Strony

wtorek, 19 sierpnia 2014

Pocztówka z Chodzieży

Jakiś czas temu pisałam o biegowej pasji mojego męża, który zgromadził już kilka kilogramów medali z różnych zawodów biegowych. W tym roku postawił sobie kolejne wyzwanie - 1/4 Ironmana w Brodnicy, ze mną w roli kibica. Na kolejny triathlon postanowiliśmy zabrać również dzieci, czego rezultatem była dwudniowa wycieczka do Chodzieży, miejsca kolejnych zawodów.

Przyjechaliśmy dzień przed zawodami, bo od nas to spory kawał drogi, prawie 3 godziny jazdy. Nocleg zaplanowaliśmy w pobliskim Czarnkowie, bo z racji triathlonu, w Chodzieży nie było nawet czego szukać. Wyszukany przez mojego męża hotel Lidia w Czarnkowie mieści się w typowo PRL-owskim budynku, zapewne kiedyś był to hotel robotniczy.


Jak widać, z zewnątrz raczej nie wróży nic dobrego. Jednak przemiła właścicielka potrafiła stworzyć coś na kształt klimatu, obstawiając korytarze hotelu istną dżunglą kwiatów doniczkowych, rozkładając chodniczki, a pokoje dekorując kolorowymi tapetami. Hotelik nie aspiruje do nie wiadomo jakiego standardu, to tylko tania noclegownia, ale ten "akademikowy" klimat bardzo nam odpowiadał. Dla dzieci już samo słowo "hotel" jest magiczne, uwielbiają rytuał wybierania sobie łóżek, układania swoich drobiazgów na półkach (na jedną noc!)... A mi to miejsce podobało się znacznie bardziej, niż pozbawione wyrazu sieciówki, oszczędzające każdy centymetr kwadratowy.



Miasteczko Chodzież urzekło mnie od pierwszego wejrzenia. Spokojne, ciche miejsce, z plątaniną uliczek, po których można błądzić. Szczególnie spodobały mi się rozmieszczone na skwerkach ceramiczne rzeźby, wykonane w ramach "Seniorów w akcji" oraz rząd drzewek umieszczonych pomysłowo w doniczkach. Przemknęło mi nawet przez myśl, że mogłabym w tym klimatycznym miasteczku zamieszkać na stałe.





Parę kroków od centrum miasta znajduje się jezioro z piękną, nowoczesną infrastrukturą sportowo-wypoczynkową, zarówno dla rowerzystów, rolkarzy, spacerowiczów i biegaczy, jak i rodziców z dziećmi. Z okazji zawodów tłoczyło się tam mnóstwo wysportowanych młodych ludzi w kolorowych strojach. Mój mąż dołączył do nich, a ja z dziećmi miałam czas na spacer po mieście i lody. Po długim spacerze dzieci zaciągnęły mnie na wypasiony plac zabaw, co mi oczywiście bardzo odpowiadało, bo coś do czytania mam zawsze przy sobie. Mile mnie zaskoczyło, że osoby wchodzące na teren placu zabaw mówiły "dzień dobry". Taka niby drobnostka, a robi się przyjemnie.




W dzień zawodów, wczesnym rankiem stawiliśmy się na starcie. Było zimno, wciągnęliśmy na siebie kilka warstw ubrań. Wystarczyło jednak, by zza chmur wyszło słońce i momentalnie robiło się gorąco.
Odprowadziliśmy naszego, z lekka przerażonego zawodnika na start, a potem zmienialiśmy tylko strategicznie miejsca, z których zagrzewaliśmy go do boju podczas kolejnych dyscyplin. Raz lektura wciągnęła mnie tak bardzo, że przebiegający obok mnie mąż musiał się dopomnieć o doping, co wywołało rozbawienie zawodników i kibiców. Później już się pilnowałam, żeby nie nawalić, co nie jest taką prostą sprawą przy wciągającej lekturze ;)



Mąż dobiegł do mety, zadowolony z wyniku. Danusia z całą mocą postanowiła, że ona kiedyś też będzie triathlonistką. Może jakaś rodzinna sztafeta, kiedyś tam?

