Strony

wtorek, 28 kwietnia 2015

Elegancka Masa Krytyczna

...czyli ciąg dalszy soboty pełnej przygód :)

Może najpierw parę słów tytułem wprowadzenia, czym jest Rowerowa Masa Krytyczna. Wikipedia mówi tak:

Masa Krytyczna – nieformalny ruch społeczny, polegający na organizowaniu spotkań maksymalnie licznej grupy rowerzystów i ich wspólnym przejeździe przez miasto. Spotkania te odbywają się pod hasłem "My nie blokujemy ruchu, my jesteśmy ruchem" i mają na celu zwrócenie uwagi władz i ogółu społeczeństwa na zwykle ignorowanych rowerzystów.

Myślę, że poprawa infrastruktury rowerowej jest przynajmniej w części zasługą Masy Krytycznej i koordynujących ją stowarzyszeń. W Toruniu bardzo prężnie działa Stowarzyszenie Rowerowy Toruń, bardzo sympatyczna organizacja. Kiedyś jadąc rowerem przez miasto zostałam zatrzymana przez wolontariuszy i otrzymałam wafelek w nagrodę za poruszanie się tym ekologicznym środkiem transportu. To było bardzo miłe :)

W poprzednim wpisie przedstawiłam Wam nasze sobotnie przedpołudnie biegowe w Inowrocławiu. Gdy dobiegaliśmy do mety, ja już myślałam o tym, czy zdążymy na najbliższy pociąg, aby wyrobić się z dotarciem na Rynek Nowomiejski o 15. Udało się! W domu byliśmy po 13.30. Wspólnie przygotowaliśmy szybkie naleśniki na obiad. Staś stwierdził, że po wyprawie do Inowrocławia i po Niebieskim Biegu jest zbyt zmęczony, by przejechać ponad 20 km rowerem. Ja też trochę wymiękałam i byłam skłonna dać sobie spokój. Ale Emilka nie chciała słyszeć o tym, by Elegancka Masa miała nas ominąć! Emilka kocha zarówno rower, jak i elegancję, więc nie ma mowy, by odpuścić taką okazję. Cóż było robić. Nie było czasu na szykowanie specjalnej stylizacji, więc na szybko wyciągnęłam z szafy sukienkę, która według mnie najmniej z mojej garderoby nadaje się na rower. Miałam pewien problem z butami, gdyż szpilki wydały mi się zbyt hardkorowe, a innych pantofli w zasadzie nie posiadam. Udało się jednak znaleźć w zakamarkach szafy dziwaczne buty, których nie wiem czemu do tej pory się nie pozbyłam, a które znakomicie dopełniały rowerową stylizację. Apaszka na szyję... i na nic więcej nie było czasu. Emilka zaś postawiła na śmiały dobór kolorów połączony z eleganckim krojem. Fajnie byłoby do tego dobrać jakieś ciekawe fryzury lub nakrycia głowy i biżuterię. Następnym razem przygotujemy się lepiej - mamy już nawet plan, by wystąpić elegancko całą rodziną!

Takie buty!

W tym momencie nastąpił najtrudniejszy moment całego przedsięwzięcia, czyli dotarcie w nietypowym stroju na start Masy. Potem to już pikuś, żaden problem jechać w towarzystwie setek ekstrawagancko ubranych rowerzystów. Co innego pokonać ulice miasta samemu. Starałam się trzymać wysoko głowę i uśmiechać się w odpowiedzi na zdziwione i zdegustowane miny. Ostatecznie nie było tak źle.

Gdy dojechałyśmy wraz z Emilką na start, rozejrzałam się po zgromadzonych rowerzystach i poczułam się nieco rozczarowana. Sądziłam, że każdy uczestnik Masy podejmie choć minimalny wysiłek, by dopasować się do tematyki, ale wygląda na to, że połowa zupełnie to zignorowała, a szkoda. Za to liczba uczestników była rekordowa - 650 osób!

fot. Stowarzyszenie Rowerowy Toruń

Przed startem przyznano nagrody dla najbardziej eleganckich rowerzystek i rowerzystów. Muszę przyznać, że niektórzy naprawdę zadali szyku! Miło było popatrzeć. Jak się okazało, szpilki również nie stanowią problemu i sporo pań dzielnie w nich pedałowało. Rzecz do rozważenia przy następnej okazji.

