu w środku nocy, zmęczeni, szczęśliwi i pełni wspomnień.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o najdłuższą majówkę nowoczesnej Europy (i najdłuższy chyba post na blogu). Buziaki dla wszystkich, którzy dotrwali do końca :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