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Kumba czyli sztuka latania

Dzieci mają półmetek wakacji, a ja niestety już cały urlop za sobą. Pozostawił po sobie masę miłych wspomnień i setki zdjęć.

Pierwszy tydzień urlopu spędziliśmy nad jeziorem Okonin. Próbuję się doliczyć, który to już raz, chyba piąty wynajmujemy ten domek od mojej koleżanki. Jesteśmy bardzo przywiązani do tego miejsca, zwłaszcza, że po raz pierwszy pojechaliśmy tam, gdy Emilka ledwo umiała chodzić. Miła, spokojna okolica, bliskość jeziora i lasu sprawia, że wypoczywamy tam wspaniale. Podczas naszego pierwszego pobytu, 6-letni wówczas Staś dał wyraz swoich uczuć do gospodarzy domku, lepiąc dla nich z plasteliny kaczuszki, do których dołożył  list dziękczynny. Zawsze mnie wzrusza fakt, że te kaczuszki zostały przez gospodarzy zachowane i są tam do dziś!



Czas upływał nam na plażowaniu, pluskaniu się w wodzie, spacerach po lesie. Jeździliśmy też rowerem, trochę biegaliśmy, przyrządzaliśmy sobie proste posiłki, czyli pełen relaks i odpoczynek od cywilizacji. A oto jak nasze rybki-syrenki pluszczą się w wodzie.



Po tygodniu, pięknie opaleni wróciliśmy do domu, po to by szybko przepakować się i parę godzin później ruszyć w dalszą drogę. Kierunek: Brunszwik - Niemcy.

Pamiętacie, jak rok temu pisałam o wakacjach w 200-letnim domu? W tym roku również nasza kochana rodzinka zaprosiła nas do siebie. Tym razem było jeszcze weselej, bo przybyło domowników! Zazwyczaj w tym wielkim domu mieszkają 4 osoby: moja siostra Ewa, jej mąż Wiesiek, córka (moja chrześniaczka) Jessica oraz syn Krzyś. Ich drugi syn Marek mieszka niedaleko. Wszyscy są już dorośli, Jessi jest najmłodsza i jeszcze się uczy. W ubiegłym roku rozminęliśmy się z Jessi i Krzysiem. Moja siostra Ewa ma ogromne serce i prowadzi otwarty dom, przez który przewija się mnóstwo ludzi. Od jakiegoś czasu mieszka u nich Natia - Gruzinka, która przyjechała na parę miesięcy do pracy i jest dla Ewy jak druga córka. Jest też Tim - chłopak Jessi, który sprawia wrażenie wymarzonego zięcia dla każdej kobiety. Wciąż stara się pomagać, sprząta, podaje do stołu i jest bardzo miły. Sąsiedzi i przyjaciele wpadają regularnie, choćby na kawę. Wyobrażacie sobie, jak tam było gwarno, gdy doszła jeszcze nasza piątka? Naprawdę było wesoło!

Natia to przemiła dziewczyna. Przywiozła ze swojego ojczystego kraju produkty, chcąc uraczyć nas tradycyjnymi potrawami z Gruzji. Specjalnie wiozła jakieś kasze i mąki, sery i sosy... Zaznaczyć trzeba, że pierwszy raz zabrała się za samodzielne gotowanie. No i pierwsza podana przez nią potrawa raczej nie trafiła w nasze gusta. Była to gomi - tradycyjna kasza z serem i kwaśnym sosem. Kasza była bez smaku, sos zaś, czy raczej przecier owocowy miał trudny do zidentyfikowania smak. Do tej pory nie wiem, z jakich owoców czy też warzyw był sporządzony Dzieci nie chciały tej potrawy nawet spróbować, a dorośli przez grzeczność trochę poskubali. Natia zaś z zachwytem pałaszowała swoją porcję twierdząc, że to jest smak jej dzieciństwa. Przykro nam było, że tak się napracowała, a nie doczekała się uznania. Jednak niezrażona Natia wzięła się za kolejne danie, wzbudzając wśród nas, delikatnie mówiąc, popłoch. Siadaliśmy do stołu ze skonsternowanymi minami, podczas gdy dzielna kucharka nakładała na talerze porcje samodzielnie przygotowanego placka gruzińskiego chaczapuri. Jak się okazało, placek był wyborny, nawet dzieci dopraszały się dokładki, a ja poprosiłam o przepis.



