Strony

poniedziałek, 31 października 2005

Ona

Chyba nikt nie wie, jak wiele Ona dla mnie znaczy, chociaż nie zdążyłam Jej poznać. Wiem, że marzyła o tym, by przed śmiercią upewnić się, że Jej jedyny syn założy szczęśliwą rodzinę. Marzyła, by poznać swoją przyszłą synową. Nie udało się. Umarła o kilka miesięcy za wcześnie.

Z całego serca wierzę, że to Ona sprawiła, że jesteśmy teraz razem. Wierzę, że moje dzieci mają w Niej najlepszą opiekunkę. Wiem, że była wyjątkową osobą, bo do tej pory na Jej wspomnienie, w oczach bliskich pojawiają się łzy. A ja płaczę, choć nigdy Jej nie spotkałam.

Jutro Święto Zmarłych.

sobota, 29 października 2005

Znaki, nie tylko drogowe

Staś przynosi z przedszkola własnoręcznie wykonany znak drogowy.

- Mamusiu ten znak oznacza przejście dla pierszych. A piersi to ludzie i dzieci!

Dobrze, że nie "ludzie, kobiety i dzieci"...

Nabytych w przedszkolu informacji o znakach nie omieszkał wykorzystać praktycznie w domu. A było to tak: zmęczona całym dniem poza domem, przygotowuję kolację i co chwila strofuję Stasia, bawiącego się w kuchni. Nie ruszaj tego, zostaw to, nie baw się tym... W końcu mój synek ma tego dość i mówi:

- Mamusiu, najlepiej powieś w kuchni znak, że tu nic nie można robić!

Sarkazm u trzylatka? Nieźle się zapowiada...




- Stasiu, nie wyjadaj Danusi z talerza.
- Mamo, ja tylko się z nią dzielę!


Do misia:
- Misiu, jesteś taki mięciutki, jesteś moją przytulanką i kaniną!

Kaniną? Hmm... Aaa, TKANINĄ!
Czyżby to w przedszkolu tak rozwijali słownictwo dzieciaków?


Do ulubionej kaszy manny Stasia dodaję parę jagód, próbując je przemycić jako kropeczki biedronki.

- Mamo, zabierz te jagódki! One są dla mnie za czarne! Będę miał od nich w buzi bakterie!!!



piątek, 28 października 2005

Komu zawdzięczam?

Korzystając z tego, że dziś wyjątkowo zaczynam pracę o 10, krzątam się po domu, sprzątam. W radio słychać "Roxanne" The Police... Niestety nadchodzi pora wyjść z domu, wybiegam... prosto w słońce, przyjemnie chłodne powietrze, zapach jesieni. Ogarnia mnie fala szczęścia. Nieważne, że zmierzam do pracy, a gdy wrócę do domu, będzie świetna pora, by kłaść dzieci do łóżek. Serotonina buzuje, aż słyszę szum w uszach. I nie wiem, kto mnie tak szczodrze obdarzył? Skąd wzięło się to całe szczęście teraz, gdy z racji jesieni powinnam się kulić pod ciosami chandry? Czemu w chwili, gdy wszyscy wokół skarżą się na depresję, mój organizm jest na nią odporny? Czy to jakaś skaza genetyczna? A może jestem zbyt płytka by odczuwać tak głębokie i chmurne uczucia?

Taktownie ukrywam swoją radość, by nie zostać posądzona o chorobę psychiczną.
Sza!



czwartek, 27 października 2005

Teraz Staś

Szczery do bólu

Dzieci, gdy je usypiam, przytulają się do mnie i gładzą mnie po brzuchu. Czasami nawet się przepychają, żeby mieć więcej miejsca dla swojej rączki. Okazało się, jednak, że mam pewne braki...

- Mamusiu, możemy jechać do Chodcza? Muszę pogłaskać Agusię* po brzuszku, bo ona ma fajniejszy brzuszek niż twój!

Ups! Mój super wygładzająco-ujędrniający balsam kwalifikuje się do reklamacji...

