Strony

czwartek, 22 sierpnia 2013

Sierpniowe wojaże

Nareszcie i na mnie przyszła pora na urlop! Przyznaję, że ostatnie dni przed urlopem były dość ciężkie, upał był nie do zniesienia, tym większa przyjemność z tych paru wolnych dni. Zatem w ostatnim dniu roboczym przed sierpniowym weekendem, zaraz po pracy, zapakowaliśmy bagaże i naszą uroczą Basię i ruszyliśmy w dal.

Pierwszym przystankiem była Warszawa, gdzie gościnnie przyjęli nas Monika i Piotr, czyli moja kochana siostrzenica z mężem. Dojechaliśmy dość późno, bo drogi przed długim weekendem były zatłoczone, mimo to dzieci niezmordowane bawiły się do północy, gdy dorośli siedzieli nad kieliszkiem wina, ciesząc się swoim towarzystwem.

We czwartek w Warszawie było mnóstwo pokazów i uroczystości, ale my zdecydowaliśmy się na zwykły spacer po Starówce. Staś chciał przede wszystkim odwiedzić pomnik Małego Powstańca, który zrobił na nim duże wrażenie podczas wycieczki szkolnej. Trochę błądziliśmy, ale w końcu GPS nas doprowadził na miejsce.



Błąkaliśmy się spokojnie, ciesząc się piękną pogodą, jedząc lody i robiąc masę fotek. Weszliśmy również na taras widokowy:


Panowie nie zdecydowali się na wspinaczkę po schodach, za to wykorzystali ten moment na pożarcie lodów - bez nas! Na zdjęciu poniżej, w postaci dwóch kropek, czarnej i białej. Z lodami.


Emilcia zaprzyjaźniła się z Kubusiem Puchatkiem. Starsze dzieci nie zdecydowały się, chociaż miały wyraźną ochotę poprzytulać się do wielkiego micha.


Wieczorem ruszyliśmy w dalszą drogę, do miłej miejscowości Bełżyce niedaleko Lublina, gdzie mieszka moja siostra Ula wraz z mężem Staszkiem i synem Pawłem. Spędziliśmy tam bardzo miłe chwile, głównie leniuchując. Jarek zrobił znowu kilkaset kilometrów na rowerze, a ja z przyjemnością spędzałam czas w kuchni wraz z siostrą. Korzystaliśmy też z darów warzywniaka. Szczególny mój zachwyt wzbudzały pomidory, bez szczypty chemii, słodkie prawie jak brzoskwinie. Zjadałam je całymi kilogramami, jeszcze ciepłe od słońca. Normalnie Toskania.

Co dość zaskakujące, jak się dowiedzieliśmy, w pobliskim Wojciechowie znajduje się ZOO "w którym jest nawet tygrys!". Wybraliśmy się tam, nie wiedząc czego można się spodziewać po ZOO w tak niewielkiej mieścinie. Faktycznie, chociaż ZOO jest niezbyt wielkie, ciekawych zwierząt było dość sporo: wielbłądy, antylopy, małpy, lwy i pumy. Niestety te ostatnie drapieżniki nie miały zamiaru opuszczać swych domków, więc możemy jedynie słowu pisanemu na tabliczce wierzyć, że tam naprawdę były ;) W każdym razie polecamy podróżującym po województwie lubelskim: http://www.zoowojciechow.pl.

Dzieciom najbardziej podobały się sympatyczne osiołki...
...i wiewiórki (widać?)

Największym wydarzeniem weekendu była wycieczka do Parku Linowego nad Zalewem Zemborzyckim. "Zaliczyliśmy" już kilka parków linowych, ale ten był z nich zdecydowanie najbardziej atrakcyjny. Emilka mogła po raz pierwszy przejść się trasą dla maluchów, nie wymagającą przygotowania ani szczególnych umiejętności:



Danusia i Staś zrobili po kilka kółek na trasach dla dzieci i dla średniozaawansowanych. Miło było popatrzeć, jak świetnie sobie radzą, zawstydzając niektóre dorosłe osoby na trasie. Danusia kica po drzewach jak mała wiewiórka.