Ale nie myślcie sobie, że tylko siedzieliśmy w domu i biesiadowaliśmy. Pogoda nam dopisała, więc staraliśmy się to wykorzystać jak najlepiej. Pewnego dnia wybraliśmy się w pobliskie góry Harz. Trochę pospacerowaliśmy po górach, pooglądaliśmy piękne widoki, kupiliśmy na pamiątkę czarownicę, która jest symbolem tamtych okolic i podobno przynosi szczęście. Górskie spacery bardzo się dzieciom spodobały i postanowiliśmy poszukać również jakichś fajnych, niezbyt trudnych tras w Polsce, najlepiej niezbyt daleko. Może macie dla nas jakieś propozycje? :)





Następny dzień spędziliśmy na plaży w Tankumsee. Woda czyściutka, plaża jak marzenie, poza tym plażowiczów mało, gdyż w Niemczech nie zaczęły się jeszcze wakacje. Wybrałam się samotnie na długi spacer po plaży i nawet nie zauważyłam kiedy spiekłam się na czerwono. Dzieci w tym czasie ścigały na płyciźnie małe okonki, których było zatrzęsienie.


Kulminacja nastąpiła kolejnego dnia, gdy wybraliśmy się razem z Ewą i Wieśkiem do Serengetti Park. Pierwszy raz byliśmy w parku safari. Wrażenie na widok lwów i niedźwiedzi przechadzających się obok naszego samochodu było naprawdę niesamowite. A wielbłądy, zebry i lamy bez obaw zaglądały przez okna. Natomiast dla Stasia pełnią szczęścia było pogłaskanie lemura.


Serengetti Park to również park rozrywki. Danusia odkryła w sobie nową pasję i nie miała żadnych oporów przed obrotami głową w dół i wszelkimi możliwymi szaleństwami, w towarzystwie swego wujka Wieśka. Dobrali się wręcz znakomicie. Reszta rodziny wolała raczej oglądać te rewelacje stojąc na ziemi. Chyba, że w grę wchodziło coś naprawdę spokojnego...



Ja zazwyczaj unikam karuzel, ale skoro bilet wstępu pokrywał wszelkie atrakcje w parku, stwierdziłam, że może warto choć raz poszaleć na takich trochę bardziej zwariowanych urządzeniach. Zaczęłam bardzo spokojnie od staromodnej karuzeli łańcuchowej i diabelskiego młyna, po czym stopniowo się rozkręcałam. W końcu przyszła pora na Kumbę. Nie widziałam tego urządzenia w pełnym rozruchu. Myślałam, że to coś w rodzaju dużej huśtawki. Zbliżała się już godzina zamknięcia parku, więc namówiona przez siostrę, nawet się nie obejrzałam, gdy siedziałam zablokowana w fotelu i było za późno, by się ewakuować. Kumba ruszyła. To było cudowne, coś jak ogromna huśtawka, albo jazda z górki na rowerze. Nawet chyba sobie po cichu pokrzykiwałam z radości. Ale wahadło ruszało się coraz szybciej i po chwili pędziliśmy w górę i w dół z zawrotną prędkością. Musiałam zamknąć oczy, tak strasznie kręciło mi się w głowie! W tym czasie Emilka i Staś krzyczały na moją siostrę: "Ciociu, czemu namówiłaś naszą mamę do tego? My się teraz o nią boimy!" Po zakończeniu kursu zeszłam z fotela na maślanych nogach. Mimo wszystko to było niesamowite przeżycie i może to kiedyś powtórzę. A Danusia rzecz jasna zeskoczyła radośnie z fotelika wołając "Ale było super!"