* Agusia to dwudziestoparoletnia kuzynka Jarka, uwielbiana przez nasze dzieciaki

Przerwana cisza

Niedziela, wybory. Staś wrzuca nasze głosy do urny, podobnie jak dzieci prominentów, pokazywane w telewizji. Bardzo żałuje, że dostał tylko dwie karteczki.

Wychodzimy, rozmawiamy o polityce. Staś bacznie się przysłuchuje.

- Mamusiu, tatusiu, a ja widziałem Platformę! Platformę Dzielnego Lwa!

Rzeczywiście, później mamy również okazję obejrzeć tę platformę w ulubionej kreskówce Stasia o Dzielnych Misiach. A miała być cisza wyborcza!

Niestety to naruszenie ciszy wyborczej nie pomogło Dzielnemu Lwu i został w wyborach pokonany przez Dwugłowego Kaczora...

Mało nas?

Dziś rano Staś całuje Danusię na dzień dobry i mówi:

- Mamusiu, a moglibyśmy jeszcze mieć chłopczyka, takiego małego jak Danusia?

Pozostawię to bez komentarza...


środa, 26 października 2005

Winna Wam jestem parę słów prawdy...

Przejrzałam pobieżnie Ladorusiowego bloga i widzę, że jest on bardzo nierzetelny. Czytając go można mieć wrażenie, że moje życie upływa radośnie z moimi aniołkami, które tylko by się przytulały i wyznawały miłość mamusi. Nic bardziej mylnego!  Spróbuję opisać Wam, jak to naprawdę czasami wygląda. Czytelnikom o słabych nerwach radzę przed przeczytaniem wypić melisę ;).


Poniedziałek wieczór. Poprzedniego wieczoru dzieci o 19.30 już spały, więc czemu nie spróbować takiego wyczynu ponownie? Tak więc o 19 pakuję się z dziećmi do łóżka.

A teraz mała dygresja: co można zrobić przez 2,5 godziny? Można obejrzeć film w kinie, można zrobić na drutach pół swetra, można przygotować ekstrawagancką kolację, można... wiele atrakcyjnych rzeczy można.

Gdy usnęła Danuśka była 20, a Staś nadal nie okazywał oznak senności. Ja zdążyłam się nawet zdrzemnąć, ale Staś mnie obudził, jak tylko pojawiły się przyjemne sny... Można łatwo obliczyć, że zasnął dopiero o 21.30. Normalnie Dana usypia po 19, a Stasia kładę o 21. Nigdy więcej nie będę próbować uśpić obojga jednocześnie!

Możecie sobie wyobrazić, że gdy spędziłam tyle czasu w łóżku, wcale nie miałam ochoty do niego wracać, gdy na mnie przyszła pora spać. Kładę się więc do łóżka absurdalnie późno i mam wrażenie, że mija chwilka od zaśnięcia, gdy o 6.20 zaczyna dzwonić budzik...


Dziś rano.
Poranne przygotowania do wyjścia mają sens wyłącznie w takiej sytuacji, gdy dzieci jak najdłużej śpią. Zdążę wtedy wykąpać się, porządnie przygotować do wyjścia, a nawet zjeść śniadanie. Do niedawna bez śniadania nie ruszałam się z domu, ale życie zweryfikowało także i ten zwyczaj... Dzieci budzę dopiero, gdy do wyjścia pozostaje parę minut, sprawnie je ubieram i wychodzimy. Niestety przeważnie scenariusz jest taki, jak dziś, to znaczy Dana budzi się razem ze mną i sprawia, że moje przygotowania do wyjścia zajmują 3 razy więcej czasu.