Staś natomiast wcielił się w rolę Toma Cruise'a z Mission Impossible, zdobywając kolejne szczyty. A w każdym razie wspinając się nucił sobie wiodący motyw filmu.

Na zdjęciu wygląda raczej jak Spiderman.
Zostaliśmy tam aż do zmroku (Staś był ostatnią osobą wpuszczoną na trasę tego dnia).


Szkoda tylko, że humory popsuło nam na koniec przykre zdarzenie. Danusia zorientowała się, że chwilę wcześniej zostawiła na ławce torebkę. Niestety ktoś już ją sobie wziął. To bardzo smutne, bo Danusia trzymała tam wszystkie swoje skarby (nie pytajcie, po co nosiła je ze sobą). Nie obyło się bez łez. Medalik z I Komunii Św., kolczyki i takie tam drobiazgi. Jest to nauczka na przyszłość, a ja nie mogę powstrzymać się od wrogich myśli o osobie, która przywłaszczyła sobie ten skromny, dziewczęcy dobytek.

Jest jeszcze jedna nieoceniona atrakcja Bełżyc, czyli kilkunastoletnia sąsiadka Ania. Dzieci wręcz uwielbiały się z nią bawić, a gdy Ania była zajęta pomaganiem mamie, nosy były spuszczone na kwintę i brak było jakichkolwiek pomysłów na zabawę. Nie ma Ani - nie ma zabawy! Ania miała mnóstwo cierpliwości do dzieci i niekończące się pomysły i dzieci już za nią tęsknią, szczególnie dziewczynki.



No i lody, dużo lodów, gofry i inne pychotki z lodziarni Kotków. Pyszne, ogromne porcje, w cenach znacznie niższych niż u nas.

Ekstaza...

Dzieci zażyły dużo świeżego powietrza, trochę poprzyglądały się pracy w gospodarstwie, przynajmniej mają naoczne pojęcie, skąd się biorą jajka i że pomidory rosną na krzaczkach, a ziemniaki pod ziemią. Mam nadzieję, że im się to nie pomyli ;)

Dziękujemy za cudowną gościnę!


wtorek, 6 sierpnia 2013

Grunt to mieć plan

Na wstępie krótki raport z realizacji postanowień międzysylwestrowych:

- woda w brzuchu mi chlupie, mało się nie przeleje - to najprostsze z postanowień i najlepiej mi wychodzi ;)
- nad włoskim nieco przysypiam, ale może coś mi do głowy przesiąknie przez sen, zdarzały się takie przypadki,
- Staś czyta Narnię, Danusia - Dzieci z Bullerbyn, a Emilka robi zestawienie dotyczące ras psów, wyglądające bardzo profesjonalnie,
- a co do narzekania, trochę ponarzekam poniżej, ale chyba w efekcie będzie konstruktywnie.

Dzisiejszy post miał być niemal apoteozą moich dzieci, tego jak świetnie sprawują się, gdy jestem w pracy, jakie są samodzielne i w ogóle. Od paru dni przez większość dnia są same w domu i muszą same o siebie się troszczyć, a wychodzi (lub wychodziło) im to całkiem nieźle. Staś sprawuje pieczę nad siostrami, robi im śniadanie, podgrzewa obiad, a one mają mu pomagać i nie przysparzać kłopotów. Tak to wyglądało w pierwszych dniach i sprawiało, że serce wręcz mi rosło. Za to dziś...

Dzwonię do domu, jest godzina 12.30. Pytam Stasia, co zjedli na śniadanie.

- Śniadanie? Yyyy... właśnie miałem zrobić.
- Jak to miałeś zrobić? Przecież już prawie trzynasta!
- Już trzynasta? To lecę robić, pa mamo!

Aż się zatrzęsłam. Pewnie dorwali się do szafki ze słodyczami, to i głodni nie byli, no jasne.

Godzina 14.30, dzwoni Staś.

- Mamo, właśnie podgrzewam parówki, ale powiedziałem Danusi, że nie dostanie, póki się nie ubierze.
- To ona o tej porze jest w piżamie?
- Tak, obie są w piżamach!