Z ciekawostek: wśród obsługi parku łatwo było natknąć się na Polaków. Na przykład Ewa, kupując lody, z rozpędu poprosiła po polsku o "trzy truskawkowe". Staś na to: "Ciociu, ale ty mówisz do tej pani po polsku!", a pani w budce: "Duże czy małe?"

Innym razem pan obsługujący karuzelę zagadał do Ewy po niemiecku: "Słyszę, że mówicie po polsku. Ja też znam parę słów: zapalnitschka, popielnitschka i ..." - tu nachylił się do ucha mojej siostry i wyszeptał: "Wszystko mi jedno!" najwyraźniej przekonany, że to jakieś polskie przekleństwo. Podobno nie on jeden uznał, że to, co Polacy mruczą z niezadowoleniem pod nosem, to musi być wulgaryzm ;)

Cudownie było spędzić trochę czasu z naszą kochaną rodzinką. To strasznie fajne, że nasze dziewczynki zaprzyjaźniły się ze swoimi o wiele starszymi kuzynami. Śmiechom i wygłupom nie było końca. Zaskakujące, że chłopaki nie czuli się zbytnio zmaltretowani i mieli ogromnie dużo cierpliwości dla Danusi i Emilki. Dziewczynki odwdzięczyły się gruntownym sprzątaniem samochodu Marka, który miał być wystawiony na sprzedaż. Podobno przejawiały ogromny talent do porządków, na co dzień skrzętnie skrywany.

Wkrótce nasz pobyt w 200-letnim domu dobiegł końca. Pora było wracać do domku, do stęsknionych zwierzaków i... do pracy oczywiście. I już po cichu rozmyślamy o przyszłorocznych wakacjach....

sobota, 12 lipca 2014

Późne bikini

Urlop, niesamowicie przyjemne uczucie, gdy ktoś płaci mi za to, że odpoczywam...

W tym roku postanowiliśmy wrócić do przerwanej w ubiegłym roku tradycji i spędzić tydzień wakacji nad jeziorem Okonin. O ile dobrze liczę, to już szósty raz. Za pierwszym naszym pobytem Emilcia była jeszcze niemowlęciem. Od tamtej pory zżyliśmy się z wynajmowanym co roku domkiem, który ma w sobie tak wiele naszych miłych wspomnień.

Niespodziewanie dla siebie samej uległam impulsowi i kupiłam na ten wyjazd bikini. To dość odważna decyzja, zważywszy, że ostatnio dwuczęściowy strój kąpielowy nosiłam w czasach przedstawionych na zdjęciu poniżej. Wyraźnie za duży, pewnie po siostrze, albo po jakiejś cioci... Po skoku do wody bywało, że  ukryta pod wodą, gorączkowo szukałam zapięcia i ściągałam stanik spod brody na swoje miejsce.



Być może osoby, które będą zmuszone oglądać mnie w bikini na plaży uznają, że nie był to dobry pomysł. Ale z pewnością będzie dookoła wiele atrakcyjnych i smukłych pań, więc nie muszą swych oczu wieszać na mnie, prawda?

Po powrocie z zakupów wskoczyłam w ten malinowo-czarny nabytek i zaskoczyłam swoim widokiem męża. Jego reakcja ("Matko, a co to?!") może dać Wam pewien pogląd na to, jak niespotykany był to widok. Potem się tłumaczył, że myślał, że to mój nowy strój do biegania, co dość marnie tłumaczy jego konsternację.

Przeglądam sobie stare zdjęcia. Patrząc na niektóre sprzed paru lat myślę sobie - "Ależ byłam kiedyś szczupła". Ale pamiętam dokładnie, że ja - uwieczniona na tych zdjęciach byłam przekonana, że muszę koniecznie schudnąć, bo jestem strasznie gruba. Wolę nie wyobrażać sobie siebie w przyszłości, w czasach w których będę uważać za szczupłą obecną mnie. 