fot. Stowarzyszenie Rowerowy Toruń

Cóż więcej mówić. Pogoda - przecudna, ciepło i słonecznie (opaliłam sobie plecy!). Atmosfera niezwykle przyjemna, tempo jazdy relaksowe, trasa ciekawa i wygodna, do tego energetyczna muzyka... Kierowcy cierpliwie czekali, aż barwny korowód rowerzystów przejedzie im przed nosem (ale co sobie mruczeli pod nosem, można sobie jedynie wyobrażać). Emilka była zachwycona i nie zdarzyło jej się podczas jazdy marudzić. Wygląda na to, że ten sport znacznie bardziej jej odpowiada, niż bieganie (została nawet wybrana do rowerowych zawodów szkolnych).

Rajd zakończyliśmy na Starym Rynku tradycyjnym podniesieniem rowerów nad głowę.

fot. Stowarzyszenie Rowerowy Toruń

Ja nawet nie próbowałam podnieść swojego, bo to mogłoby się źle skończyć, ciężki skubaniec jest. No i wróciłyśmy elegancko z Emilką do domu, śledzone spojrzeniami przechodniów, a może coś sobie wmawiam ;) Cała trasa wyniosła 23 km.

A po wszystkim czekał nas jeszcze maraton w domu, czyli nadrobienie sobotniego sprzątania i przygotowanie imieninowej kolacji dla Taty-Jarka. Muszę przyznać, że pod naszą nieobecność Staś solidnie przyłożył się do wyznaczonych mu zadań (odkurzanie, zamiatanie, wyrzucenie śmieci itp.).

Wieczorem wróciła również Danusia, zadowolona z wyjazdu i zdobytego w Warszawie medalu. Cała rodzina zebrała się przy kolacji, dzieląc się wrażeniami i przerywając sobie nawzajem. Każdy z nas dziś zdobył jakiś medal.



Idealny dzień... :)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

III Niebieski Bieg Świadomości w Inowrocławiu

Jak wiadomo, kwiecień jest miesiącem wiedzy o autyzmie. Z tej okazji w Inowrocławiu już po raz trzeci organizowany jest Niebieski Bieg Świadomości wiedzy o autyzmie.

Z inicjatywą Niebieskiego Biegu Świadomości spotkałam się rok temu, gdy Danusia zapragnęła wystartować w zorganizowanym biegu ulicznym. Zaczęłam się wtedy rozglądać za biegiem, w którym mogą wziąć udział dzieci. Znalazłam taki bieg niedaleko, w Inowrocławiu oddalonym o 40 km od Torunia. Niebieski Bieg to impreza charytatywna, upowszechniająca wśród ludzi problematykę autyzmu. Dzięki jednakowym, niebieskim koszulkom, niebieskim balonom i banerom, biegacze przyciągają uwagę przechodniów, wzbudzając ich zainteresowanie tematem imprezy. Biegowi towarzyszy szereg odczytów i konferencji. Naszą ubiegłoroczną przygodę z Niebieskim Biegiem opisałam TU.

Gdy wracaliśmy całą rodziną z ubiegłorocznego Niebieskiego Biegu Świadomości stwierdziłam: wrócimy tu za rok. Zatem chociaż pojawiały się przeszkody, postanowiłam mimo wszystko się na ten bieg wybrać. Najpierw okazało się, że w terminie biegu Tata-Jarek ma wyjazd na wyścig kolarski "Żądło Szerszenia" do Trzebnicy, z czego ani myśli zrezygnować. Ale przecież możemy pojechać pociągiem, co jest dla dzieci swego rodzaju przygodą. Znalazłam w rozkładzie odpowiednie, świetnie pasujące połączenie, a że to pociąg Intercity, zakupiłam bilety z wyprzedzeniem, bo wtedy jest sporo taniej.