No to pięknie... Zapewne cały dzień upłynął im przed telewizorem. Faktycznie, co innego mogą robić same w domu. Na dwór nie wyjdą, bo jest za gorąco, więc najłatwiej zająć się głupawymi serialami.

Myślę, że mam na to sposób: napisałam im szczegółowy harmonogram zajęć na jutro, obejmujący pobudkę, posiłki, czas na czytanie i zabawy oraz zadanie do wykonania dla każdego. Zobaczymy, jak sobie z tym poradzą i czy uda im się właściwie kontrolować czas.

Nie jestem zwolenniczką harmonogramów, ale muszę dać dzieciom coś, czego mogą się trzymać. W przeciwnym razie całkiem się rozbestwią przez te wakacje i później nie dadzą sobie rady z rygorem szkolnym. Mam nadzieję, że plan i zadania potraktują jako wyzwanie i zabawę, a nie jak dyby, w które chciałabym je zakuć ;)







niedziela, 4 sierpnia 2013

Postanowienia nienoworoczne

Tak sobie już od paru dni myślę, że parę rzeczy warto by było zmienić w życiu moim i rodziny, aby było lepsze, zdrowsze i pełniejsze. Wprawdzie to przełom lat sprzyja postanowieniom, ale ponieważ podejmujemy je co roku i po chwili zazwyczaj z nich rezygnujemy, może takie niestandardowe zasady będą łatwiejsze do dotrzymania? A że niedawno minęło 7/12 roku, więc niestandardowo tę okazję uczczę w ten właśnie sposób :)





1. Będę piła więcej wody, czyli zostanę akwistką (Dziś moda na picie wody opanowała cały świat, tymczasem już w bardzo dawnej Polsce zwracano uwagę na osoby pijące dużo tego życiodajnego płynu. Nazywano ich "akwistami" (z łac. "aqua" 'woda')). Piję zdecydowanie za dużo kawy i herbaty, a te płyny odwadniają organizm, chociaż niby są napojami. Mojej skórze przyda się trochę nawilżenia od wewnątrz. A więc od dziś - co najmniej litr wody dziennie!

2. Zacznę regularnie uczyć się włoskiego. Na razie noszę wszędzie przy sobie zeszyty do nauki, ale niestety nie wyszłam poza pierwszą lekcję. Bardzo chcę się nauczyć tego języka, więc koniec z odkładaniem na później - jedna lekcja dziennie, choćby nie wiem co.

3. Będę więcej czytać dzieciom. W wakacje jest to o tyle trudne, że biegają do późna po dworze, a potem zanim zjedzą kolację i umyją się, robi się okropnie późno. A tyle jeszcze książek chciałabym z nimi poczytać, zanim będą za duże...

4. Postaram się, aby dzieci samodzielnie również czytały więcej. Dostałam od mojej szefowej całą masę fajnych książek dla dzieci, ze dwie półki. Są to głównie książki o przyrodzie, o świecie, encyklopedie i przewodniki, pięknie wydane i ciekawe. Oczywiście nie ma mowy o żadnym zmuszaniu czy nakłanianiu, ale mam nadzieję, że gdy stworzę odpowiednie warunki (o tym dalej), dzieci same będą po nie sięgać. Dziś zasnęły obłożone książkami: Danusia i Emilka czytały o rasach psów, a Staś o największych katastrofach ludzkości. Mam nadzieję, że nie będzie to miało wpływu na jego sny!

5. Aby dzieci czytały więcej wystarczy... ograniczyć im TV i gry komputerowe. Łatwo powiedzieć, nie tak łatwo wprowadzić w życie, ale zrobię wszystko, by dzieci zrozumiały, jak wielką stratą czasu jest telewizja.