W straszną paranoję się wpędzamy, drogie panie, więc zaprotestuję przeciw temu pokazując na plaży kilka swoich wałeczków. A Was, moje młodsze koleżanki, proszę - nie dajcie sobie tak długo czekać.

czwartek, 26 czerwca 2014

Wielkie możliwości

Byłam dziś na premierze filmu krótkometrażowego, tworzonego podczas warsztatów filmowych, których uczestnikiem był nasz Staś. Film trwa 7 minut, a praca nad nim trwała kilka miesięcy, co daje pojęcie na temat pracochłonności przedsięwzięcia. Ale frajdy przy tym cała masa. Zapraszam do oglądania.


A oto nasz młody, dobrze zapowiadający się filmowiec:



Po filmie. Rozmowa z Danusią na zupełnie inny temat. Danusia właśnie wróciła z imprezy na wolnym powietrzu, jest zarumieniona i wygląda ślicznie, więc nie omieszkałam jej tego powiedzieć.

- Danusiu, może gdy Staś kiedyś zostanie filmowcem, to będziesz grała w jego filmach?
- Tak! Albo zostanę jego menadżerką... albo ochroniarzem...

Otóż to, w tym wieku można wszystko!


wtorek, 17 czerwca 2014

Gdzie ja mam głowę, czyli Warszawa

Moje życie ostatnio gna, aż trudno za nim nadążyć.

Wczoraj wstałam raniutko, by w spokoju przygotować się do dwudniowego wyjazdu do Warszawy, przeświadczona, że wyruszamy o 7.30. Ledwie zdążyłam się wykąpać i umyć zęby, gdy usłyszałam domofon. To moja szefowa, która stała już pod moją klatką, gdyż nie odbierałam telefonu. No cóż, najwyraźniej wyjazd miał być o 6.30... Wrzuciłam więc na chybcika jakieś przypadkowe kosmetyki do torby, pożegnałam się z rodziną i z mokrą głową pobiegłam do samochodu. Bez śniadania, kawy, ani śladu makijażu. Szczęściem, że chociaż zęby umyłam. Włosy wyschły, tworząc malowniczą kupę siana, a namiastkę makijażu zrobiłam gdy staliśmy w korku.



Szkolenie dotyczyło dość ciężkiego tematu, a mianowicie nowych rozporządzeń na temat chemikaliów. Mimo wszystko nie dało się nudzić. Szkolenie było znakomicie zorganizowane, prelegenci bardzo kompetentni , a jedna z nich - pani Marcela, prowadziła swoje wykłady wręcz brawurowo! Klasą i poczuciem humoru przypominała mi Marię Czubaszek. Ponadto, chociaż to może nie najważniejsze, nie mogę pominąć milczeniem obiadów w barze Tęcza - tak smacznych posiłków na żadnym szkoleniu nie jadłam (a zaliczyłam ich dość sporo). Polecam ten bar o skromnym, ascetycznym wręcz wystroju i kompletnie nieadekwatnej, kolorowej nazwie. Serwowane u nich gazpacho po prostu wymiata, bez dwóch zdań.



Po zakończeniu pierwszego dnia szkolenia, zameldowałyśmy się w sieciówkowym hotelu o mikroskopijnych pokoikach i kompaktowych łazienkach. Ale i tak nie zamierzałyśmy tam spędzać więcej czasu, niż to konieczne i ruszyłyśmy w miasto. Nasz wyjazd zbiegł się z imieninami Szefowej, która zaprosiła nas z tej okazji na kolację (nas, to znaczy mnie i D. - koleżankę z zaprzyjaźnionej firmy) do restauracji Lokanta z kuchnią turecką. Trafiłyśmy na fajną promocję - druga butelka wina gratis, grzech nie skorzystać. I znowu objadłam się nieprzytomnie, ale wszystko było tak obłędnie smaczne, że sami rozumiecie. W drodze powrotnej nabyłyśmy jeszcze jedną buteleczkę, którą wypiłyśmy już w hotelu. Zrobił się z tego znakomity babski wieczór. A co najlepsze, wino nie miało żadnych skutków ubocznych dnia następnego.



