Danusia budząc się z popołudniowej drzemki w
ubiegły poniedziałek unieruchomiła mnie na dość długo, jak widać :) Nie
planowałam tak długiej przerwy. Chciałam pisać póki wspomnienia były
jeszcze świeże. Ale w tak zwanym międzyczasie przydarzył się nam
niezaplanowany wyjazd do Grudziądza, skąd wróciliśmy dopiero w niedzielę
wieczorem. Siedzę teraz, patrząc w monitor i nie wiem, czy potrafię coś
jeszcze napisać o naszej wyprawie do Pragi. Spróbuję :)
Zacznijmy
od podróży. Jechaliśmy naszym wiekowym samochodem, który świetnie się
spisał, udowadniając, że na japońskich pojazdach można polegać, pomimo
wieku. Z uwagi na nieustanne upały (i brak klimatyzacji) postanowiliśmy
jechać nocą. Danusia chyba wyczuła, że coś się szykuje, bo obudziła się
chwilę przed naszym wyjazdem. Utuliłam ją, uśpiłam. Po chwili obudziła
się ponownie. Poleżałam przy niej parę minut, zasnęła. I tak parę razy. W
końcu Agnieszka, która spała z Danusią i miała z nią spać przez kolejne
noce zadecydowała, że mamy jechać, a ona sobie jakoś poradzi. Jak się
dowiedzieliśmy później, Danusia rozbudziła się na dobre, a więc Aga
zeszła z nią do kuchni, trochę się tam pokręciły, zjadły płatki na mleku
i około czwartej poszły spać. Dalsza część nocy, jak i wszystkie
kolejne, minęły dzieciom już bez żadnych problemów. A my dojechaliśmy
bez większych przeszkód do Pragi po 12 (!) godzinach jazdy. Ja nie
spałam, towarzysząc dzielnie Jarkowi, który dojechał naprawdę bardzo
zmęczony (nie ukrywam, że ja też troszkę). Dotarliśmy do zarezerwowanego
uprzednio hotelu, który okazał się przyzwoicie schludny, tani, w bardzo
fajnym punkcie miasta, z którego mieliśmy parę minut drogi do metra, a
na upartego na starówkę można było dojść pieszo. Pokój może nie był zbyt
elegancki, a łóżka mieliśmy oddzielne, co jest dość nietypowe jak na
podróż poślubną, ale taki problem to nie problem ;) Ważne, że łazienka
była świeżo wyremontowana, czysta i wyposażona jak należy, reszta to już
nasza improwizacja.
Bałagan ;)
Gdy
wypoczęliśmy trochę, natychmiast ruszyliśmy na starówkę, powoli
zapoznając się z tajnikami praskiego metra oraz waluty, którą z trudem
przeliczaliśmy w pamięci na złotówki. Na początku nie bardzo nam to
szło, wskutek czego wydaliśmy więcej pieniędzy, niż planowaliśmy.
Później musieliśmy trochę przycisnąć pasa. Ale co tam, przynajmniej tego
pierwszego wieczoru zjedliśmy sobie kolację w dość eleganckim miejscu z
miłą (słowacką?) obsługą. Przespacerowaliśmy się w okolicach Mostu
Karola, przeciskając się wśród różnojęzycznych turystów. Wciąż jeszcze
zmęczeni wróciliśmy do hotelu, planując rozpocząć poznawanie Pragi od
rana.
Pierwsze zdjęcie
W
naszym nieocenionym przewodniku napisali, że należy uważać, próbując
się porozumieć z Czechami po polsku, ponieważ podobieństwo tych dwóch
języków może okazać się złudne. Święta prawda! Bo jak byście
zareagowali, gdyby ktoś Was namawiał, by kupić "Denne cerstwe pecivo"?
(pisownia z pamięci ;)) A na podstawie jednej z reklam zaczęłam się
zastanawiać, czy "plecy" po czesku oznaczają "twarz". W tym przypadku
mogę się mylić... Ale co ma oznaczać napis na kontenerach poniżej???
Snuliśmy na ten temat różne rozważania...

W
pobliżu hotelu znaleźliśmy miłą cukrarne, czyli cukiernię, gdzie od tej
pory rozpoczynaliśmy nasz dzień przy kawie i smacznych kanapkach, z
mapą w rękach planując trasy wycieczek. Pierwszego dnia postanowiliśmy
przejść się pieszo na Hradczany, które wydawały się być dość blisko (to
około dwa przystanki metra od nas). Rzeczywiście, dało się tam dojść
pieszo, nawet w tym upale i pełnym słońcu. Po drodze zahaczyliśmy o
piękne Ogrody Królewskie, gdzie można było trochę ochłonąć w cieniu przy
fontannie.
Hradczany okazały się cudne, acz kompletnie zapchane
turystami. Do każdej atrakcji turystycznej ciągnęły się kilkumetrowe
kolejki i nigdzie nie można było wejść bez biletów. Bilet pozwalający
wejść do Katedry, Zamku i na Złotą Uliczkę kosztował nas tyle, co obiad w
dobrej restauracji... Ale przecież nie mogliśmy pojechać do Pragi i
ominąć Hradczany! Złotą Uliczkę wyobrażałam sobie jakoś tak bardziej
złoto, a okazała się rzędem niskich kamieniczek w pastelowych kolorach.
Tam kiedyś pracowali alchemicy, próbując znaleźć recepturę złota albo
kamienia filozoficznego. Teraz to coś w rodzaju centrum handlu
pamiątkami. Trochę szkoda... Ale nie mogłam się oprzeć i kupiłam sobie
piękny sznurek korali, który jest teraz dla mnie bardzo cenną pamiątką.