Niestety jak się parę dni przed wyjazdem okazało, Danusia również nie mogła jechać z nami, bo ma tego samego dnia zawody w Warszawie. To mnie już trochę zabolało, bo Danusia lubi biegać i nieźle jej to wychodzi. Ubiegłoroczny Niebieski Bieg ukończyła ze świetnym wynikiem 31 minut. To głównie z myślą o niej organizowałam ten wyjazd. Emilka i Staś nie mają ambicji przebiegnięcia takiego dystansu, nastawiamy się raczej na marszobieg. No ale trudno, nie ma zmiłuj, pojedziemy we trójkę. Nic to, że ominą nas atrakcje z weekendu "Toruń za pół ceny", a udział w Eleganckiej Masie Krytycznej stanie pod znakiem zapytania (czy uda nam się wrócić na tyle wcześnie, by stawić się na rynku o 15?).

Sobota, 6 rano - pobudka. Za oknem piękna pogoda i niebo idealnie w kolorze logo Niebieskiego Biegu. Pakujemy się, jemy śniadanie, Danusia zbiera się na wyjazd do Warszawy, a my ruszamy autobusem na dworzec.



Jest cudnie. Po krótkiej podróży pociągiem, o 9 rano jesteśmy już w Inowrocławiu, skąd autobusem dojeżdżamy do Galerii Solnej, gdzie ma miejsce start biegu. Widać mnóstwo ludzi w niebieskich koszulkach, po chwili my też odbieramy swoje. Koszulki są bawełniane, mają piękny kolor i są niezłej jakości. W tym roku dostępne są również w rozmiarze dziecięcym - to dobrze, bo poprzednio nawet te w rozmiarze "S" sięgały dzieciom do kolan. W pakietach startowych znajdujemy też Muszyniankę - naszą ulubioną wodę oraz batoniki. Mamy jeszcze dość czasu, by zjeść drugie śniadanie, oddać bagaż do depozytu i popstrykać sobie fotki przed startem.



Nieodłącznym elementem każdego Niebieskiego Biegu jest chmara niebieskich balonów nad Inowrocławiem. Każdy uczestnik dostaje balonik napompowany helem i w momencie startu wypuszcza go w niebo. Efekt zapiera dech. Emilka bardzo niechętnie rozstała się ze swym balonikiem, ale w końcu i on dołączył do pozostałych. Wystartowaliśmy... no i zaczęła się jazda.


Nie wiem, czy to upał, czy może gorszy dzień Emilki - faktem jest, że już po pierwszych kilkudziesięciu metrach oświadczyła, że już jest zmęczona. Truchtaliśmy bardzo powoli, a ona mimo wszystko narzekała na kolkę, ból kolana, ból stopy i wszystkich części ciała, jakie zdołała sobie przypomnieć. Wprowadziłam system liczenia latarni przy drodze - 5 latarni biegiem, 2 marszem. Mimo to po krótkim czasie straciliśmy z oczu "peleton", ale otuchy dodawało nam, że mieliśmy za sobą jeszcze trzy osoby maszerujące z kijkami.


Park Miejski w Inowrocławiu jest przepiękny. Kwiaty, zieleń i słońce - to dodało sił Emilce, ale po wybiegnięciu na ulice miasta znowu zaczęła marudzić. Dodatkowym utrudnieniem był brak oznakowania trasy biegu, a wolontariusze już opuścili swoje posterunki. Wyobraźcie sobie, że musieliśmy pytać o drogę przechodniów. To było dość zabawne, ale trochę żenujące. W końcu w naszym polu widzenia pojawił się stadion, gdzie znajdowała się meta i odetchnęliśmy z ulgą. W głośnikach słyszeliśmy komunikat, że "Wszyscy uczestnicy biegu znajdują się już na stadionie". A przecież jednak nie wszyscy...

Na ostatnich metrach Emilka przewróciła się na bieżni i na metę wbiegła z płaczem. A tam nikt na nas nie czekał... Byłam trochę rozgoryczona z tego powodu. Pokonanie 5 km zajęło nam 45 minut, co nie było tragicznym wynikiem, jak na 8-latkę, prawda? A impreza promowana jest jako bieg rodzinny. Mimo wszystko organizatorzy postarali się zatrzeć to niemiłe wrażenie, medale dla nas się znalazły a udekorował nas sam prezydent Inowrocławia, pan Ryszard Brejza.