Zdopingowana wczorajszym sukcesem, sadzam Danę na nocniku. Niestety tym razem traktuje to jako zabawę, natychmiast wstaje i rusza z gołą pupą w pogoń za mamą. Patrzę, co się dzieje... a tu Dana znaczy swój ślad czymś rzadkim i cuchnącym... Wspominałam, że ma od paru dni rozwolnienie?
Szybko sprzątam, zanim ktoś w to wdepnie, a Dana nadal biega z gołą pupą, zaraz się przeziębi! Próbuję się rozdwoić. Myję ją, szukam czegoś do ubrania, mała się wyrywa, bo bieganie na golaska bardzo jej się podoba. Staje przed lustrem golusieńka i podziwia swoje kształty... Gdy jest już czysta i ubrana, zauważam kolejny problem, czyli brak jej bucików. Podczas dalszej krzątaniny po domu próbuję namierzyć te buty. Mogą być wszędzie - w pudle z zabawkami, pod jednym z łóżek, a nawet w szafce z ciuchami - Dana jest pod tym względem bardzo pomysłowa. Budzi się Staś i chce usiąść na nocniku, którego nie zdążyłam jeszcze umyć po wyczynach Danuśki. Myję nocnik, Staś siada i zaczyna narzekać na ciężki los przedszkolaka. Ubieram go, jednocześnie próbując dobudzić mojego męża. O dziwo, udaje się to dość szybko. Dopiero teraz mogę się szybciutko wykąpać, chociaż czas wyjścia z domu zbliża się nieubłaganie. Dzieci wbiegają do mnie do łazienki, zostawiają drzwi otwarte, robi się zimno jak na dworze.
Szybko się ubieram i udaje mi się znaleźć jeden z bucików Danusi. Gdzie? W szafce z butami, moja porządna córka sama go tam schowała. Szkoda, że tylko jeden. Decyduję się założyć jej kozaczki, gdy kątem oka dostrzegam drugi but, wciśnięty pod łóżko. Wcześniej go tam nie było, przecież sprawdzałam!
Mąż niestety nie może mi pomóc w ubieraniu dzieci, gdyż one na to nie pozwalają. Za dobrze by mi było...
Im bliżej wyjścia z domu, tym bardziej Dana robi się niespokojna. Boi się, że będzie musiała wyjść beze mnie albo że ja wyjdę bez niej. Ryczy, uczepiona mojej nogi, uniemożliwiając mi ubranie się. Jarek ze Stasiem wychodzą już do samochodu, w przedpokoju robi się luźniej, ale wcale nie ciszej. Zakładam na siebie jakiś żakiet, mając nadzieję, że będzie pasował do reszty stroju, bo na zaglądanie do lustra nie ma już czasu. Łapię kurtkę, torebkę, Danę chwytam pod pachę i nareszcie możemy wyjść z domu, uffffff...

Jeżeli dotarliście dzielnie do końca tego przydługiego opisu, to wiedzcie, że parę ciekawych szczegółów pominęłam... Choćby jak Danusia uparła się pomalować sobie oczy moim tuszem do rzęs. No i fakt, że Staś był dziś wyjątkowo grzeczny, gdyż tylko trochę pomarudził i nie było trzeba używać siły, by go wyekspediować do przedszkola. Tak więc mogło być znacznie gorzej...

I co, jak sądzicie, przesadziłam z tą melisą na początku posta?


wtorek, 25 października 2005

Moja duża, mała dziewczynka

Danusia bywa dyskryminowana na Ladorusiowym blogu. Wynika to z tego, że jeszcze nie umie mówić, trudno więc jej dorównać Stasiowi, sypiącemu zabawnymi powiedzonkami jak z rękawa. Widzę jednak, że Dana dorasta, jest coraz bardziej kontaktowa i wyraźnie stara się, bym miała o czym pisać. Dziś więc będzie post o Danusi.

Rozpacz w łazience

W szale sobotniego prania piorę najpierw białe rzeczy, później kolorowe i zastanawiam się, co by tu jeszcze wrzucić do pralki. O, pluszaki Danusi wyraźnie domagają się kąpieli. Wrzucam je do automatu. Niestety widzi to Danusia i patrzy przerażona, co ja chcę zrobić. Nieubłagana włączam pralkę. Danka nie odstępuje pralki ani na krok, popłakując cichutko nad torturowanymi pluszakami. Pranie na szczęście trwa dość krótko, czyściutkie pluszaki wyskakują z pralki. Dana nie pozwala ich wysuszyć, łapie w objęcia tyle, ile się da i do wieczora nie daje sobie ich odebrać, spoglądając na mnie bykiem. Pod jej spojrzeniem zaczynam czuć się tak, jakbym wyprała żywe zwierzątka...