6. Punkt szósty dotyczy gotowania. Do tej pory najłatwiej było mi ograniczać się w kuchni do potraw, które lubią dzieci, czyli głównie kurczak i spaghetti. No, nie aż tak drastycznie, ale prawie. Postaram się bardziej urozmaicić jadłospis, wszak w internecie inspiracji nie brakuje. Dziś na przykład przyrządziłam bakłażana z mozarellą - pycha! Ale dzieci nawet nie próbowałam tym częstować, zjedliśmy to sobie z mężem we dwoje. Małymi kroczkami dzieci też dadzą się namówić na kosztowanie nowych smaków. To już nie te czasy, gdy Staś prawie zwymiotował, gdy go nakłoniłam do zjedzenia łyżeczki surówki z kapusty pekińskiej.

7. Nie narzekać! Nigdy i na nic, nawet w myślach. Narzekanie to "magnes na szajs". Ogólnie - więcej pozytywnych myśli, więcej uśmiechu, cierpliwości i pogody. Proste. Reszta przyjdzie sama.

To by było na tyle. Te moje postanowienia są prościutkie i łatwe w realizacji, a jak wiele mogę, a właściwie możemy zyskać!

A zatem, skoro postanowienia przygotowane, odpalamy szampana i... wszystkiego najlepszego w dalszej części już nienowego 2013 roku!

piątek, 26 lipca 2013

Wakacje w 200-letnim domu

W tym roku zdecydowaliśmy się przerwać kilkuletnią serię wakacyjnych wyjazdów do Okonina. Dzieci były z tego powodu zdruzgotane. Wszak dla nich to był nieodłączny element wakacji. Trochę je pocieszyło, że w tym roku wyjedziemy do Cioci Ewy i Wujka Wieśka do "MIEMIEC" - jak mawia Emilka.

Planowanie wyjazdu i pakowanie się to oddzielny rozdział, ale Wam go daruję. Wyjechaliśmy około 3.30 w nocy, licząc na to, że większą część drogi dzieci prześpią - i tak się stało.

Obudziły się na ostatniej stacji benzynowej przed granicą, gdzie zatrzymaliśmy się na śniadanko. Samą granicę minęliśmy nawet jej nie zauważając - dopiero dzięki obcojęzycznym napisom na tablicach uświadomiliśmy sobie, że to już chyba inny kraj.

Na drogę zabrałam ze sobą bardzo stary kurs ESKK języka... włoskiego. Trochę nietypowo, no nie? Ale już wcześniej obiecałam sobie, że po skończeniu Gawina pouczę się choć trochę tego języka, bo bardzo mi się podoba, a może będzie jeszcze okazja wyjechać do Włoch i posłużyć się nim w praktyce. A ze mną uczyła się cała rodzinka! Możecie ją przepytać z pierwszej lekcji, znakomicie znają wszystkie słówka. Szczególnie podobało im się "Il babbo" - czyli "tata". Nigdy bym nie odgadła znaczenia tego słowa.

Do Brunszwiku zajechaliśmy w południe, nawet nie za bardzo zmęczeni (chociaż mój mąż - kierowca mógłby mieć inne zdanie na ten temat). Dzieci natychmiast rozpoczęły zwiedzanie domu i ogrodu i zaprzyjaźnianie się ze zwierzakami.

A było co zwiedzać - niedawno moja siostra i jej mąż kupili duży, stary bo 200-letni dom i od tej pory zmagają się z jego remontem. Część oddana do użytku prezentuje się znakomicie. Resztę określają jako "dom duchów", chociaż jest w tym trochę przesady :) Cały dom jest wspaniały, latem zapewnia przyjemny chłód, przed nim rośnie stara jabłoń, jak z bajki - po prostu wiadomo, że ten dom ma duszę.



Dzieci były zachwycone wszystkim, co tam zastały, a szczególne ich względy zdobyła suczka Chanel - uroczy, mądry piesek, który na widok balonów (normalnych, nadmuchiwanych) zmieniał się w bestię. Dzieci wraz z Chanel zużyły podczas pobytu całe tony balonów, gdyż jak się pewnie domyślacie, pies nie potrafi długo się bawić napompowanym balonem ;)


Kolejną atrakcję stanowił kotek Gizmo, który podobno ma duszę rozbójnika i niejednego ptaka pozbawił piórek. Wobec naszej Basi (która oczywiście pojechała na wakacje z nami) wykazywał dość jednoznaczne intencje, więc na wszelki wypadek nie spuszczaliśmy jej z oczu. Ale mimo to zaprzyjaźnił się z dziećmi za cenę paru kocich przysmaków.