Pamiątkowe zdjęcie z panem Prezydentem :)
I może trudno w to uwierzyć, ale widząc medal na swej szyi, Emilka momentalnie zapomniała o całej 5-kilometrowej męczarni i z zachwytem oświadczyła, że za rok znowu biegniemy. Ja jednak muszę to przemyśleć :)


Po dekoracji w pośpiechu opuściliśmy stadion, by taksówką dotrzeć na dworzec, tam kupić bilety, wsiąść do pociągu... A jak się okazało podczas kontroli konduktorskiej wsiedliśmy nie do tego pociągu, na który mieliśmy bilety. Na szczęście obydwa jechały do Torunia w jednym czasie, jednakże bilety trzeba było wymienić, bo to nie te linie, wiecie jak jest. W pociągu fajnie, bo mieliśmy nadal na sobie niebieskie koszulki, co spotkało się z sympatycznymi komentarzami współpasażerów. I o to właśnie chodzi.



Udało nam się wrócić na tyle sprawnie, by po szybkim, wspólnie przygotowanym obiedzie, zdążyć na Elegancką Masę Krytyczną, która też zasłużyła na parę zdań komentarza... Ale o tym wkrótce, stay tuned! ;)

piątek, 24 kwietnia 2015

Dzieci wiedzą lepiej

W drodze do Biedronki:

Emilka: - Mamo, pamiętaj, że miałaś kupić jogurt wegetariański!
Mama Czyli Ja: - Wegetariański?? A jaki to jogurt?
E: - No przecież taki dla wegetarian.
MCJ: - A kto to taki - wegetarianin?
E: - Wegetarianie jedzą różne rzeczy. Na przykład banany, jogurty, mięsko...
MCJ: - Mięsko? Jakie mięsko?
E: - Może być mielone... Chodzi o to, że wegetarianie jedzą wszystko pałeczkami.
MCJ: - Wszystko? Banany też pałeczkami?
E: - Banany też, tylko mama musi je najpierw obrać.
MCJ: - Ach tak.

Tytułem wyjaśnienia: jogurt wegetariański okazał się być jogurtem greckim. Reszta wynurzeń Emilki na temat wegetarian (mięsko? mielone??) pozostaje dla mnie zagadką.


czwartek, 2 kwietnia 2015

Sadzawka



Wieczorne czytanie. W ostatnim tomie Harrego Pottera scena mrożąca krew w żyłach: Harry i Hagrid mkną latającym motocyklem, ścigani przez Voldemorta i śmierciożerców. Śmiertelne zaklęcia śmigają w powietrzu. Naszym bohaterom cudem udaje się umknąć. Spadają z ogromnej wysokości i wraz z motocyklem pikują prosto do sadzawki. Hagrid podnosi się, umazany szlamem i krwią...

- Mamo, a co to jest szlam? - pyta Emilka.
- To takie płynne błoto - odpowiadam i wracam do lektury.
- Ale dlaczego on jest umazany szlamem?
- No przecież wpadli do sadzawki.
- A skąd w sadzawce wzięło się błoto?
- W sadzawce jest pełno mułu i błota... Nie widziałaś nigdy sadzawki?
- A co to właściwie jest sadzawka? - pyta skonsternowana Emilka.
- Takie małe bajorko - odpowiadam.
- Aha... A ja myślałam, że sadzawka to siedzenie od motocykla...

Prawdę mówiąc... usadowić się na sadzawce to nawet nieźle brzmi :)

piątek, 20 marca 2015

Łzawa historia

Nie znoszę płakać na filmach!

Kompletnie bezsensowne wydaje mi się tak emocjonalne reagowanie na zdarzenia, które wydarzyły się tylko w czyjejś wyobraźni i absolutnie mnie nie dotyczą. I co z tego, skoro "mam oczy w mokrym miejscu" i choćbym nie wiem jak się starała, nie umiem powstrzymać łez. A jednak był taki okres, że byłam twardzielem i nie ma zmiłuj, żadnego płakania. Trauma z dzieciństwa wysuszyła moje oczy na parę lat...