Siusiu!

Staś jest dla siostry wzorem do naśladowania. Co prawda ona nie rozumie, jaki cel ma siadanie na nocniku, ale ona też chce, tyle, że w ubraniu. Próby posadzenia gołej pupy na nocnik kończyły się do niedawna awanturą. Od paru dni Dana domaga się jednak, bym zdejmowała jej spodenki i pieluchę. Siada wtedy na nocniku na 2 sekundy, po czym zrywa się z triumfującą miną i wyraźnie czeka na pochwały. Potem znowu siada na 2 sekundy i tak w kółko. Nie muszę chyba dodawać, że nocnik pozostaje pusty, a pupa marznie.
Dziś rano, gdy Danusia się obudziła, tknęło mnie, żeby ją posadzić na nocniczku, skoro tak chętnie to robi. I... udało się, jest siusiu! Niestety bilans tego wydarzenia okazał się ujemny, ponieważ gotowy do wyjścia Staś przypadkowo wlazł do tego nocnika i musiałam go od nowa ubierać (znów się spóźniłam do pracy, ale to nic nowego). W każdym razie chyba zastosuję się do rady Karoliny i zacznę małą nocnikować, nie czekając na nadejście lata. Zobaczymy, a nuż uda się pożegnać pampersy?

Gdzie ten śmietnik?

Gdy w domu chcę na chwilę usiąść przy komputerze, Danuśka natychmiast pakuje mi się na kolana i przejmuje klawiaturę i myszkę. Próbując odciągnąć ją choćby na chwilę od komputera, wkładam jej do ręki papierek i mówię "Danusiu, wyrzuć to do śmieci". Dana posłusznie zmierza w kierunku kuchni. Hmm... skąd ona wie, gdzie jest śmietnik? Zaciekawiona idę za nią. Dana zdecydowanie wkracza do kuchni i... otwiera zamrażalnik, chcąc tam umieścić papierek. Pękam ze śmiechu i pokazuję małej, gdzie powinna go włożyć. Papierek ląduje w śmieciach. Po chwili testuję nową umiejętność - pięknie, śmieci trafiają do śmietnika, nie do lodówki. Pełen sukces!





poniedziałek, 24 października 2005

Siostra i brat

W Waszych komentarzach pojawiają się czasem pytania, jak mi się udaje utrzymać tak dobre relacje pomiędzy dziećmi. Od razu zastrzegam, że te relacje nie są tak idealne, jak by wynikało z bloga, ale chyba nie ma sensu, bym tu opisywała, jak dzieci wyrywają sobie zabawki, czego chyba i tak nie da się wyeliminować.

Zapoznawanie Stasia z nową sytuacją zaczęło się gdy byłam w ciąży. Staś został poinformowany jako drugi, że rodzina się powiększa. Wątpię, by coś z tego wtedy zrozumiał, jako że miał wtedy 1,5 roku. W każdym razie "mieszkaniec brzuszka" stał się pełnoprawnym członkiem rodziny, a w miarę, gdy brzuszek rósł, wzbudzał coraz większą uwagę Stasia. Bardzo mnie rozczuliło i wzruszyło, gdy sam z siebie Staś pocałował "dzidzię". Wygląda na to, że instynktownie rozumiał więcej, niż nam się wydawało. Ulubioną bajką na dobranoc była historia o malutkim Stasiu, który mieszkał w mamy brzuszku.