Zatłoczona Złota Uliczka
Katedra Św. Wita, podczas budowy której zużyto ponad 2 tony srebra!
Zwiedziwszy
co się dało na Hradczanach, zjedliśmy drogi i niesmaczny obiad,
popijając dobrym piwem ze wspólnego, litrowego kufla. Później w
poszukiwaniu jakiegoś opactwa znalezionego przez Jarka na mapie,
zabłądziliśmy do wielkiego parku, zwanego Parkiem Zakochanych
(przynajmniej w naszym przewodniku). Park ten znajdował się na dość
wysokim wzgórzu. Namówiłam Jarka, żeby zejść na dół, gdzie powinniśmy
znaleźć się w okolicach Mostu Karola. Ześlizgiwaliśmy się po stromych
ścieżkach, ryzykując sturlanie się, podczas gdy parę metrów obok
znajdowały się wygodne schody, które rzecz jasna znaleźliśmy później.
Bardzo podobała mi się ta część wycieczki. Nie było tam tłumów turystów,
panował przyjazny cień i chłód, a widoki spomiędzy drzew były naprawdę
zachwycające. Aż strach pomyśleć, ile tego dnia zrobiliśmy kilometrów
pieszo, ale warto było. No i rzeczywiście znaleźliśmy się w pobliżu
Mostu Karola. Przeszliśmy na drugą stronę (oczywiście znów tłumy
turystów) i odpoczęliśmy w jednej z knajpek z widokiem na Wełtawę.
Później pochodziliśmy jeszcze po starówce, ale zmęczenie dało się nam we
znaki, więc wróciliśmy do hotelu. Po kolacji oswoiliśmy jeszcze
pobliską knajpkę, gdzie mieliśmy odtąd spędzać wieczory i wróciliśmy
ledwie żywi do hotelu, następny dzień planując spędzić mniej
intensywnie. Ale jak to często bywa, realizacja często odbiega od
planów.
Park Zakochanych
We
wtorek rano upał trochę zelżał. Postanowiliśmy zacząć zwiedzanie od
słynnej żydowskiej dzielnicy Josefov, szczególnie znanej z pięknego,
starego cmentarza. Bardzo chciałam zobaczyć grób rabina Löw,
który wedle legendy zbudował golema. Jak się jednak okazało, aby wejść
do synagogi czy na cmentarz trzeba kupić wejściówki w cenie, która nas
powaliła. Zdegustowało mnie szczególnie to, że aby wejść na cmentarz
trzeba kupić bilet. Co by na to powiedzieli ludzie, którzy wieki temu
zostali tam pochowani? Obejrzeliśmy więc sobie synagogę tylko z
zewnątrz, pobłądziliśmy trochę po pięknych uliczkach Pragi, a następnie
przeszliśmy do kolejnego punktu programu, wyruszając metrem na
Wyszehrad.
Miejsce to mnie urzekło. Pięknie położone na wzgórzu,
z cudnym widokiem na Wełtawę i wszystkie mosty... A przy tym spokój,
brak turystów, obiad za przystępną cenę. I piękny, stary cmentarz, na
którym do tej pory chowani są zasłużeni mieszkańcy miasta. W dużym
stopniu wynagrodził nam cmentarz na Josefovie, którego nie mogliśmy
zobaczyć. Z Wyszehradu wyruszyliśmy pieszo, brzegiem Wełtawy na Nowe
Miasto. Zrobiliśmy ładnych parę kilometrów, mijając kolejne mosty na
rzece, ale był to cudowny spacer. Doszliśmy bardzo zmęczeni na Vaclavske
Namesti - piękną promenadę, niestety znów pełną turystów. W jednej z
licznych knajpek wypiliśmy kawę, której cena jeżyła włos na głowie. Na
nic więcej nie mieliśmy siły - a więc tylko hotel, a później nasz
wieczorny bar, który na szczęście był blisko hotelu, bo oboje mieliśmy
problemy z chodzeniem.
Vaclavske Namesti
W
związku z powyższym na następny dzień zaplanowaliśmy pełen relaks -
plaża, kąpiel, słońce. Znalazłam na mapie miejsce oznaczone jako
kąpielisko. Trafiliśmy tam z wielkim trudem. Kąpielisko okazało się
raczej wyludnione, plaża niezbyt ładna, zarośnięta trzcinami, ale dla
nas najważniejsze było, że jest tam woda i miejsce do poleżenia. Dno
jeziora było strasznie kamieniste, co okazało się zbawienne dla naszych
stóp - wszelkie bóle minęły jak ręką odjął. Woda w jeziorze była ciepła
jak zupa, pływało się cudownie. I czego chcieć więcej?
Blada ja ;)
Tak
właściwie to był koniec naszej wycieczki. Pozostały tylko zakupy,
prezenty dla dzieci i dla rodziny i powrót do domu. Byłam ogromnie
stęskniona za dziećmi i zaniepokojona, jak nas powitają po parudniowej
rozłące. Gdy dojechaliśmy na miejsce po 22, dzieci jeszcze nie spały i
czekały na nas. Danusia gdy nas zobaczyła, zrobiła wszystkim "papa!",
złapała nas za ręce, prowadząc w stronę samochodu. Najwyraźniej chciała
wracać do Torunia ;) Z trudem dała się uśpić, koniecznie tatusiowi. A ja
padłam na łóżko obok Stasia i zasnęłam przytulona do niego. Tak
skończyła się nasza podróż poślubna...
PS.
Wiem, że ten post jest strasznie długi i pewnie dla Was nużący. Ale
chciałam mieć to wszystko na piśmie, zanim zapomnę. Brawa dla
wszystkich, którzy dotrwali do końca!