Nigdy nie wiadomo, co może stać się przyczyną traumy, a w dzieciństwie szczególnie jesteśmy na nią narażeni. Miałam wtedy 6 lat, a moim ulubionym serialem była "Pogoda dla bogaczy". Mimo późnej pory, rodzice nie robili problemów, bym z resztą rodzeństwa oglądała ten film. Gdy przyszła pora na ostatni odcinek, w którym zgładzono mojego ulubionego bohatera, zalałam się łzami nad jego losem, opłakując również kres niedzielnych wieczorów z ukochanym filmem. Rodzeństwo nie darowało mi tej chwili słabości. "Zakochałaś się!" - kpili bezlitośnie. "Taka siuśmajtka a za przystojniakami już się ogląda, patrzcie ją!". Pobiegłam wypłakać się gdzieś w kącie, z dala od wszystkich dokuczalskich. Upokorzona postanowiłam, że odtąd będę twarda.

Słowo się rzekło. Dorastałam trzymając się swego postanowienia. Mimo, że na niektórych filmach szczypało mnie w gardle ze wzruszenia, moje oczy pozostawały suche. Do czasu, gdy...

Byłam wtedy już na trzecim roku studiów. Wraz z przyjaciółką Agnieszką wybrałyśmy się na maraton filmowy do kina Orzeł, w którym teraz mieści się chyba Biedronka. Na maratony chadzało się bez specjalnego wybrzydzania co do treści, czasem nawet nie wiedząc dokładnie, jakich tytułów się spodziewać (zwłaszcza, że z różnych powodów czasem wyświetlano filmy inne, niż anonsowane). Tym razem jako pierwszy leciał film "Myszy i ludzie". Historia George'a i Lenniego tak mnie wzruszyła, że tym razem, mimo wszelkich starań, nie udało mi się powstrzymać łez. Tama pękła, a łzy płynęły obfitymi kaskadami. Nawet gdy film się skończył i minęła przerwa, ja nadal szlochałam, kompromitując się na całej linii. Niewylane przez lata łzy skumulowały się i musiałam dać im ujście, zużywając kolejne chusteczki higieniczne, podawane mi cierpliwie przez Agnieszkę.



Korek od wodospadu wypadł nieodwracalnie i teraz już nie potrafię zapanować nad łzami. Ach, jak ja strasznie płakałam na "Skazanym na bluesa" albo na "Siedem dusz". Płaczę nawet na kreskówkach! Masakra...

A Wy, lubicie wzruszające filmy? Jaki wzruszył Was najbardziej?
Napiszcie proszę w komentarzach :)


poniedziałek, 9 marca 2015

Jeden dzień w Grudziądzu

To nie był jeden dzień w Barcelonie ani w Neapolu, Paryżu czy Budapeszcie. Opowiem Wam o jednym dniu... w moim rodzinnym Grudziądzu.

Bywamy w Grudziądzu parę razy w roku, jednak zazwyczaj spędzamy ten czas z rodziną, w domu Taty. Zwykle jest za mało czasu, by ruszyć się gdziekolwiek. Trudno uwierzyć, ale minęło już grubo ponad 10 lat odkąd miałam okazję odwiedzić grudziądzką starówkę, pospacerować po ulicach, których nazwy już dawno wyleciały mi z pamięci. Odwiedzić miejsca, których mapę mam zapisaną w sercu. Ale zacznijmy od początku.

Data wyjazdu go Grudziądza została ustalona już jakiś czas wcześniej, gdy ogłoszono, że z okazji Dnia Kobiet w grudziądzkim parku odbędzie się Bieg Kobiet. Lubię brać udział w takich imprezach, dlatego zapisałam się na ten bieg bez wahania. Reszta rodziny miała mi kibicować. W niedzielny poranek wskoczyłam więc w mój strój do biegania, zaś ciuchy "niedzielne" spakowałam do torby i wyruszyliśmy. Pogoda była cudownie wiosenna, słońce przyjemnie grzało. Godzinę później znaleźliśmy się u celu. Dzieci natychmiast wypatrzyły wypasiony plac zabaw i tyleśmy je widzieli. Ja odhaczyłam swój udział w biurze biegu, a ponieważ została godzina do startu, przeszliśmy się z mężem na pobliski cmentarz, odwiedzić grób mojej Mamy i zanieść Jej kwiatki z okazji Dnia Kobiet.

Po powrocie na miejsce startu zobaczyliśmy kolorowy, radosny tłum o znakomitej przewadze kobiet. Jako że sponsor przewidział nagrody za najciekawsze stroje, wiele pań dało upust fantazji, zakładając barwne sukienki, peruki i ozdoby.