Gdy zbliżał się termin porodu, coraz bardziej się bałam, jak Staś zaakceptuje Maleństwo. Rodzina proponowała nam, że zabiorą Stasia na ten okres. Pomimo tego, że Staś uwielbia u nich bywać, nie chciałam się na to zgodzić, bo obawiałam się, że nasz synek będzie sobie tłumaczył, że mamy teraz nową dzidzię, więc go już nie chcemy. Mimo to musiał pojechać tam na parę dni, gdy już poszłam do szpitala rodzić, gdyż mój mąż musiał chodzić do pracy. Razem z Jarkiem uzgodniliśmy, że Staś koniecznie musi być przy naszym wypisie ze szpitala, więc na tę ważną chwilę został przywieziony przez dziadka. Moment ten przypadł jednak na czas jego popołudniowej drzemki, więc zasnął w przyciasnym foteliku samochodowym, czekającym na Danusię... Tak na marginesie, po trzech dniach spędzonych z maluteńką Danusią, byłam w szoku, jaki ten Staś jest ogromny! Jaką ma dużą głowę i wielkie rączki! Zabawne uczucie, jakby urósł przez te 3 dni.

Malutka Danusia nie przeszkadzała raczej Stasiowi. Starałam się tylko, by nie bywał o nią zazdrosny. Całe szczęście natura obdarzyła matki dwoma kolanami, więc pomieścili się oboje (ale co robią mamy obdarzone liczniejszym potomstwem?). Powtarzałam sobie, że jedyne, czego trzeba Danusi w tym wieku, jest zaspokajanie jej podstawowych potrzeb i poczucia bezpieczeństwa. Natomiast Staś musi czuć, że jest przez nas kochany, starałam się więc jak najczęściej to okazywać. Podkreślałam też, że jesteśmy wszyscy rodziną, Danuśka też! W Stasiu urodziło się przywiązanie do niej, co objawiało się tym, że gdy ktoś głupio żartował, że weźmie sobie naszą Danusię, Staś gwałtownie protestował i mocno się obrażał na taką propozycję. Z drugiej strony, gdy nudził się czasem zbyt długim karmieniem Danusi proponował, by ją włożyć z powrotem do mamy brzuszka.

Bajka na dobranoc o malutkim Stasiu stawała się coraz dłuższa - opowiadałam, jak był malutki, nie umiał chodzić ani mówić, nie mógł jeść różnych pysznych rzeczy - to tak aby zrozumiał, że bycie maleństwem, oprócz niewątpliwej zalety, że ma się duży kawałek mamy tylko dla siebie, ma też sporo wad. Niosło też przesłanie, że Danuśka też w końcu nauczy się mówić i chodzić i będzie się bawić ze Stasiem (i czytać mu książeczki, i budować mu zamki z klocków LEGO).

Tak właściwie to już cała historia. Dalej toczyło się już samo, raz lepiej, raz gorzej. Im starsza jest Danusia tym jest lepiej, bo mogą już czasem bawić się razem. Zabawy te przeważnie są szalone i polegają na demolowaniu mieszkania, ale co tam, ważne, że cementują miłość. Staś zresztą podkreśla: "Mamusiu, patrz jak się ładnie razem bawimy!", bo wie, że go za to pochwalę.
Ważne jest, by nie faworyzować żadnego z dzieci, nie stawać po stronie młodszego "bo młodsze", nie kazać ustępować za każdym razem, tylko tłumaczyć, tłumaczyć, tłumaczyć. Staś teraz już sam powtarza "Bo Danusia ma na razie mały rozumek".

Z drugiej strony patrząc, Danuśka za bratem przepada. Zawsze ogromnie cieszy się na jego widok, aż piszczy z radości. Gdy go nie ma, widać wyraźny niepokój, szuka go po całym domu. Cieszy mnie taka reakcja, ponieważ czasem zdarza się, że Staś ją troszkę  maltretuje. Przeważnie jest to zbyt mocne przytulenie albo całowanie jej na siłę, gdy ona się próbuje wykręcić. Celowe dokuczanie raczej się nie zdarza, co najwyżej Staś odpycha ją, gdy Dana niebezpiecznie zbliża się do jego zabawek albo wyłącza mu telewizor.

Ciekawa jestem, w jakiej części aktualne relacje pomiędzy dziećmi wynikają z moich starań, a w jakiej są efektem ich dobrych charakterów (oczywiście po mamusi!). Druga sprawa, jak długo to potrwa, czy te relacje będą równie dobre, gdy dzieci będą starsze. Zrobię wszystko co się da, by tak było.



"O nie, on znowu mnie przytula!"


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...