Tak się złożyło, że w drugim dniu mojej nieobecności w domu, mój mąż musiał również wyjechać służbowo, więc dzieciaki po powrocie ze szkoły były przez parę godzin same. Niestety w ubiegłym tygodniu wyprałam Stasiowi telefon na tyle skutecznie, że zaniemógł całkowicie (za to jest bardzo czyściutki). Ileż ja się nerwów najadłam w drodze powrotnej do Torunia, gdy na moje liczne próby kontaktu z dziećmi, Danusi komórka odpowiadała tylko głosem automatycznej sekretarki. Drzwi mieszkania otwierałam z sercem w gardle, ale oczywiście dzieci grzecznie siedziały w domu. Komu by się chciało interesować włączeniem telefonu i kontaktem z rodzicami, no nie? Ale muszę pochwalić dzieciaki za samodzielność, bo poradziły sobie znakomicie. Teoretycznie mogę spokojnie wyjeżdżać w kolejne podróże służbowe. Tylko muszę jeszcze ogarnąć moją roztrzepaną głowę!



czwartek, 12 czerwca 2014

To nie jest miasto dla pieszych ludzi, czyli spacer po Dubaju

Całkiem długi post o moim pobycie w Dubaju powędrował do kosza. Trudno było mi oprzeć się pokusie opisania wszystkiego, ze wszelkimi szczegółami, ale tak naprawdę - kogo to obchodzi? Przecież opisy dubajskich atrakcji można znaleźć w setkach przewodników i blogów podróżniczych, nie ma sensu tego powielać. Szczególnie, że ledwo te atrakcje musnęłam.

Zamiast tego napiszę Wam o tym, jak to się stało, że to sięgające chmur miasto ze stali i szkła, które z początku obserwowałam z pełnym zachwytu dystansem, w końcu stało się mi bardzo bliskie.


Wyjazd do Dubaju zawdzięczam firmie, w której pracuję oraz targom motoryzacyjnym, które się w tym mieście odbywają. Godziny dyżurów na stoisku targowym były zabójcze, bo od 10 do 19, więc niewiele czasu pozostawało na zapoznawanie się z miastem. Tak się złożyło, że wtorkowy wieczór miałam wolny, bo reszta ekipy, czyli zarząd naszej firmy, bawiła się na wypasionym bankiecie na 4000 osób. A ja wyszłam samotnie z centrum targowego, zmierzchało się już, nie było bardzo gorąco, a buty miałam wygodne, jak mi się wtedy wydawało. Nie miałam ochoty wsiadać do metra. Zamiast tego postanowiłam wybrać się pieszo, by obejrzeć słynną fontannę dubajską, podobno największą na świecie, usytuowaną u stóp najwyższego budynku świata - Burj Khalifa (tak, tam mają manię wielkości, ale kto bogatemu zabroni). Zabłądzić się nie dało, bo budynek raczej wyróżniał się na horyzoncie, a odległość nie wydawała się zbyt duża (3 przystanki metrem). Poza tym czy jest lepszy sposób na zaprzyjaźnienie się z miastem, niż samotny spacer? Ruszyłam więc chodnikiem w kierunku majaczącej w oddali wieży.