Gdy upał nie był zbyt dokuczliwy, wybraliśmy się na zwiedzanie okolicznych placów zabaw. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem. Każdy plac zabaw był jedyny w swoim rodzaju, wyposażony w pomysłowe przyrządy do zabaw, co jest miłą odmianą po seryjnie produkowanych placach na naszym osiedlu, identycznych kubek w kubek. Jeden na przykład był w stylu kosmicznym:




Inny z kolei miał niesamowitą karuzelę, rozpędzającą się dzięki niewielkim ruchom ciała, po prostu ekstra!





Trzeci był trochę bardziej tradycyjny:





Ten ostatni plac znam najlepiej, gdyż często bywałam tu z moją siostrzenicą Jessicą, gdy miała jakieś 3 lata (a teraz dobiega 20).

Niewiele ruszaliśmy się poza domek i ogród. Raz wybraliśmy się do centrum, trochę połazić (dzieci uparcie nazywały tę część miasta "starówką").




Poza tym siedzieliśmy raczej w domu i ogródku, spędzając czas miło i rodzinnie. Dzieci najchętniej nie wychodziłyby z basenu. Praktykowały coś, co nazywały "odpyszkami" - musiałam to słowo tu zapisać, gdyż ogromnie mi się spodobało. Odpyszki dzielą się na małe i duże, a polegają na leżeniu na materacu w basenie i odpychaniu się od krótkiej lub długiej krawędzi. Brawa dla dziewczynek za talent słowotwórczy.




Dorośli bardziej cenili sobie kawę i ciasto albo grill i piwko. Po powrocie do domu natychmiast musiałam przejść na dietę...
A gdy po paru dniach dojechał do nas dziadek Staś, dzieci były w siódmym niebie. Oprowadziły go po okolicznych placach zabaw i w różny sposób umilały mu czas. Na fotce poniżej tata i ja umilamy czas sobie nawzajem :)


Nie zabrakło też aktywnego spędzania czasu. Mój mąż podczas tygodniowego pobytu w Brunszwiku przejechał rowerem ponad 500 km! Dzieci natomiast trenowały jazdę na rolkach, deskorolkach i innych tego rodzaju sprzętach.






Poza tym Danusia chętnie demonstrowała swoje ulubione akrobacje - gwiazdy, stanie na rękach i na głowie, budząc ogólny aplauz, a nawet zdobyła naśladowcę!



Pewnego wieczoru na grilla przyszli sąsiedzi i przynieśli ze sobą grę - krykieta. To coś nowego dla nas, fajna zabawa!





Ale nie myślcie sobie, że przez cały czas się leniliśmy. Proszę, na dowód zdjęcia dziewczynek pomagających w ogródku. Ciężka praca, ale za to jakie efekty!
Jeśli się zastanawiacie, czy dziewczynki na fotkach poniżej mają na sobie piżamki, to tak, macie rację - były już wykąpane i gotowe do snu, gdy okazało się, że wieczór to najlepsza pora na prace w ogródku.







Czy widać na tych wszystkich fotkach, jacy jesteśmy szczęśliwi? Myślę, że to widać - ten tydzień był cudowny i chcemy go zapamiętać jak najdłużej.

Teraz dziewczynki wciąż chodzą i płaczą po kątach z tęsknoty za ciocią, która okazała im wiele serca.
Kochana nasza Rodzinko, dziękujemy za cudowną gościnę i wspaniałe chwile z Wami. Bardzo tęsknimy i czekamy na kolejne spotkanie, tym razem u nas :)

poniedziałek, 8 lipca 2013

Piżama party!

Dziś z wielkim poświęceniem wystawiałam przez parę godzin swoje oślepiająco białe nogi na działanie słońca, ale jakoś efektów nie widać. To bardzo ciekawe, bo moja twarz pod filtrem 50, tyłem do słońca, zdołała się opalić. Może powinnam wypróbować ten krem na nogach?