Podczas biegu mili panowie rozdawali uczestniczkom słodkości, a na mecie czekał ogromny tort.



Tak miło i aktywnie rozpoczęty dzień musiał potoczyć się znakomicie. Mój brat Piotr i jego żona Ela zaprosili nas na obiad, a później wspólnie wybraliśmy się na Klimek, któremu warto poświęcić parę słów.

Klimek to wieża, wchodząca w skład grudziądzkiego zamku krzyżackiego, zrujnowanego setki lat temu. Usytuowany na szczycie Góry Zamkowej, stanowił bardzo efektowny element grudziądzkiej panoramy. Chociaż zamek nie przetrwał XVIII wieku, sam Klimek dotrwał aż do marca 1945 roku, gdy został wysadzony przez żołnierzy niemieckich. Pod koniec ubiegłego roku został odbudowany i udostępniony zwiedzającym. Oczywiście jego obecna konstrukcja jest nowoczesna, budowanie murów o 3-metrowej grubości nie jest dziś konieczne, a schody są wygodne i przestronne. Wieża jest o 6 metrów niższa, niż pierwowzór, ze względu na przepisy dotyczące konstrukcji. No cóż, lepsza wieża niższa, niż żadna.



Odbudowa Klimka była dla mnie niespodzianką - dowiedziałam się o tym dopiero wtedy, gdy nowy Klimek już został udostępniony do zwiedzania, a w internecie pojawiły się pierwsze piękne zdjęcia. Od tamtej pory nie mogłam się doczekać, aż sama stanę w tym w pewnym sensie historycznym miejscu. Wiecie, w naszym rodzinnym domu na ścianie wisiał obraz autorstwa pana Czesława Szachnitowskiego, przyjaciela rodziny, na którym zakole Wisły ozdobione było wieżą Klimka. Jako dziecko myślałam, że ta wieża to wyraz fantazji artysty. A teraz ta rzekoma "fantazja" stała się dla mnie namacalną rzeczywistością. Uczucie było niesamowite, gdyż okolice Klimka pamiętałam dokładnie z wycieczek szkolnych, a nagle w tym miejscu wyrosły ruiny zamku krzyżackiego i całkiem nowa wieża. Ladorusie zawsze chętnie się wspinają na wszelkiego rodzaju tarasy widokowe, więc i dla nich wycieczka była udana.



Później przeszliśmy się na krótki spacer po starówce, odwiedzając między innymi kościół Farny. Jego wnętrze wydało mi się dziwnie małe, gdyż z dzieciństwa pamiętałam, jaki był duży. Natomiast Staś po wyjściu skomentował: "Mamo, jaki ten kościół jest wielki!". Za parę lat i dla niego się skurczy, taka jest kolej rzeczy.

Odwiedziliśmy jeszcze jeden punkt widokowy, usytuowany na osiedlu Strzemięcin - najwyżej położony punkt Grudziądza. Rozciąga się z niego piękny widok na Wisłę i praktycznie na całe miasto. Dzieci z zachwytu zaczęły wywijać akrobacje, taka radość je rozpierała.



Kolejny komentarz Stasia: "Mamo, w Toruniu mieszka się świetnie i bardzo to lubię. Ale jeśli nie mieszkalibyśmy w Toruniu, to chciałbym mieszkać w Grudziądzu."

Nie miałam pojęcia, że tak bardzo tęskniłam za Grudziądzem. To wielka radość pokazać dzieciom moje liceum, kościół, gdzie wzięliśmy ślub, szpital w którym się urodziłam, dziś już nieczynny...

Popołudnie spędziliśmy z rodziną mojego brata, skąd dzieci trzeba było zabierać wręcz siłą, tak dobrze się bawiły. Są już plany kolejnego spotkania, tym razem w Toruniu - dzieci chcą zaprezentować nasz rodzimy zamek krzyżacki, również zrujnowany... i inne swoje ulubione zakątki Torunia. A ja myślę po cichu o tym, żeby się wybrać do Grudziądza sama i odwiedzić stare kąty, niekoniecznie atrakcyjne dla reszty rodziny.