Idę więc sobie chodnikiem, wzdłuż bardzo ruchliwej szosy. Żadnych pieszych nie spotkałam, ale nie zdziwiło mnie to zbytnio. Któż zawracałby sobie głowę chodzeniem pieszo, gdy paliwo kosztuje jakieś 1,5 za litr? Jedynie taka maniaczka, jak ja. A że dla jednej maniaczki nie warto było robić przejścia przez skrzyżowanie, musiałam skręcić w prawo, zamiast dalej zmierzać prosto do wieży. Nie było wyjścia, szłam więc licząc na to, że w końcu dojdę do jakichś pasów, ale zamiast tego po prostu skończył się chodnik. Utknęłam przy wielopasmowej ulicy, po której gnały szaleńczo samochody, bez możliwości pójścia dalej. Mogłam jedynie wrócić po swych śladach do Trade Center, ale to mi się zupełnie nie uśmiechało. Stałam więc chwilę bezradnie, gdy nagle przy mnie pojawił się jakiś Arab. Trochę się wystraszyłam, gdy podszedł do mnie i zapytał, co tu robię. Więc wytłumaczyłam mu, że się zgubiłam, na co on zaproponował, że mi wskaże drogę. Następnie bez wahania wszedł na tę wielopasmową ulicę z pędzącymi samochodami i mnie przez nią przeprowadził. Potem odprowadził mnie jeszcze spory kawałek, podczas gdy ja gorączkowo zastanawiałam się, czy powinnam mu dać napiwek. Na szczęście zrezygnowałam z obdarowania go banknotem, gdyż najwyraźniej ów człowiek pomógł mi całkowicie bezinteresownie. Na koniec wskazał mi dalszą drogę, podał mi rękę, życzył powodzenia i wrócił w kierunku wielopasmówki. A ja poszłam dalej skwerkiem pełnym palm.

Niestety pomoc okazana mi przez tego życzliwego człowieka poszła całkowicie na marne, gdyż droga, którą szłam, była również pozbawiona przejść dla pieszych. Samodzielnie nie zdobyłam się na zademonstrowany przez niego manewr, więc idąc chodnikiem zatoczyłam koło i dotarłam dokładnie w miejsce, w którym mnie zostawił. Stopy miałam już w opłakanym stanie, robiło się ciemno... cóż, poddałam się i z trudem dotarłam na przystanek metra.

Jednak nawet metrem nie było łatwo podbić fontannę. Przystanek metra prowadzi prosto do olbrzymiego centrum handlowego, przez które trzeba najpierw przejść... najlepiej wydając masę pieniędzy po drodze. Świetny chwyt marketingowy.


Jakoś się oparłam mijanym po drodze sklepom najsłynniejszych światowych marek i w końcu zamarłam nad brzegiem olbrzymiego basenu i chłonęłam to cudowne widowisko wodno-świetlno-muzyczne. To było zdecydowanie warte moich zdartych stóp!

Nagrałam nawet film, jednak wyszukiwarka wskaże Wam z pewnością setki lepszych.



Czekała mnie jeszcze droga powrotna, którą uprzyjemniłam sobie smoothie o smaku mango z miętą - i to było to. Oswoiłam miasto, a ono oswoiło mnie.

Mam jeszcze tyle do opowiadania... O wspaniałych ludziach, których poznałam, o moim nowym egipskim bracie, o zaskakującej kulturze, o wyśmienitych serach i soczystych owocach, o złotej uliczce i o tym, jak okropnie w tym Dubaju marzłam...

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Mały przerywnik

Post o Dubaju się pisze, rozrasta się wręcz i nie daje okiełznać. Poza tym mam sporo nadrabiania zaległości po tygodniowej nieobecności w domu, więc czasu na pisanie nie ma zbyt wiele. Na szczęście dzieci postarały się o wypełnienie tworzącej się luki.

Zaczęła Emilka.

- Mamo, ty już nie wyjeżdżaj nigdzie, dobrze?

Skrzywiłam się nieco, bo te wyjazdy to całkiem przyjemna odskocznia. Zauważył to Staś i stwierdził:

- A niech sobie mama wyjeżdża, tylko nie na długo, i żeby zawsze bezpiecznie wracała do domu! Mamo, a w jakim kraju podobało ci się najbardziej?

- We Włoszech - odparłam bez zastanowienia.

- Aha, w tej no... Lazanii?

Głodnemu lazania na myśli... A ja przecież byłam w stolicy spaghetti Bolognese :)

Palazzo Comunale - Bolonia

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...