A to wszystko dlatego, że w dniu wczorajszym zaliczyłam kurs GAWIN2, z czego moja rodzinka wydaje się ogromnie szczęśliwa, a ja trochę mniej, bo bardzo lubiłam te zajęcia. Za to w spokoju mogłam się dziś pobyczyć z dziećmi na plaży (chociaż plażowanie nie należy do moich ulubionych rozrywek).




Woda zimna, brrrr... co oczywiście nie przeszkadzało małolatom siedzieć w niej całe godziny. A ja na kocyku ratowałam się książką.

Po powrocie musiałam jeszcze upiec cebularze, które obiecałam dzieciakom już dawno ("Jak tylko skończę ten kurs, to będę wam znowu robić pizzerinki, gofry, cebularze, tylko wytrzymajcie jeszcze parę dni!). Dziś nie miałam już serca wykręcać się późną porą, więc kolacja była dopiero po 21, na co nikt nie ważył się narzekać. Za to teraz jestem już kompletnie padnięta, opalanie się jest okropnie męczącym zajęciem!

A tak w ogóle, to miałam pisać o czymś innym, czyli o pierwszym oficjalnym Nocowaniu Poza Domem moich córek! Wczoraj zadzwoniła do mnie mama koleżanki Emilki jeszcze z przedszkolnych czasów i zaprosiła obie dziewczynki na noc. Trochę się obawiałam, że przed snem Emilka podniesie lament i będzie chciała do domu, ale jak się okazało, dziewczyny nie miały najmniejszej ochoty wracać nawet następnego dnia. Było wszystko, co powinno być: piżama party, malowanie sobie nawzajem paznokci, bitwa na poduszki i opowiadanie sobie historyjek do późnej nocy. Strasznie im tego zazdroszczę!






Dziewczyny wymogły na mnie, że o tym napiszę na blogu, bo kiedyś będą chciały poczytać o tym, jak to było, więc posłusznie uzupełniam rodzinną kronikę o to wiekopomne wydarzenie.

wtorek, 2 lipca 2013

O walorach edukacyjnych półkolonii

Zaczęły się wakacje, czyli dla większości rodziców okres kombinowania, jak zapewnić dzieciom opiekę, podczas gdy muszą pracować. Każdego roku musieliśmy się mocno napocić, by jakoś zapełnić te osiem tygodni, ale im dzieci większe, tym łatwiej.


Udało mi się znaleźć dla dzieciaków miejsce na półkoloniach, organizowanych przez pobliską szkołę. Cena dość przystępna (przynajmniej przed przemnożeniem przez 6), odległość niewielka, więc dzieci wracają same. Program zajęć niestety był jedną wielką niewiadomą, ale w desperacji uznałam, że cokolwiek to będzie - grunt, że dzieci mają opiekę.

Mimo wszystko pierwszego dnia byłam trochę zestresowana. Wprawdzie dziewczynki łatwo zadowolić i zawsze wszystko im się podoba, to ze Stasiem jest już gorzej. Wiadomo - jest starszy, bardziej samodzielny, obawiałam się, że po pierwszym dniu będzie chciał zrezygnować.

A tu w poniedziałek o 15 odebrałam telefon od dzieciaków, wychodzących ze szkoły.
Cała trójka przekrzykiwała się wołając, jak było fajnie!

W domu dopytałam o szczegóły.

Najważniejszym punktem dnia było wyjście do Muzeum Informatyki (nie miałam pojęcia, że coś takiego w Toruniu istnieje) gdzie dzieci miały okazję zobaczyć, jak wyglądał komputer w mojej młodości (a nawet wcześniej). Dla Stasia, zafascynowanego tą gałęzią wiedzy, ta wyprawa to była nie lada gratka.

Ale najciekawsze zostawię na koniec:

- Mamo, na półkoloniach poznałem panie z Brazylii, Kolumbii i Japonii! Rozmawiałem z nimi po angielsku! Byłem nawet tłumaczem dla innych dzieci! To było super!!!