Spodziewajcie się fotorelacji z mojej wyprawy, mam nadzieję, że już wkrótce.

czwartek, 26 lutego 2015

Wiosenne roztargnienie

Jakże cudowna wiosna tej zimy! Dziś zdecydowałam się założyć pantofle zamiast kozaków, chociaż na termometrze były tylko 3 stopnie. Nic a nic nie zmarzłam, a tak przyjemnie i lekko mi się szło, że dotarcie do pracy zajęło mi 15 minut, zamiast jak zwykle 20. Niby nic, tylko zmiana butów, a od razu czuję się radośniejsza.



Moje wiosenne postanowienia, małe i duże to: pić wodę zamiast herbaty, jeść dużo jabłek, odebrać nowe prawo jazdy (bo stare skradziono mi wraz z portfelem już prawie 2 lata temu) i oczywiście znów zasiąść za kierownicą... po kilkunastu latach przerwy. Jakoś dotychczas nie czułam potrzeby, a teraz owszem, czuję się trochę upośledzona z powodu braku umiejętności prowadzenia pojazdu. Poza tym to nie jest wielki problem, prawo jazdy mam, wystarczy tylko sobie przypomnieć kto kiedy ma pierwszeństwo - i będzie git ;)

Co jeszcze: planuję wybrać się do brafitterki po raz pierwszy w życiu. A ponadto w tyle głowy wciąż kołacze się moje marzenie, by nauczyć się mówić po włosku. Gdyby doba nie była tak krótka...

Wiosenny klimat sprzyja, by chodzić z głową w chmurach. A wtedy zdarza mi się w roztargnieniu zachowywać kompletnie irracjonalnie. Gdy sobie czasem przypomnę, co mi się udało nawywijać, wprost zwijam się ze śmiechu. Sami popatrzcie:

1. Zrobiłam śniadanie, posprzątałam. Parę godzin później usiłuję znaleźć masło. W lodówce go nie ma, ani w żadnej z szafek. Przetrząsnęłam pojemniki na śmieci i okoliczne szuflady - brak. W końcu zmuszona byłam obyć się bez masła, które następnego dnia znalazło się... na zewnętrznym parapecie okiennym. Ciekawe, czy okruszki, które miałam zamiar tam wysypać, wrzuciłam zamiast tego do lodówki? Śladów brak.

2. Wsiadam do autobusu, staję przed kasownikiem i z kieszeni wyjmuję... klucze do domu. Stoję tak z kluczem i zastanawiam się, jak go umieścić w otworze na bilet, koncentrując na sobie spojrzenia połowy współpasażerów.

3. Ja coś mam z tym kluczem i autobusami. Pewnego dnia stoję na przystanku mocno zamyślona. Autobus podjeżdża, a ja wyciągam z kieszeni klucze, by dostać się do środka. Na szczęście nikt nie zauważył i nie wezwał pogotowia.

4. Planując wyrzucić śmieci w drodze do pracy, dopiero przed drzwiami do firmy orientuję się, że nadal mam w ręce niezbyt estetycznie wyglądający (i woniejący) worek.

5. Innym razem muszę wrócić do domu w połowie drogi, bo jak się okazuje, mam na nogach kapcie.

6. Gotując niedzielny obiad, w ostatniej chwili (!) orientuję się, że miałam do zlewu odlać makaron, a nie rosół.

W poziomie roztrzepania dorównuje mi Emilka, a kto wie - może nawet z wiekiem mnie przerośnie. Raz zdarzyło się jej wyjść ze szkoły (w grudniu) w tenisówkach i bez skarpetek. Na szczęście nie było mrozu. Innym razem (w październiku) zapomniała przebrać się po wuefie i wróciła do domu w krótkich spodenkach. Pogubionych klapek, piórników i worków nie zliczę. Jak widać roztargnienie Emci nie ogranicza się do konkretnej pory roku ;)

Tata Emilki również ma na koncie co najmniej jedną drobną wpadkę. Pewnego dnia czekał na starówce, by odebrać ją z zajęć plastycznych, tymczasem w drugim końcu miasta Emilka czekała, aż ją odbierze z zajęć cyrkowych. Trochę się oboje naczekali, zanim sprawa się wyjaśniła.

Ale co tam, odrobina roztargnienia nie zaszkodzi. Szkód większych nie było, za to jest z czego się pośmiać.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...