Strony

wtorek, 6 września 2005

Już się nie boję

A właściwie znacznie mniej boję się o moje przedszkolno-żłobkowe dzieciaki. Staś bawił się świetnie w przedszkolu - rysował rycerzy, budował rycerzy z klocków i bawił się w rycerza (nic nowego pod słońcem...). Poszedł dziś do przedszkola bez żadnych oporów. A Danuśka była podobno bardzo grzeczna, nie sprawiała problemów poza tym, że nie chciała jeść. Wyjaśniłam pani, że w domu też ostatnio mało je i nie jest to wina żłobka, ale wyrzynających się ząbków.

rozarozaroza

A propos ząbków:
Wchodzę do pokoju i widzę Stasia, pochłaniającego ciastka zaraz po wieczornym myciu zębów.
- Stasiu!!! Dopiero umyłeś ząbki i już jesz ciastka? Zaraz je pobrudzisz, będziesz miał na ząbkach bakterie...
Staś spojrzał na mnie mocno zaskoczony.
-  Mamusiu, ale te ciasteczka są czyste!

poniedziałek, 5 września 2005

Obgryzając paznokcie...

... czekam na moment, gdy będę mogła wyjść z pracy i odebrać moje maluchy ze żłobka i z przedszkola, gdzie spędzają pierwszy samodzielny dzień.
Staś trochę marudził po drodze, że chce, żebym z nim tam została, ale gdy dotarliśmy na miejsce, zupełnie o mnie zapomniał! Pobiegł do dzieci i tyle go widziałam. Danusię odprowadził Jarek, bo myślę, że łatwiej jej rozstać się z tatą niż z mamą (przynajmniej teoretycznie). Podobno nie było większych problemów z oddaniem jej - no ale wiecie sami, że jest mnóstwo sytuacji, które w mgnieniu oka mogą zmienić sielankę w koszmar...

 rozarozaroza

Dziadek Staś, czyli mój tata, skończył w sobotę 75 lat! Moi rodzice mieszkają w Grudziądzu, około 70 km stąd. Jarek niestety pracował w sobotę, więc ja bohatersko zdecydowałam się pojechać pociągiem. Ostatni raz korzystałam z usług PKP jakieś 5 lat temu, jadąc z Jarkiem w jego rodzinne strony, żeby zostać przedstawioną oficjalnie jako jeszcze-nie-narzeczona ;). Ale od tej pory nic się w polskich kolejach nie zmieniło na lepsze...
Nie będę opisywać tej "drogi przez mękę", bo albo z autopsji znacie podróże z wózkiem, albo możecie łatwo sobie to wyobrazić. Przede wszystkim brak podjazdów - jak sobie z tym radzą niepełnosprawni? Poza tym tłok w autobusie, "usłużni" ludzie, brud, dziecko uciekające z wózka... Dość, że dojechałam do Grudziądza mokra jak szczur, już przerażona wizją powrotnej drogi.

Danuśka w Grudziądzu była w swoim żywiole, brojąc ile się da (pewnie chciała mi dostarczyć materiału do pisania). Najciekawsze było to, że moja córcia, ostatnio niejadek, dostawała nieoczekiwanie ataków nagłego apetytu. Najpierw rzuciła się na resztki, przygotowane przez babcię dla psa (musiałyśmy jej to wyjmować z buzi), a później próbowała kotom podbierać whiskas prosto z miski. Ale smakowały jej też maliny prosto z krzaka - naprawdę pyszne, ciepłe od słońca...

W niedzielę, po obiedzie w rodzinnym gronie, wyruszyliśmy w drogę powrotną. Na szczęście mój bratanek Michał, na prośbę babci zawiózł nas do Torunia samochodem. Danka w drodze wymiotowała - załamałabym się, gdyby to się zdarzyło w pociągu.

A oto porcja zdjęć weekendowych:



Piaskownica pod jabłonką




Malinowy chruśniak




Dziadek Staś, który właśnie uśpił Danuśkę

piątek, 2 września 2005

Każdemu się może zdarzyć...

Po notce o wyrzuconych pieniądzach możecie sobie myśleć, że mój mąż ma przechlapane z tak roztrzepaną żoną. A jednak jest to chyba cecha właściwa Ladorusiom (a w każdym razie tym dorosłym)...

Pewnego dnia mój mąż wychodzi do pracy. Po kilku minutach wraca, zmieniony na twarzy. "Samochód nam ukradli!". O Boże... Zadzwonił zaraz do swojego ojca z tą informacją oraz do pracy - że się z tego powodu spóźni. Poszedł na policję zgłosić kradzież, a ja w tym czasie dotarłam do pracy i poskarżyłam się wszystkim, jakie nas spotkało nieszczęście. Wszyscy serdecznie nam współczuli.

Nagle - telefon:
- Kochanie, samochód się znalazł!
- Hurra! Policja go znalazła? A może złodzieje podstawili go nam pod dom?
- Nie, stoi przy miniMalu...