Nie ukrywam, że byłam dość zaskoczona. Staś ma ledwo "dostatecznie" z angielskiego (wstyd). A tu okazał się takim poliglotą.

- A o czym rozmawiałeś z paniami?

- O tym co lubią robić, jakie są ich ulubione potrawy i o innych sprawach. Mogę jutro wziąć ze sobą słownik?

Jak się okazało, panie to studentki z wymiany studenckiej, podczas półkoloniach służą pomocą i są dodatkową atrakcją, jak widać - niebagatelną. Staś już jedną z nich dodał do znajomych na facebooku!

Myślę, że do Stasia dopiero dotarło, że angielskiego uczy się w szkole po to, aby móc się kontaktować z ludźmi, posługującymi się tym językiem. Do tej pory był to po prostu jeden z przedmiotów szkolnych, nudnych i męczących. Mam nadzieję, że teraz jego podejście się zmieni. Już się umówiliśmy na wspólne rozmówki i naukę słówek.

Po drugim dniu półkolonii, entuzjazm dzieci wcale nie zmalał, a jutro idą na basen, więc pewnie nawet wzrośnie.

Polecam serdecznie, na drugi tydzień są chyba jeszcze wolne miejsca :)

niedziela, 30 czerwca 2013

Krok ku dorosłości

Danusia już od dawna wspominała o tym, że chciałaby mieć przekłute uszy. Nie nalegała jakoś specjalnie, więc wolałam odroczyć ten moment, aby była już duża i by uniknąć ewentualnych problemów z uszami. Oznajmiłam więc, że odpowiedni czas to będzie po przystąpieniu do Pierwszej Komunii i tego będę się trzymać również w przypadku Emilki (o ile w ogóle będzie chciała przekłuć uszy).

Tak więc od Pierwszej Komunii wkraczamy w dorosłość. Po pierwsze Danusia zażyczyła sobie obciąć włosy, gdyż jak większość dziewczynek zapuszczała je na tę okoliczność. Wybrała sobie fryzurę "na irokeza", jak jedna z koleżanek, czyli wygolone boki i czub na środku głowy, ale usłyszała stanowcze "NIE!". W końcu zgodziłam się na asymetryczne ścięcie, które podobno jest podobne do mojej fryzury (?).

Niedługo później umówiłam nas z kosmetyczką na "kolczykowanie". Danusia była bardzo podekscytowana, nie mogła nawet w nocy zasnąć, ale kazałam jej wyobrazić sobie piękne kolczyki i jakoś podziałało. Ale na fotelu u kosmetyczki przestało być zabawnie. O ile przekłucia pierwszego ucha prawie nie zauważyła, to już na drugie straciła całkiem ochotę. Trochę szczypało ją to pierwsze od środka odkażającego, poza tym ten pistolet robił dość nieprzyjemne wrażenie. Gdy zaczęła płakać stwierdziłam, że nic na siłę, niech chodzi z jednym kolczykiem, przecież nie będę jej zmuszać. Ale moja dzielna dziewczynka sama się opanowała, poprzytulała się trochę do mnie i odważnie nadstawiła drugie uszko. A teraz dumnie demonstruje kolczyki i rozgląda się za kolejną parą.

Ja miałam 16 lat w chwili przekłucia uszu. W tamtych czasach nikt chyba nie słyszał o kosmetyczkach z pistoletami, uszy przekłuwało się własnym sumptem. Mnie namówiła na to moja siostra Ewa, która podjęła się przeprowadzić tą operację. Nie miała z tym doświadczenia, ale przecież to żaden problem, wbić igłę w ucho, no nie? Zaopatrzona więc w igłę i surowego ziemniaka przekłuła mi ucho, co może nie było tak straszne, ale wkładanie kolczyka w krwawiący otworek było znacznie gorsze. Ewa stanowczo odmówiła powtórzenia tej operacji na drugim uchu. Na szczęście mąż Ewy - Wiesiek załatwił sprawę o męsku i przeprowadził zabieg na drugim uchu. Wskutek tego, że każde z nich kłuło po swojemu, kolczyki układają mi się trochę nierówno, ale przecież asymetria też ma swój urok :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...