Oto co się wydarzyło: poprzedniego wieczora mój mąż pojechał na myjnię, potem podjechał do miniMala po niewielkie zakupy, a że ten sklep jest bliziutko naszego domu, zapomniał, że pojechał tam samochodem i wrócił pieszo. Samochód został tam do rana. Dopiero po złożeniu zeznań, przechodząc koło miniMala, Jarek znalazł samochód. Musiał więc wrócić na policję, żeby odwołać zeznania. Trochę bał się tam jechać samochodem, zgłoszonym jako kradziony, żeby go policja nie złapała i nie skuła :). Ale na miejscu powiedziano mu, że to norma i ludzie nagminnie gubią samochody i potem je znajdują (przeważnie gdy wytrzeźwieją).

Trochę głupio było nam tłumaczyć się wszystkim, że tak naprawdę samochodu nie ukradli - ale więcej warta była nasza radość.

Po paru miesiącach, gdy ten samochód został naprawdę ukradziony - przez dłuższą chwilę głowiliśmy się, czy nie ma możliwości, by został przez nas gdzieś porzucony przez roztargnienie. Ale niestety nie odnalazł się do tej pory...

Kochanie, jeśli to czytasz - nie gniewaj się, że to opublikowałam :).

czwartek, 1 września 2005

Dziś notki nie będzie! ;-)

Staś jeszcze na wakacjach, podobno grzeczny i nie broi. Danusia też jakoś nie błyska inwencją. Mówię do niej: "Danusiu, może byś coś zbroiła, stłucz coś albo wysyp, dobrze? Bo nie będę miała jutro o czym pisać!". A Dana tylko patrzy na mnie z politowaniem i dalej bawi się grzecznie teletubisiami, które niezależnie od koloru nazywamy "Tinky-Winky", bo to imię najlepiej brzmi. Tak więc dziś notki nie będzie!

A może jednak... opowiem Wam pewną historię. Zatytułujmy ją:

Wyrzucone pieniądze

Zdarzyło się to w pierwszych dniach życia Danusi. Mój mąż poszedł do PZU po odbiór pieniędzy z ubezpieczenia za urodzenie dziecka. A było tego - bagatela - 900 zł. Pieniądze mignęły mi gdzieś przed oczami, ale ich zagospodarowanie pozostawiłam Jarkowi.
Minęło parę dni. Mąż pyta, co zrobiłam z pieniędzmi. "Nawet ich nie ruszałam!" odparłam. A Jarek na to, że je zostawił na stole. I zaczęły się poszukiwania, niestety bezskuteczne. Nagle coś sobie przypomniałam: gdy parę dni wcześniej strzepywałam obrus ze stołu przez okno, poleciały z niego jakieś papierki, ale pomyślałam, że to nic ważnego. Teraz nabrałam pewności, że to były właśnie te pieniądze! Załamana powiedziałam o tym Jarkowi. Jarek poszedł ich szukać pod balkonem, bo rosną tam krzaki i ludzie raczej tamtędy nie przechodzą. Ale szanse, że te pieniądze tam leżą były raczej mizerne, prawda? Tak więc ja leżę i ryczę, a Jarek chodzi po sąsiadach z dołu i pyta, czy czasem komuś pieniądze z nieba nie spadły na balkon. Wrócił z pustymi rękami i zaczął mnie pocieszać. "Łatwo przyszło - łatwo poszło!". Ech, ale wiecie, ile pieniędzy potrzeba przy malutkim dziecku - no i napewno nie mamy ich tyle, żeby wyrzucać je przez okno...

Nagle - dzwonek do drzwi. Sąsiad z dołu - przyszedł powiedzieć, że jego dzieci znalazły te pieniądze, ale on ich w tej chwili już nie ma i odda je do końca tygodnia!
Wyobrażacie sobie moją radość?
Do tej pory zastanawiam się, dlaczego zdecydował się przyznać do znalezienia tych pieniędzy. Czy obudziła się w nim uczciwość, czy przekonała go żona, czy też obawiał się, że dzieci wygadają się sąsiadom? Lubię myśleć, że to ta pierwsza opcja - a muszę przyznać, że nie jest to rodzina zbyt dobrze sytuowana. Tym większa ich zasługa...

Wprawdzie okazało się, że tych pieniędzy wytrzepałam tylko 300 zł, bo resztę Jarek już zdążył "zagospodarować" ;), ale i tak bardzo się nam przydały.

środa, 31 sierpnia 2005

Fotki i... kotki

Dorwałam się do zawartości naszego aparatu, więc wklejam fotki weekendowe.


Dzieci zmęczone imprezowaniem zasnęły. Na zdjęciu może to wyglądać trochę drastycznie ;)




Nowy kumpel!
kotekkotekkotekkotek



Nie ma to jak śniadanie na dworze...




Pokaz fotek kończy Dana, która smacznie śpi, gdy tata naprawia samochód...

wtorek, 30 sierpnia 2005

Babskie popołudnie

W związku z tym, że Staś spędza ostatni tydzień wakacji poza domem, a Jarek pojechał na dwudniowe szkolenie, od wczoraj jesteśmy z Danusią zdane na siebie. Planowałam, że po powrocie z pracy położymy się i odeśpimy weekendowe ekscesy (samochód nam się popsuł w drodze powrotnej, więc trafiliśmy do łóżek grubo po północy). Wizja popołudniowej drzemki bardzo mnie pociągała, ale gdy już dotarłam do domu okazało się, że żadna z nas nie jest śpiąca. Wobec tego wybrałyśmy się na długi spacer do lasu. Co prawda w tym "lesie" więcej jest psich kup niż drzew, a poza tym zawsze mam obawy, czy nie napadnie nas jakiś pies, wyprowadzany bez kagańca. Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma... Po spacerze i kolacji Dana usnęła kamiennym snem, a ja wreszcie mogłam zabrać się za sprzątanie. Ale najpierw zajrzałam na bloga, odpowiedziałam na komentarze, trochę poczytałam co nowego u znajomych i... tak jakoś nagle zrobiła się 22. Wyłączyłam komputer, żeby mnie nie kusił i doprowadziłam mieszkanie do ładu. Znów poszłam spać po północy...

Obudziłam się około 3 nad ranem, w egipskich ciemnościach. Co się dzieje, nie ma prądu? Ale na klatce jest jasno. Sprawdziłam korki przyświecając sobie komórką - były włączone. Przeraziłam się, że nam wyłączyli prąd, bo zapomniałam o jakimś rachunku za energię - i co ja biedna mam zrobić sama, w ciemną noc? Lodówka mi się rozmrozi, no i co sobie o nas pomyśli Dany opiekunka??? Na szczęście jakimś cudem przypomniałam sobie, że jest jeszcze coś takiego, jak bezpiecznik główny, na klatce schodowej - udało mi się go znaleźć i włączyć. Uffff... jest światło...

Ale dziś niewyspana jestem... No to może po powrocie z pracy utnę sobie z Daną drzemkę? A może lepiej nie mieć tak daleko idących planów? :)

rozarozaroza

Rozmowa ze Stasiem sprzed paru dni:

Staś: - Mamo, a dlaczego mamy nowy samochód?
Ja: - Musieliśmy kupić nowy, bo tamten nam złodzieje ukradli...
Staś: - A ten też nam ukradną ci złodzieje?
Ja: - O Boże, mam nadzieję, że nie!
Staś: - Bo się już zmęczyli tym ukradaniem?

No comments...

poniedziałek, 29 sierpnia 2005

Mała rzecz, a cieszy :)

Fajnie jest wejść na główną stronę onet.blog i zobaczyć tam zdjęcie rycerza - Stasia :). Dziękuję Madzi i Mai za to, że dały mi znać o tym, że onet nas promuje, bo gdyby nie to, łamałabym sobie pewnie głowę, skąd tu nagle taki ruch. Swoją drogą nigdy by mi nie przyszło do głowy, że mój skromny blog zostanie wypromowany. Wylosowali nas, czy jak? Ale nie ukrywam, że jest mi ogromnie miło :).

rozarozaroza

W sobotę byliśmy na osiemnastce u Małgosi, kuzynki Jarka. Była to kolejna impreza z tej okazji i Staś załapał się już na drugą z rzędu. Tydzień wcześniej impreza była podwójna - jedna dla młodzieży, w pomieszczeniu nieczynnego jeszcze sklepu, z muzyką i tańcami, a część dla dorosłych w domu - standardowa nasiadówka. Staś szalał w części młodzieżowej. Zajrzał też na chwilę do dorosłych. Ciocia próbowała go zatrzymać - "Zostań z nami, Stasiu, tu też jest fajna impreza!". A Staś spojrzał krytycznie na ludzi siedzących przy suto zastawionym stole, stwierdził: "Tu nie może być fajna impreza!" i wrócił do młodzieży.
Grunt to szczerość :).

Tym razem był skazany na nasiadówkę dla dorosłych i wyraźnie mu się nudziło.

- Mamo, jedźmy już do Torunia.
- Stasiu, nie możemy dziś jechać do Torunia, bo tatuś wypił winko i nie może prowadzić samochodu.
- To niech tatuś wysiusia to winko i jedźmy już.
(Tu musiałam się wewnętrznie wyśmiać)
- Wiesz Stasiu, to nie jest takie proste. Jak się wypije wino to nie można być kierowcą, bo się wtedy źle widzi i można spowodować wypadek. Jakby nas zatrzymała policja i zobaczyła, że tatuś pił winko, to by nam zabrali samochód!
- I musieliby nas przeprosić?

O święta naiwności...

rozarozaroza


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...